<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>sycowice.net &#187; Anna Meckaniak</title>
	<atom:link href="http://sycowice.net/index.php/category/mieszkancy-sycowic/anna-meckaniak/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://sycowice.net</link>
	<description>Historyczny blog o Sycowicach i okolicy...</description>
	<lastBuildDate>Thu, 26 Aug 2010 16:48:04 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.1</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Po zakończeniu wojny</title>
		<link>http://sycowice.net/index.php/2009/05/05/po-zakonczeniu-wojny/</link>
		<comments>http://sycowice.net/index.php/2009/05/05/po-zakonczeniu-wojny/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 May 2009 22:22:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator</dc:creator>
				<category><![CDATA[Anna Meckaniak]]></category>
		<category><![CDATA[Będów]]></category>
		<category><![CDATA[Franciszek Kryniewiecki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://sycowice.net/?p=438</guid>
		<description><![CDATA[
źródło zdjęcia: Cezary Woch

Anna Meckaniak część 4
W 1947 roku wyszłam za mąż za Ukraińca który służył najpierw w ruskim wojsku a następnie w pierwszej dywizji kościuszkowskiej  i był osadnikiem wojskowym. Po zakończeniu wojny powiedziano im, że nie mają po co wracać na Ukrainę i mogą tutaj dostać gospodarstwa. Takich żołnierzy w Będowie było pięciu. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="margin: 0pt 5px 5px 0pt; width: 300px; float: left;"><img style="margin: 0;" src="http://sycowice.net/zdjecia/41.jpg" alt="po zakończeniu wojny" width="300" height="222" /></p>
<p style="font-size: 11px; text-align: center; color: #999999; margin: 0; padding: 0;">źródło <a style="color: #999999;" href="http://fotoblog.com.pl/">zdjęcia</a>: Cezary Woch</p>
</div>
<p><em><strong>Anna Meckaniak część 4</strong></em><br />
W 1947 roku wyszłam za mąż za Ukraińca który służył najpierw w ruskim wojsku a następnie w pierwszej dywizji kościuszkowskiej  i był osadnikiem wojskowym. Po zakończeniu wojny powiedziano im, że nie mają po co wracać na Ukrainę i mogą tutaj dostać gospodarstwa. Takich żołnierzy w Będowie było pięciu. Z przykrością muszę powiedzieć, że nie był to dobry człowiek… .<br />
Mówił, że pochodzi z dużej gospodarki, ale kiedy po  latach pojechałam z nim na Ukrainę a byłam tam dwa razy okazało się, że ta „duża gospodarka” to maleńka chałupka z jednym pokoikiem i kuchnią, kawałek ogródka i jedna krówka… . Nawet stodoły tam nie było, no to jakie to mogło być gospodarowanie?<br />
Ponieważ jednak miał uprawnienia do otrzymania dowolnego gospodarstwa, „porwał się” na gospodarstwo pełno rolne. Wkrótce okazało się jednak, że zupełnie nie potrafi na nim pracować, a nawet wykonywać tak prostych i oczywistych na wsi prac jak orka.</p>
<p><span id="more-438"></span><br />
Kiedy poszedł w pole z pługiem zupełnie mu to nie wychodziło. Co ty, orać nie umiesz, zapytałam? No to ty teraz orz, odpowiedział. Wzięłam wtedy lejce żeby konia prosto poprowadzić, ale pług wyskakiwał mu z bruzdy, jak wzięłam pług w swoje ręce, to nie potrafił poprowadzić konia… .<br />
Pracujący obok sąsiad śmiał się i żartował, że to wstyd aby baba uczyła chłopa takiej roboty. Kiedy przyszły żniwa, nie miał pojęcia o koszeniu kosą, zawsze tak skręcił w warkocz ścięte zboże, że nie mogłam tego podebrać. Jak zwróciłam mu uwagę to mówił, że ja nie znam swojej roboty… , a przecież na tych pracach się wychowałam i od małego nauczona byłam dużej staranności.<br />
Na początku mieliśmy prawie trzynaście hektarów, ale jak to w Będowie ziemie nie były najlepsze, głównie piątej i szóstej klasy. Mieliśmy dwie krowy, świnie, jednego konia i trochę drobiu. Jak potrzeba było siać lub głęboko orać, to należało konia „sprzęgać” z koniem sąsiadów. Na tych ziemiach ze zbóż można było siać tylko żyto a owies dla konia należało kupić… . Sadziło się ładne sadzeniaki a wybierało „groch” i na jesieni ziemniaki trzeba było kupić… !<br />
Mieliśmy czworo dzieci ale mąż nie bardzo interesował się ich wychowaniem.  Bardzo się starałam aby wszystko było należycie zrobione w domu i w gospodarstwie. Zanim urodziło się pierwsze dziecko, ja już poszyłam koszulki na maszynie którą Matka kupiła zaraz po pierwszej wojnie światowej.<br />
Później szyłam dla dziewczynek sukieneczki, a dla chłopaków spodnie i modne wtedy wiatrówki. Chodziłam tylko do krawcowej, żeby mi skroiła materiał. Jak później ona zobaczyła moje szycie, to nie mogła się nadziwić, że tak ładnie wszystko zrobiłam. Szyłam też dla siebie sukienki a  dla męża koszule i jakieś robocze spodnie. Nieraz siedziałam nad maszyną do czwartej rano… .<br />
Jak nie pił to był nawet niezły człowiek, ale w gruncie rzeczy  tym wszystkim nie bardzo się przejmował. Nigdy nie był u żadnego dziecka na wywiadówce, a jak go o to prosiłam mówił, że to nie jego dzieci tylko moje… .  Dbał tylko o to aby co roku pojechać do sanatorium… .   No i tak to było, „dziad swoje a baba swoje”…<br />
Minęło sporo czasu zanim nauczyłam go czegokolwiek, ale ta cała sytuacja na tyle mnie zmęczyła, że po około pięciu latach powiedziałam, że ja tak żyć i dalej pracować nie chcę. Wtedy mąż zdał tą gospodarkę i przenieśliśmy się tutaj gdzie mieszkam obecnie.<br />
Nieraz zastanawiałam się, dlaczego tak niekorzystnie to wszystko  dla mnie się ułożyło? Myślę, że przyczyn było wiele i nie wiem nawet czy wszystkie sobie uświadomiłam. Różniło nas przede wszystkim wychowanie oraz nawyki do odpowiedzialności i dobrej pracy, które ja wyniosłam ze swojego rodzinnego domu.<br />
Mąż w czasie wojny otrzymał paskudny postrzał w głowę w okolicy ucha który długo nie chciał mu się wygoić. Bardzo reagował na zmiany pogody kiedy to stawał się niezwykle nadpobudliwy i agresywny, co w połączeniu z alkoholem którego sobie nie skąpił sprawiało, że życie z nim nie było łatwe, a niekiedy stawało się bardzo uciążliwe. Nie żyje już jednak od osiemnastu lat i nie ma sensu do tego wracać.<br />
