
źródło zdjęcia: Cezary Woch
W prawie siedemsetnej historii Sycowic były okresy burzliwego rozwoju, ale również czasy kompletnego upadku związanego z wojnami, przemarszami nieprzyjacielskich wojsk, czy wreszcie pożarami. Czasy w których żyjemy, przyszło mi zaliczyć do tych ostatnich…
W okresie powojennym Sycowice były prężną rolniczą wsią która będąc dwukrotnie mniejsza od Nietkowic, według relacji najstarszych mieszkańców obu wsi, dostarczała do punktów skupu dwukrotnie więcej takich produktów jak: mleko, żywiec czy zboże.
Z chwilą kiedy rolnictwo upadło, zaczął się dla Sycowic zły okres. Z braku zajęcia i życiowych perspektyw zaczęli odchodzić wartościowi dla wsi ludzie, pogłębiając ich degradację kulturową i cywilizacyjną. Czytaj więcej…

źródło zdjęcia: Cezary Woch
Dwa lata temu w Sycowicach centrum wsi wyglądało nie tylko biednie, ale po prostu niechlujnie. Królowały tam dwa duże kosze na plastikowe i szklane odpady z porozrzucanymi wokół śmieciami, gruz, chwasty i kałuże.
Przez skwerek przechodził i przejeżdżał rowerem, motocyklem czy nawet samochodem kto chciał i nie chciał, ale to już przeszłość. Dzisiaj wygląda to tak jak na zdjęciu, czysto, schludnie i „po ludzku”… . Wszyscy powinni być zadowoleni, ale czy tak jest…? Czy komuś to przeszkadza? Oczywiście tak! Dlaczego? Niech każdy kto przeczyta ten donos, sam sobie odpowie… . Jeśli ktokolwiek nie widział jak donos wygląda, ma teraz niepowtarzalną okazję… Czytaj więcej…

źródło zdjęcia: Cezary Woch
Spacerując po Sycowicach chodzę takimi jak Wy ścieżkami, ale staram się dostrzec w nich więcej niż widzi to przeciętny, zabiegany przechodzień. Wystarczy tylko spojrzeć tam gdzie nie spogląda się na co dzień, a Sycowice stają się zupełnie inne i nie waham się powiedzieć, że piękne… Gdzie widzisz to piękno ktoś powie…? A ja mu odpowiem… Widzę go w zasypanych śniegiem przekrzywionych ulach, w radości dzieci jadących na sankach, w majestacie rosochatych polskich wierzb, w codziennym trudzie zwykłych ludzi, w kopie siana wiezionej chłopskim drabiniastym wozem, w zadumie starych domów, w snującym się z kominów dymie… Zresztą zobaczcie sami… Czytaj więcej…
Popołudnie zastało nas u podnóża gór pociętego przepastnymi jarami. Słońce piekło niemiłosiernie. Było chyba ponad 35 st. C, ale suchy klimat ma to do siebie, że wysoka temperatura nie jest zbyt mocno uciążliwa. Z ręką na sercu mogę przyznać, że warunki biometeorologiczne zdecydowanie bardziej odpowiadały mi niż u nas w Polsce.
Podzieliłem się z Nickiem swoimi spostrzeżeniami podkreślając, że ma szczęście żyć i pracować w pięknym i egzotycznym kraju. Któryś z kolegów widząc moje zauroczenie otaczającą nas egzotyką zażartował mówiąc, że mógłbym tu zostać chociażby na rok. Nick bardzo poważnie odpowiedział: gdyby Cezary został tu na rok, już nie wróciłby do swojego kraju. Namibia wciąga, a my biali którzy tu żyjemy, jesteśmy jej niewolnikami i nie chcielibyśmy być w żadnym innym miejscu na świecie. Muszę przyznać, że miło było wysłuchać tej żarliwej deklaracji Nicka… Czytaj więcej…
Po południu jedziemy w góry, może szczęście dopisze i spotkamy kudu. Długą, kilometrami ciągnącą się wyboista trasę, toyota pokonuje z najwyższym trudem, buksując łysymi oponami przy podjazdach pod kolejne wzniesienia. Jedziemy w kierunku zachodzącego słońca.
Obserwacja jest męcząca. Z satysfakcją spostrzegam, że zdarza mi się zauważyć żerującą lub odpoczywającą zwierzynę wcześniej od przewodnika i tropiciela. Jednak trzeba im oddać sprawiedliwość, że są absolutnymi profesjonalistami. Bezbłędnie rozpoznają poszczególne gatunki praktycznie na każdą odległość i potrafią określić ich płeć, kondycję i przydatność do ewentualnego odstrzału. Czytaj więcej…
Trzeciego dnia przerzuciliśmy się z buszu na równinach w tereny górzyste, około 1600 metrów nad poziomem morza. Po obiedzie pierwszy rekonesans. My z wynikiem zerowym a polujący z Catem Przemek, strzelił starego bibala i gnu.