Po jego śmierci ZUS zaproponował mi wybór renty. Mąż dostawał rentę wojenną a oprócz tego za życia pracował w <a style="color: #000;" href="http://www.turystyka.zgora.pl/">Zielonej Górze</a> w miejskim Przedsiębiorstwie Budynków Mieszkalnych i w związku z tym mogłam otrzymywać rentę z tego przedsiębiorstwa oraz rentę rolniczą za zdane gospodarstwo.<br />
Wybrałam rentę wojenną i rolniczą. Nie były to wielkie pieniądze, bo renta rolnicza wynosiła 69 złotych a za lekarstwa co miesiąc płaciłam 150 zł. Okazało się, że jeśli z niej zrezygnuję to lekarstwa będę miała za darmo… . No i pozostałam przy rencie wojennej… .<br />
Do dzisiaj mam pogodne usposobienie i cieszę się nie najgorszym zdrowiem, chociaż starszy człowiek to „musi” przecież na coś chorować… . Mam bardzo dobrą pamięć i bez trudu rozpoznaję na przykład byłych moich sąsiadów którzy przyjeżdżają z Niemiec aby odwiedzić Będów.<br />
Wielu z nich miało wtedy po kilkanaście a nawet po kilka lat, a ja pomimo upływu czasu bez trudu ich rozpoznaję. Nie mogą się nadziwić  jak to możliwe, że ich pamiętam. Dopiero bliższa rozmowa i przypomnienie niektórych faktów z naszego wspólnego życia rozwiewa wątpliwości.<br />
Po raz pierwszy byłam w Niemczech w 1962 roku. Tam również bez problemu rozpoznawałam znajomych. Pomimo tego, że z Polski odchodzili z dobytkiem zgromadzonym w  paru walizkach, dzisiaj żyją dobrze i w dostatku.<br />
Odwiedzają mnie często córki i wnuki które robią tyle hałasu i zamieszania, że aż nieraz głowa boli… . Dzisiaj dzieci wychowywane są  nowocześnie, „bezstresowo” a ja tak sobie myślę, że odrobina dyscypliny nikomu jeszcze nigdy nie zaszkodziła, a poza tym „porządek przecież musi być”!  Odpoczywam, uprawiam mały ogródek, oglądam telewizję i  spokojnie sobie obserwuję, w którą to stronę obecnie zmierza,  współczesny świat… .</p>
<p style="text-align: right;"><em>Cezary Woch</em></p>
<p style="text-align: center;"><strong>- KONIEC</strong> -</p>
<p><strong>GALERIA:</strong> <em>(kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)</em></p>
<div style="margin: 0pt auto; height: 165px; text-align: center;">
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 90px; height: 150px; display: block;" title="Anna Meckaniak wraz z mężem i dziećmi. Rok 1954." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/13.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/13.jpg" alt="koniec wojny" width="90" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 99px; height: 150px; display: block;" title="Anna Meckaniak z Rodziną. Pierwszy od prawej mąż, pierwsza od lewej żona Franciszka i obok Franciszek Kryniewiecki. Otoczeni wnukami Rodzice Anny i Franciszka. Rok 1954." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/14.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/14.jpg" alt="wojna" width="99" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 102px; height: 150px; display: block;" title="Siostra Anny Marta, zamiłowana tancerka i strojnisia..." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/15.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/15.jpg" alt="po zakończeniu wojny" width="102" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 227px; height: 150px; display: block;" title="Anna, druga z lewej w towarzystwie koleżanek. Rok 1946." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/16.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/16.jpg" alt="opowiadania wojenne" width="227" height="150" /></a></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://sycowice.net/index.php/2009/05/05/po-zakonczeniu-wojny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ofensywa wojsk radzieckich</title>
		<link>http://sycowice.net/index.php/2009/05/04/wojska-radzieckie-w-polsce/</link>
		<comments>http://sycowice.net/index.php/2009/05/04/wojska-radzieckie-w-polsce/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 May 2009 21:54:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator</dc:creator>
				<category><![CDATA[Anna Meckaniak]]></category>
		<category><![CDATA[Będów]]></category>
		<category><![CDATA[Franciszek Kryniewiecki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://sycowice.net/?p=423</guid>
		<description><![CDATA[
źródło zdjęcia: Cezary Woch

Anna Meckaniak część 3
W tym czasie ofensywa wojsk radzieckich była tak silna, że wojska niemieckie zaczęły się wycofywać, a przed nimi jeszcze uciekali cywilni Niemcy znad Morza Czarnego i z głębi Rosji. Wędrówka tych ludzi zaczęła się już w drugiej połowie 1944 roku. Przemieszczali się najczęściej wozami zaprzężonymi w jednego albo dwa [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="margin: 0pt 5px 5px 0pt; width: 300px; float: left;"><img style="margin: 0;" src="http://sycowice.net/zdjecia/40.jpg" alt="Wojska radzieckie w Polsce" width="300" height="265" /></p>
<p style="font-size: 11px; text-align: center; color: #999999; margin: 0; padding: 0;">źródło <a style="color: #999999;" href="http://fotoblog.com.pl/">zdjęcia</a>: Cezary Woch</p>
</div>
<p><em><strong>Anna Meckaniak część 3</strong></em><br />
W tym czasie ofensywa wojsk radzieckich była tak silna, że wojska niemieckie zaczęły się wycofywać, a przed nimi jeszcze uciekali cywilni Niemcy znad Morza Czarnego i z głębi Rosji. Wędrówka tych ludzi zaczęła się już w drugiej połowie 1944 roku. Przemieszczali się najczęściej wozami zaprzężonymi w jednego albo dwa konie. Bardzo często były to wozy drabiniaste na których zgromadzony był możliwy do zabrania dobytek.<br />
Najczęściej powoziły kobiety albo nieletni chłopcy, bo dorośli mężczyźni byli na frontach. Prawie nie było samochodów, ponieważ nie było mężczyzn posiadających stosowne uprawnienia a i zaopatrzenie w paliwo było prawie niemożliwe. Kobiety  na ogół również nie posiadały uprawnień do kierowania pojazdami. Brudni, wynędzniali i zmęczeni długą drogą, wyglądali jak cyganie.<br />
<span id="more-423"></span> Były to bardzo duże grupy ludzi i znaczna ich część przemieszczała się drogą Świebodzin,  Radnica, Krosno. Z tymi przemarszami związana była  konieczność zapewnienia uchodźcom pomocy w zakresie zakwaterowania, wyżywienia i udzielenia pomocy lekarskiej. Organizacją tego zajmował się sekretarz NSDAP.<br />
Do moich zadań należało miedzy innymi dowożenie osób potrzebujących pomocy lekarskiej do Krosna. Sekretarz partii dał mi konia, sanie, jako woźnicę Polaka i woziłam tam tych ludzi. Transport  do Krosna przebiegał bez większych problemów, natomiast powrót do Będowa stwarzał ogromne trudności, ponieważ jechać trzeba było pod prąd zajmujących całą drogę uciekinierów. Często wracaliśmy ponad dwie godziny jadąc rowami i polami.<br />
Kiedy nie transportowałam ludzi do lekarza, wraz z innymi dziewczynami chodziliśmy do gospodarzy i zbieraliśmy: ziemniaki, kapustę, warzywa i kto co tylko mógł dać a po południu gotowaliśmy to  wszystko na terenie rzeźni. Pod wieczór napływała fala uchodźców a sekretarz partii kierował ich na kwatery. Po zakwaterowaniu przysyłani byli do naszej „stołówki”, gdzie przychodzili ze swoimi garnkami czy wiadrami i dostawali w zależności od ilości osób: chleb, coś do chleba i zupę.<br />
Niemieckie radio wielokrotnie podawało komunikaty, aby  kobiety wystrzegały się sowieckich żołnierzy, bo grozi im niebezpieczeństwo gwałtu. Myśmy nie zdawali sobie z tego sprawy uważając, że jest to przecież niemożliwe, a podawane komunikaty są taką tam gebelsowską propagandą mającą na celu zniechęcenie nas do Rosjan. Późniejszy czas pokazał jednak, że w komunikach podawano prawdę… !<br />
Rosjan zapamiętałam jako ludzi którzy z chwilą pojawienia się rabowali konie oraz wszelki dobytek jaki tylko się dało i wyszukiwali kobiety które później gwałcili. Konie rabowali tak, że często nawet gospodarze nic o tym nie wiedzieli. Równolegle z ich przemarszem wyciągane były z domów kobiety.<br />
Nie chcę specjalnie o tym mówić bo opowiadał już o tym mój Brat, ale powiem jedynie później,  w jaki sposób dotykało to mnie. Niektórzy z Rosjan mieli trochę kultury, ale to była raczej rzadkość. Wspomnę jeszcze przedtem o sprawie, o której mało kto wie.<br />
Wśród Rosjan kręcili się  Niemcy wzięci do niewoli pod Stalingradem. Byli bardzo dobrze ubrani w radzieckie mundury, a na ich naramiennikach widniały oficerskie dystynkcje. O ich bardzo dobrym traktowaniu przez Rosjan  świadczy chociażby fakt przydzielenia im adiutantów którzy  miedzy innymi czyścili ich  buty i prasowali mundury. Wszyscy bardzo dobrze posługiwali się językiem rosyjskim.<br />
W późniejszych czasach z audycji radiowych i telewizyjnych dowiedziałam się, że wielu niemieckich oficerów kończyło przed wojną akademie wojskowe w Związku Radzieckim i stąd u nich była znajomość tego języka. Sowieci  którzy schwytali ich w stalingradzkim  kotle, „przekabacili ich na swoją stronę” i jako „swoich” najprawdopodobniej szykowali na wojskowe stanowiska w późniejszej armii NRD.<br />
U moich sąsiadów pracował Polak z którym trochę się przyjaźniliśmy. Doskonale zdawał sobie sprawę z grożącego mi niebezpieczeństwa i powiedział, że jak przyjdą ruscy to mamy go natychmiast powiadomić. Kiedy w wiadomych sprawach zjawili się u nas sowieccy sałdaci, natychmiast pojawił się Franek.  Jeden z ruskich zapytał: „a ty szto takoj?”, on na to odpowiedział, że jest Polakiem a wskazując na mnie powiedział, że to moja żona.               „Nu a pacziemu ona gawarit tolko pa giermansku”? A to dlatego, że ja ją tu poznałem i tu wzięliśmy ślub. Ruscy nabrali się na te „plewy” i jak niepyszni poszli sobie.<br />
Najgorsze było to, że przez długi okres  czasu wracali oni spod Berlina i wszyscy postępowali tak samo. Pamiętam, że przez tydzień prawie nie wychodziłam spod łóżka na którym spała Matka. Obok tego łóżka postawiona była kanapa i stół z krzesłami, a ja pod łóżkiem na płaszczu brata i małej poduszeczce dzień i noc. W tej pozycji można było zjeść kawałek chleba ale jak zjeść zupę… ?<br />
W następnych dniach w naszym domu gromadzili się wszyscy Polacy z naszej wsi, którzy chociaż byli już ludźmi wolnymi, przychodzili aby mnie bronić. Tak jak nas uczono,  myśmy dodatkowo chronili się w piwnicy. Zaklejaliśmy papierem wszelkie nieszczelności, gromadziliśmy wodę i worki z wilgotnym piaskiem na okoliczność, gdyby ruscy puścili gaz obezwładniający.<br />
Polacy lubili mnie, bo wielu z nich pomogłam w różny sposób a nawet w taki, że jak widziałam, że chłopak miał dziurawe skarpety to mu je pocerowałam albo i oddałam swoje. Dla  Franka który z moim bratem woził mleko do Sulechowa, nieraz Ojcu podbierałam papierosy i dawałam temu chłopakowi, niech tam sobie ma… .<br />
Matce Franka moja Matka wiele razy dawała ubrania dla jego siostry która pracowała zimą na kolei. Robiliśmy to tak, żeby inni ludzie nie widzieli, bo Niemcy i tak mieli pretensje do Ojca za to, że sprzyja Polakom… .<br />
Pewien ruski wojskowy który stacjonował u nas, chyba ze sześć razy wracał spod Słubic po zaopatrzenie dla koni takie jak siano i owies. Powiedział nam, że jeśliby inni ruscy chcieli coś od nas wziąć, to mamy powołać się na niego i ich wygonić.<br />
Łatwo było mu  mówić, a nam trochę  gorzej to zrealizować, bo sowieci byli bardzo natarczywi, ale jakoś nam się udawało ich przekonać. Przyjeżdżali spod Słubic na kilka dni, mieli konie i wozy na naszym podwórku, wystawiali warty i żaden inny ruski nie śmiał wtedy nas nachodzić. W końcu wywiesiliśmy biało-czerwoną flagę i dali nam spokój.<br />
Po wojnie życie zaczynało się powoli stabilizować, ale niekoniecznie dla nas. Przyjęliśmy obywatelstwo polskie a znający język niemiecki sołtys Edward Marciniak  woził nas w tym celu bryczką do Krosna.<br />