Następny dzień obfitował w spotkania ze zwierzyną. Przemek strzelał do oryksa. Odległość duża oryks twardy, tropili go przy pomocy psów przez kilka kilometrów, ale daremnie. Znaleźli na trzeci dzień w odległości około ośmiu kilometrów od miejsca strzału, rozszarpanego przez sępy i szakale. Jeszcze raz potwierdziła się prawda o niezwykłej twardości afrykańskiej zwierzyny. Całe szczęście, że trofeum było całe. Czytaj więcej…
Na samochodzie szał radości, Folke cieszy się jak dziecko, ściska mi rękę. Ale to przecież jeszcze nie koniec, zwierz dostał, ale nie wiadomo gdzie i przecież nie leży. Folke jest jednak pewien, przez radiotelefon wzywa z farmy samochód do transportu. Podjeżdżamy na miejsce strzału, jest farba. Murzyn rusza tropem ja za nim, idzie szybko i pewnie.
Przeładowuję sztucer. Miejscami nie widzę nic: ani tropów, ani farby. Tropiciel jednak bardzo szybko prze do przodu a ja podziwiam jego pewność. Dochodzimy do ogrodzenia z kilku poziomych drutów wyznaczających kwatery wypasowe dla bydła. Zdrowy oryks przesadziłby je jednym skokiem. Dwa grube druty świeżo przerwane. Ranny zwierz idzie na oślep. Przechodzimy pod ogrodzeniem, więcej farby. Ruszamy dalej, jeszcze kilkadziesiąt metrów i widzimy go. Czytaj więcej…
Wstaje nowy dzień. O godzinie ósmej wyjeżdżamy w busz. Początkowo poruszamy się wyschniętym korytem rzeki. Rysiek „przytomnie” zauważa, że jedziemy korytem rzeki, ponieważ zwierzyna schodzi do wodopojów i łatwiej można ją spotkać. Ja na to odpowiadam, czy widzi tu gdzieś wodę…? No faktycznie…. .
Przemieszczamy się po równym i uleżanym piasku. Na razie obserwujemy łagodne zbocza rozciągające się wzdłuż koryta rzeki. Powoli zbliżamy się do gór. Busz staje się rzadszy. W pewnym momencie widzę kudu. Byk całkowicie ukryty w krzakach buszu, z czujnym zainteresowaniem przygląda się intruzom. Pięknie skręcone rogi, dla mnie dobry…, ale Cat rzuca krótko: junge /młody/! Jedziemy dalej. Czytaj więcej…
Jedziemy w sześciu: Folke, Cat i nas trzech, za kierownicą Murzyn. Ponieważ szansa na spotkanie zwierza jest niewielka, robimy losowanie kto „w razie czego” strzela pierwszy. Szczęśliwcem okazuje się Rysiek. Niedbale komentuje, że on zawsze wylosowuje pierwsze numery, niech mu tam… .
Toyota wolno pokonuje nierówny teren. Dojeżdżamy do wyschniętego piaszczystego koryta rzeki, jedziemy nim. Po obu stronach łagodne wzniesienia zakończone skalnymi ostańcami. Wszędzie gęsty busz, ale ukształtowanie terenu daje dobrą możliwość obserwacji. Sycę oczy zielenią kolczastych krzewów i podziwiam dziką i surową krainę. Czytaj więcej…
Późnym popołudniem, potężny boeing z fantastycznie kolorowo pomalowanym kadłubem i pół tysiącem pasażerów na pokładzie, lekko oderwał się od płyty paryskiego lotniska. Ledwie osiągnął swoją standardową wysokość lotu, a już wokół pasażerów zaczęły krzątać się czarne dziewczyny z obsługi.
Każda z nich o nieprzeciętnej urodzie, z czarującym uśmiechem obsługiwała swój sektor. Oryginalne, piękne rysy twarzy, śnieżnobiałe zęby i fantastyczne fryzury dawały nam przedsmak Afryki. Wśród pasażerów nie widać było lęku spowodowanego lotem. Młodzi i starsi, o różnych odcieniach i kolorach skóry czytali prasę, lub popijając różnego rodzaju trunki i ochoczo dyskutując, co chwilę wybuchali śmiechem zdając zupełnie nie przejmować się tym, że lecimy na wysokości dziesięciu kilometrów, na zewnątrz temperatura -35 st. C , a samolot leci z prędkością ponad 900 km/godzinę. Czytaj więcej…