Nie wszyscy jednak nowi mieszkańcy Będowa byli dla nas życzliwi. Szczególnie źle wspominam ludzi z białostockiego i poznaniaków którzy często opuścili własne gospodarstwa  szukając  „na zachodzie” skarbów i bogactwa. Tu jednak żadnych skarbów nie było, ale była za to ciężka i mozolna praca i dorabianie się które trwało latami.<br />
Napływało coraz więcej ludzi którzy tym bardziej zazdrośnie spoglądali na nasz latami gromadzony dobytek. Była żniwiarka, kosiarka, grabiarka, różne pługi, motory, młocarnia czyszcząca zboże i praktycznie wszystkie potrzebne w gospodarstwie maszyny. Dobrze by było to wszystko przejąć „za darmochę”. Już nawet podzielili pomiędzy siebie wszystkie nasze maszyny, ale najpierw musieli  nas stąd „wykurzyć”…!<br />
Wypominano nam nasze niemieckie pochodzenie, nasyłano UB a mnie i Ojca zamknięto nawet w Krośnie w tym powszechnie znienawidzonym urzędzie. Kiedy sołtys dowiedział się o otrzymaniu przez nas stosownego pisma  zaproponował, że pojedzie razem z nami i zawiózł nas tam własną bryczką.<br />
Kiedy zorientował się jednak, że tu nie chodziło o jakieś tam przesłuchanie, ale o pozbawienie nas wolności, natychmiast zaczął działać. Skontaktował się z sekretarzem partii, powiedział, że zostawiłam w domu małe dziecko które karmię piersią i dotąd „wiercił dziurę w brzuchu”, aż nas wypuścili tego samego dnia. Razem wróciliśmy do domu  już po ciemku.<br />
Nie poprzestano jednak na tym, bo sporządzono na wsi jakieś pismo do UB i zbierano podpisy na załączonej liście aby nas wyrzucić „za Odrę”. Miało się to odbyć bardzo oficjalnie na wiejskim zebraniu, w towarzystwie funkcjonariuszy z UB i sekretarza partii.  Kiedy się o tym dowiedziałam zrozumiałam, że trzeba szybko działać, bo bezczynność źle się dla nas skończy. Poprosiłam Matkę  aby dała mi adres  naszego wujka który był komendantem  milicji w Międzychodzie.<br />
Czym prędzej pojechałam na pocztę do „Nietkowca” ale kłopot był w tym, że nie umiałam pisać po polsku a urzędniczce nie wolno było za mnie tego zrobić. Mojej rozmowie na poczcie przysłuchiwał się jakiś mężczyzna który zaproponował mi, że napisze za mnie ten telegram. Podałam mu adres i tekst: „ przyjeżdżaj natychmiast” i imię mojego Ojca, Michał. Wujek Wawrzyn niewidziany przez nikogo przyjechał tego samego dnia wieczorem, a my  poszliśmy na zebranie.<br />
Za prezydialnym stołem siedział sekretarz i „aktywiści partyjni”, oraz ludzie z UB. Kiedy zebranie zaczynało się „rozkręcać”, na salę wszedł w milicyjnym mundurze nasz wujek. Ci za stołem poderwali się i zaczęli z nim grzecznie witać. Wujek prze chwilę przysłuchiwał się wypowiedziom a później wstał i dał wszystkim „pater noster”.<br />
Zapytał, czy ludzie których chcą wyrzucić ze wsi zrobili Polakom jakąkolwiek krzywdę?  Wskazał na świadka który był tu w czasie wojny i mógł poświadczyć, że Kryniewieccy zawsze pomagali Polakom. Wstał wtedy stary Wasilewski i wszystko to potwierdził o czym mówił wujek. Tym „za stołem” zrobiło się nijako, zebranie czym prędzej zakończono a nam dano spokój.<br />
Od tamtej pory sytuacja tak się odwróciła, że kilkakrotnie przyjeżdżało do nas UB z grzecznym zapytaniem czy nam czasem nie dokuczają…!?  Prosili, żeby „w razie czego” , natychmiast ich powiadomić.  Nieraz nocowali u nas, jedli kolację, graliśmy w karty i byliśmy „pod opieką” tak sobie myślę, że dzięki wujkowi… .</p>
<p style="text-align: right;"><em>Cezary Woch</em></p>
<p><strong>GALERIA:</strong> <em>(kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)</em></p>
<div style="margin: 0pt auto; height: 165px; text-align: center;">
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 225px; height: 150px; display: block;" title="Ojciec Anny wożący w czasie wojny igliwie z lasu na podściółkę dla bydła." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/9.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/9.jpg" alt="Wojska radzieckie" width="225" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 99px; height: 150px; display: block;" title="Wujek Wawrzyn w okresie wojny pracujący u Ojca Anny jako robotnik przymusowy." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/10.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/10.jpg" alt="ruscy" width="99" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 149px; height: 150px; display: block;" title="Wujek Wawrzyn po wojnie jako komendant milicji w Międzychodzie wraz z żoną." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/11.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/11.jpg" alt="rosjanie" width="149" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 92px; height: 150px; display: block;" title="Mąż Anny Meckaniak jako żołnierz Pierwszej Dywizji Kościuszkowskiej, osadnik wojskowy w Będowie." rel="lytebox[meckaniak]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/12.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/12.jpg" alt="ofensywa wojsk radzieckich" width="92" height="150" /></a></p>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://sycowice.net/index.php/2009/05/04/wojska-radzieckie-w-polsce/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Faszystowska propaganda</title>
		<link>http://sycowice.net/index.php/2009/05/03/faszystowska-propaganda/</link>
		<comments>http://sycowice.net/index.php/2009/05/03/faszystowska-propaganda/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 02 May 2009 22:24:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator</dc:creator>
				<category><![CDATA[Anna Meckaniak]]></category>
		<category><![CDATA[Będów]]></category>
		<category><![CDATA[Franciszek Kryniewiecki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://sycowice.net/?p=413</guid>
		<description><![CDATA[
źródło zdjęcia: Cezary Woch

Anna Meckaniak część 2
W 1933 roku po dojściu Hitlera do władzy, powołane zostały na wsi organizacje młodzieżowe: dla chłopców Hitlerjugend a dla dziewcząt Związek Młodzieży Niemieckiej.
W 1939 roku nasilała się  faszystowska propaganda jednoznacznie zmierzająca do rozpętania wojny. Starsi prości ludzie, mieli jeszcze w pamięci okropności pierwszej wojny światowej i zdawali sobie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="margin: 0pt 5px 5px 0pt; width: 300px; float: left;"><img style="margin: 0;" src="http://sycowice.net/zdjecia/39.jpg" alt="Faszystowska propaganda" width="300" height="201" /></p>
<p style="font-size: 11px; text-align: center; color: #999999; margin: 0; padding: 0;">źródło <a style="color: #999999;" href="http://fotoblog.com.pl/">zdjęcia</a>: Cezary Woch</p>
</div>
<p><em><strong>Anna Meckaniak część 2</strong></em><br />
W 1933 roku po dojściu Hitlera do władzy, powołane zostały na wsi organizacje młodzieżowe: dla chłopców Hitlerjugend a dla dziewcząt Związek Młodzieży Niemieckiej.<br />
W 1939 roku nasilała się  faszystowska propaganda jednoznacznie zmierzająca do rozpętania wojny. Starsi prości ludzie, mieli jeszcze w pamięci okropności pierwszej wojny światowej i zdawali sobie sprawę z tego, co może przynieść następna. Z niepokojem rozmawiali o tym pomiędzy sobą, ale ukrywali swoje obawy z lęku przed konsekwencjami ze strony dominującej wtedy partii NSDAP.<br />
Mój Ojciec głośno psioczył i złorzeczył Hitlerowi a Matka ostrzegała go, żeby „siedział cicho”, bo go zamkną. Z chwilą wybuchu wojny miałam 13 lat i w moim życiu niewiele się zmieniło. Tak samo pracowaliśmy w polu, takie same były nasze codzienne zajęcia i tak samo chodziliśmy do szkoły. Istniały różne utrudnienia, ale Ojciec jakoś dawał sobie z tym wszystkim radę.<br />
<span id="more-413"></span> Między innymi były problemy z nabyciem pewnych produktów żywnościowych, w tym na mięso. Pamiętam, że na jedną osobę  „na kartki” przypadało 40 dkg miesa, a jeśli ktoś hodował świnie, to miał 80 dkg na osobę. Gospodarze mieli jednak swoje sposoby żeby ten przydział trochę zwiększyć… .<br />
W trakcie trwania wojny ze wsi ubywało mężczyzn którzy kierowani byli głównie na front wschodni i bardzo wielu z nich tam pozostało. Były matki które potraciły dwóch lub więcej synów… . W czasie trwania wojny, zaczęli pojawiać się we wsi robotnicy przymusowi najpierw Polacy a później Ukraińcy, ale wojny jako takiej praktycznie nie widzieliśmy. O jej grozie i ludzkiej wobec niej bezsilności przekonałam się dopiero  po wkroczeniu Rosjan.<br />
Pewnego razu dowiedzieliśmy się o przywiezieniu robotników przymusowych z Polski na stację kolejową w Radnicy. W pierwszej kolejności kierowani oni byli do tych gospodarstw w których mężczyźni byli na froncie. Poza tym kto zgłosił się  pierwszy to mógł „wybierać”. Nam trafił się okropny „obdarciuch” z kolczykami w uszach, którego nikt inny nie chciał wziąć, ale Ojciec nie mając innego wyboru powiedział, „bierzemy go”.<br />
W letniej kuchni mieliśmy parnik i cynkową wannę, w której w okresie letnim grzaliśmy wodę i kąpaliśmy się po powrocie z pola. Ojciec zabrał „obdarciucha” na podwórko, obciął mu włosy „do zera”  i kazał mu wykąpać się.  Oprócz włosów pozbawił go wesz które były pozostałością po obozach przejściowych. Jego ubranie spalił, a Matka dała mu koszulę,  marynarkę i spodnie mojego brata.<br />
W ten sposób „obdarciuch” doprowadzony do ludzkiego wyglądu zasiadał z nami przy stole w czasie wszystkich posiłków. Szybko zorientował się jednak, że nie będzie mu tak  źle i zaczął się trochę spoufalać, co miało niezbyt przyjemne konsekwencje<br />
Mówił na przykład, że ja jestem jego siostrą a mój brat jego bratem. Kiedyś wracaliśmy ze szkoły a on jadąc z Ojcem z pola,  zeskoczył z wozu i zaczął wołać do mnie jak do siostry. Oczywiście spowodowało to zgorszenie i złość widzących całe zajście Niemców. Mnie było głupio wobec sąsiadów i tłumaczyłam im, że on nie wie co mówi i nie zna znaczenia tych słów.<br />
Robotnicy przymusowi nie mieli prawa samodzielnego oddalania się poza obręb gospodarstwa a było to możliwe jedynie po zgłoszeniu się i uzyskaniu akceptacji  sekretarza partii. Kiedyś nasz „obdarciuch” miał wolne i ukradkiem wybrał się w niedzielę  do Sycowic, gdzie chodziło tam zresztą wielu Polaków z naszej wsi. Ktoś go jednak zauważył i doniósł żandarmowi.<br />
W poniedziałek kiedy zasiedliśmy wszyscy do obiadu a „obdarciuch” oczywiście razem z nami, przyszedł żandarm i zaczął wypytywać Ojca czy wie, że jego parobek był wczoraj w Sycowicach. Ojciec powiedział, że widział go w domu, ale chłopak miał wolne i mógł robić to na co miał ochotę. Wywiązywał się dobrze ze swoich obowiązków, a jeśli gdzieś poszedł to  przecież wrócił i nic się nie stało. To przecież jest też człowiek i potrzebuje chociaż odrobinę wolności.<br />
Żandarm widząc, że nic tu nie wskóra zaczął z innej beczki i zrobił Ojcu zarzut, że obcokrajowiec przydzielony do pracy w gospodarstwie, zasiada razem z Niemcami do stołu, a to jest zabronione. Ojciec odpowiedział na to, że wszyscy pracują tak samo a żona nie będzie przygotowywać oddzielnych posiłków, bo nie ma na to czasu. Jedną robotę robimy i z jednego garnka jemy.<br />
Żandarm zrobił wtedy kolejny zarzut, że za dobrze go karmimy a Ojciec odpowiedział, że jeśli pracownik ma ciężko i wydajnie pracować, to musi porządnie zjeść. Żandarm nie dał jednak za wygraną i jeszcze kilkakrotnie nachodził nas w tej sprawie.        Był to wyjątkowo wredny służbista, który zamieszkiwał przy skrzyżowaniu drogi z Będowa i drogi Sycowice – Krosno.<br />
Wystarczyło, że ktoś nie miał zapalonej lampy przy wozie, albo nie jechał rowerem gęsiego, to ten żandarm pojawiał się nagle zza jakiegoś krzaczka i wlepiał mandat, jakby w czasie trwania wojny nie było innych zmartwień… . Nieraz z dziewczynami jechałyśmy rowerami do kina w Krośnie i nikt nie jechał  gęsiego lecz oczywiście jedna obok drugiej. Zawsze wtedy miałyśmy z nim do czynienia… .<br />
U rzeźnika pracował Polak i Ukrainka a był to rok 1943 lub 1944. Mieli oni tam kiepsko, bo Niemiec był wredny, źle ich traktował i kiepsko karmił. Polak dostawał czarny chleb z grubo zmielonego śrutu, Ukrainka chleb „normalny” a Niemiec jadł biały. Pewnego razu posądził tego Polaka, że mu podsypuje jakąś truciznę do młynka do mielenia pieprzu  i wezwał żandarma który okropnie tego Polaka zbił.<br />
Ja wtedy byłam już takim podlotkiem i kiedy się o tym dowiedziałam, siadłam na rower i zaczęłam objeżdżać wieś w jego poszukiwaniu. Znalazłam go jak zupełnie załamany siedział nad brzegiem <a href="http://www.turystyka.zgora.pl/2009/05/09/odra/" style="color: #000;">Odry</a>. Walter co ty tu robisz? A co mam robić kiedy gospodarz nie wiadomo za co kazał mnie obić na kwaśne jabłko!!  Żyć mi się nie chce!!  Żal mi się zrobiło tego chłopaka i powiedziałam: ty tu poczekaj a ja coś wymyślę!<br />
Czym prędzej pojechałam do naszego „obdarciucha” który już dobrze znał niemiecki i mówię do niego: Karol, ty pogadaj z moim Ojcem co zrobić z Walterem, bo siedzi obity i załamany nad brzegiem Odry. Karol poszedł do Ojca i wszystko mu opowiedział.<br />
Ojciec z kolei kazał mu pójść do niego i powiedzieć, że jak się zrobi ciemno to ma przyjść do naszego gospodarstwa. Karolowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i czym prędzej poleciał nad Odrę. Ojciec z Matką czekali do jedenastej w nocy na tego chłopaka a kiedy przyszedł, nakarmili go i wypytali co się stało i za co tak oberwał. Było jasne, że była to intryga gospodarza u którego pracował.<br />
Chciałam przy okazji wyjaśnić, skąd się wzięły u tych Polaków takie niemieckie imiona. Otóż co drugi Polak nazywał się Władek i po to, żeby ich jakoś odróżniać nazywaliśmy ich po swojemu&#8230;</p>
<p>Kiedy chłopak podjadł sobie i odpoczął, Ojciec z Matką zaczęli wypytywać go gdzie kiedyś pracował. Okazało się, że pochodzi z Raciborza gdzie był „prawą ręką” niemieckiego właściciela mleczarni. Rodzice poprosili o podanie jego nazwiska oraz adresu i z grubsza opisując sytuację, wysłali list polecony.<br />
Po pewnym czasie przed bramą naszego domu pojawił się elegancki samochód, z którego wysiadł mężczyzna dopytujący się o Pana Kryniewieckiego. Mówił, że przyjechał w sprawie pracującego u niego kiedyś Polaka.<br />
Powstała bardzo niezręczna i  niebezpieczna dla Rodziców  sytuacja, ponieważ nie było wiadomo kto to jest i czy przypadkiem nie jest to jakiś partyjny funkcjonariusz. Mogło to mieć dla Ojca nieobliczalne wprost konsekwencje dlatego też początkowo mówił, że o niczym nic nie wie, a jeśli ktoś podpisał się jego nazwiskiem to mógł być to jakiś kawał i on nie ma z tym nic wspólnego.<br />
Ponieważ jednak sprawę należało jakoś rozstrzygnąć, poprosił nieznajomego o okazanie jakiejkolwiek legitymacji potwierdzającej skąd przyjechał. Nieznajomy wyciągnął dokumenty z których wynikało, że przyjechał z Raciborza i, że jest właścicielem mleczarni. Wtedy Ojciec przyznał się, że informację o chłopaku wysłał on.<br />
Pokrótce jeszcze raz opowiedział nieznajomemu całą historię. Kiedy ten jej wysłuchał, poprosił Ojca aby z nim pojechał do Krosna, do urzędu nadzorującego robotników przymusowych. W starostwie mieliśmy dobrego znajomego który nieraz żartował z Ojca, że  nie jestem jego córką, bo „ta dziewczyna jest za ładna i za delikatna na wioskę… .”        Mając „takie znajomości” załatwili odpowiednie dokumenty umożliwiające nieznajomemu zabranie Władka i na to miejsce przywieźli od razu  „jakiegokolwiek” Ukraińca.<br />
Kiedy poszli do rzeźnika z odpowiednimi dokumentami i Ukraińcem, ten zaprotestował i powiedział, że Polaka nie odda. Nieznajomy jednak poinformował go o tym, że wszystko jest już załatwione a on nie ma tu nic do gadania. Na miejsce Polaka dostaje Ukraińca i niech robi sobie  co zechce. Później ludzie mówili, że jak przyjdą ruscy to tego rzeźnika posiekają chyba na „mielone kotlety”, ale miał chłop trochę szczęścia i uniknął tych „okropności”, bo zmarł tuż przed zakończeniem wojny… .<br />
W ten właśnie sposób, dzięki wstawiennictwu moich Rodziców, Władek wrócił na swoje poprzednie miejsce z którego został zabrany najpierw do łagru a później trafił do Będowa. Właściciel mleczarni pisał później do nas, że jest z niego bardzo zadowolony, bo sumiennie i uczciwie pracuje, ma do niego pełne zaufanie i powierza mu wszystkie sprawy mleczarni w czasie swojej nieobecności. My wszyscy też się cieszyliśmy, że pomogliśmy temu fajnemu chłopakowi.<br />
Karol był u nas dość długo, ale kiedy zrobił nam do kuchni bardzo elegancki narożnik a sołtys to zobaczył, natychmiast zabrał go do siebie i skierował do pracy  w swojej firmie przewozowej pod Cybinką, gdzie  remontował drewniane skrzynie jego  samochodów. Po wojnie pracował na kolei w Zbąszynku, pisał do nas i odwiedził nas ze swoją rodziną.<br />
W roku 1941 miałam 16 lat i organizacja młodzieżowa zaproponowała mi dobrowolne szkolenie sanitarne w miejscowości Cottbus. Było to zimową porą kiedy w gospodarstwie nie ma dużo pracy. Pomimo protestów Ojca ale przy poparciu Matki, wraz z dwiema moimi koleżankami z  klasy wybrałyśmy się na to szkolenie. Pojechałyśmy do Nietkowic, stamtąd do Czerwieńska, dalej do Gubina i ostatnia przesiadka do Cottbus.<br />
Dano nam do przeczytania różne medyczne książki, pokazano w jaki sposób robi się opatrunki oraz zapoznano z objawami i podstawowym leczeniem różnych chorób z którymi  możemy się spotkać. To dziesięciodniowe szkolenie zakończone było egzaminem.<br />
Nauka na tym kursie bardzo mi się podobała, bo mówiono o rzeczach ciekawych a ja to wszystko rozumiałam i szybko zapamiętywałam. Kiedyś zza Cottbus przyjechał do nas mój wujek i porosił o pokazanie mojego szkolnego świadectwa. Kiedy go oglądnął powiedział, że jest ono lepsze od świadectwa jego córki która była w tym samym co ja wieku.<br />
Kiedy po powrocie do domu powiedziałam, że dalej chciałabym się uczyć, zaczął się wielki krzyk i Ojciec powiedział, że o nauce nie ma mowy bo kto niby będzie pracował na gospodarce? Nie miałam lekkiego życia. Kiedy tylko wracałam ze szkoły natychmiast szłam w pole albo na łąkę a wieczorem kiedy Matka sprzątała, odrabiałam lekcje i nieraz ze zmęczenia zasypiałam za stołem… .<br />
Takie  warunki do nauki miały dzieci na wsi, kiedy  w tym samym czasie dzieci w mieście nie miały nic innego do roboty a i tak wiele z nich nie wykorzystało swojej szansy… . Z perspektywy minionego czasu tak sobie nieraz myślę, że gdybym mogła wtedy się uczyć, to uczyłabym się ze wszystkich sił i mając wiedzę zaszłabym być może daleko i inaczej wyglądałoby moje życie… .<br />
Kiedy w czasie bombardowania Berlina przyjechała moja siostra z dziećmi zauważyłam, że jedno z nich  jest chore. Powiedziałam Matce, że dziecko jest chore na szkarlatynę i trzeba wezwać szybko lekarza. Oczywiście wyśmiano mnie, no bo niby skąd mogłam o tym wiedzieć, ale lekarza wezwano… .<br />
Lekarz ku zdziwieniu całej rodziny potwierdził moją „diagnozę” i natychmiast zaszczepiono tego małego chłopca i wszystkie dzieci sąsiadów. Innym razem zachorował Franek a najbardziej bolało go gardło.  Matka powiedziała, że bolą go pewnie migdały. Wzięłam łyżeczkę, kazałam otworzyć buzię i zajrzałam do tych „migdałów”.<br />
Moja „diagnoza” była taka, że jest to dyfteryt. Przysłuchujący się temu Ojciec trochę żartem krzyknął, że ja ci zaraz chyba przyleję, bo ty tylko choroby wynajdujesz&#8230; Wezwany lekarz potwierdził moją „diagnozę” a ja zauważyłam jak Matka do Ojca po cichu mówiła: „widzisz, jednak coś się nauczyła na tym kursie”&#8230;<br />
W styczniu 1945 roku przyszedł do mnie sołtys z propozycją odbycia  kursu sanitarnego organizowanego przez Czerwony Krzyż w Krośnie Odrzańskim. Termin stawiennictwa był w dniu następnym o godzinie ósmej. Odpowiedziałam, że mogę jechać natychmiast, ponieważ mam w Krośnie znajomych u których mogę się zatrzymać.<br />
Ojciec znowu był temu przeciwny ponieważ mówił, że nie będzie miał kto pracować na gospodarce. Ja natomiast odpowiedziałam, że gospodarkę i tak odda synowi, to po co mi na niej pracować, kiedy mogę się wyuczyć. Po tej „rodzinnej wymianie zdań”, ponownie z poparciem Matki, pojechałam na 14 dni na ten kurs.<br />
Dano nam eleganckie ubrania z oznakowaniem Czerwonego Krzyża, dostaliśmy legitymacje i byłam już „wielką panią”. Zaproponowano mi również ukończenie trzy lub sześciomiesięcznego kursu uprawniającego do asystowania przy operacjach. Otwarte rany czy krew nie „ścinały mnie z nóg”.<br />
Kiedy już po wojnie najpierw mąż obciął palce w sieczkarni a później syn uciął palce w krajzedze,  ja za każdym razem fachowo opatrzyłam rany. Syn w szoku w dalszym ciągu ciął drewno, ale ja usłyszałam nierówną pracę maszyny. Kiedy zaniepokojona tym zajrzałam do niego i zobaczyłam co się stało nie straciłam głowy, lecz natychmiast wyłączyłam prąd i odciągnęłam chłopaka. Tymczasem przerażona sąsiadka uciekła ze strachu przed widokiem krwi.<br />
Kiedy za każdym razem wzywano pogotowie i przyjeżdżał karetką  lekarz, zawsze stwierdzał, że nic tu po nim ponieważ opatrunki są „oryginalne” i bez żadnej medycznej interwencji zabierał poszkodowanych do szpitala.   Podobała mi się ta praca i pomaganie ludziom ale cóż z tego, musiałam wrócić do Będowa, a tu zaczęły się inne problemy które przybliżyły mi smutny obraz wojny.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Cezary Woch</em></p>
<p><strong>GALERIA:</strong> <em>(kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)</em></p>
<div style="margin: 0pt auto; height: 330px; text-align: center;">
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 224px; height: 150px; display: block;" title="Dzień zakończenia szkoły. Nad głowami specjalne upleciony wieniec. Anna pośrodku. Rok 1941." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/5.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/5.jpg" alt="Hitlerjugend" width="224" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 224px; height: 150px; display: block;" title="Dom, w którym do dzisiaj mieszka Franciszek Kryniewiecki. Anna z tyłu za drugą koleżanką. Rok 1942." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/6.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/6.jpg" alt="Związek Młodzieży Niemieckiej" width="224" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 226px; height: 150px; display: block;" title="Anna pośrodku z koleżankami na spacerze nad Odrą. Rok 1942.&lt;br &gt;&lt;/a&gt;" rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/7.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/7.jpg" alt="Faszystowska" width="226" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 224px; height: 150px; display: block;" title="Anna pośrodku, idąca do pracy na wałach przeciwpowodziowych w dniu 25.03.1942 r." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/8.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/8.jpg" alt="propaganda" width="224" height="150" /></a>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://sycowice.net/index.php/2009/05/03/faszystowska-propaganda/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nie miałam lekiego życia&#8230;</title>
		<link>http://sycowice.net/index.php/2009/05/02/anna-meckaniak/</link>
		<comments>http://sycowice.net/index.php/2009/05/02/anna-meckaniak/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 02 May 2009 20:08:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator</dc:creator>
				<category><![CDATA[Anna Meckaniak]]></category>
		<category><![CDATA[Będów]]></category>
		<category><![CDATA[Franciszek Kryniewiecki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://sycowice.net/?p=401</guid>
		<description><![CDATA[
źródło zdjęcia: Cezary Woch

Anna Meckaniak część 1
Nazywam się Anna Meckaniak i urodziłam się 15 września 1926 roku w Lindof czyli w Węgrzynie. Od samego początku nie miałam lekkiego życia, ponieważ przyszłam na świat w ósmym miesiącu ciąży, po upadku mojej Matki ze strychu… . Jest początek czerwca 2007r. Będów.
O pochodzeniu mojej rodziny i naszym życiu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="margin: 0pt 5px 5px 0pt; width: 300px; float: left;"><img style="margin: 0;" src="http://sycowice.net/zdjecia/38.jpg" alt="Anna Meckaniak" width="300" height="202" /></p>
<p style="font-size: 11px; text-align: center; color: #999999; margin: 0; padding: 0;">źródło <a style="color: #999999;" href="http://fotoblog.com.pl/">zdjęcia</a>: Cezary Woch</p>
</div>
<p><em><strong>Anna Meckaniak część 1</strong></em><br />
Nazywam się Anna Meckaniak i urodziłam się 15 września 1926 roku w Lindof czyli w Węgrzynie. Od samego początku nie miałam lekkiego życia, ponieważ przyszłam na świat w ósmym miesiącu ciąży, po upadku mojej Matki ze strychu… . Jest początek czerwca 2007r. Będów.<br />
O pochodzeniu mojej rodziny i naszym życiu przed wybuchem drugiej wojny światowej, wiele już powiedział,  mój Brat Franciszek Kryniewiecki. Dlatego też chciałabym jedynie uzupełnić jego wypowiedź, powracając do niektórych sytuacji jakie miały miejsce tuż przed wybuchem wojny, w okresie jej trwania oraz do moich powojennych losów. Wspomnę też o tym o czym nie mówił mój Brat, a co dotyczy uzupełnienia naszego „jadłospisu” i pewnych ceremonii i zwyczajów  jakie miały miejsce w czasie świąt, chrzcin, wesel i pogrzebów.<br />
<span id="more-401"></span> Skoro już o jedzeniu  mowa to muszę powiedzieć, że jedliśmy wszystko co na stół podała  Matka, a  przygotowywane przez Nią potrawy zawsze nam smakowały. Trudno tu wymienić wszystkie, ale w lecie bardzo chętnie jedliśmy  zupy owocowe i jarzynowe:  na przykład z brukselką lub kalafiorem, często też kapuśniak do którego zawsze był kawałek mięsa albo boczku, a w ostateczności dobra okrasa ze stopionej słoniny.<br />
Na kolację bardzo lubiliśmy ziemniaki gotowane w mundurkach które zazwyczaj obierałam razem z Matką. Wysypywaliśmy je na stół, obieraliśmy do miski a później jedliśmy  ze smażonymi jajkami, albo ze swojskim serem ze śmietaną i szczypiorkiem. Często Matka na stopionej słoninie smażyła cebulę do której dodawała kwaśną śmietanę i jajka i było to bardzo pyszne danie które popijaliśmy  czarną zbożową kawą.<br />
Na śniadanie obowiązkowo była zupa mleczna oraz chleb z masłem i marmoladą. Obiad był rytuałem i bez względu na to co się robiło, jedliśmy go zawsze o godzinie dwunastej. Już z samego rana Matka  zaczynała go podgotowywać, a jak przyszłam ze szkoły rozpalałam ogień, coś tam dodawałam do wstępnie przygotowanej potrawy  a Matka gdy tylko przyszła z pola, doprawiała do smaku  i obiad był gotowy.<br />
Po zabiciu świni najlepsze części jak szynka , boczek a także słonina były peklowane i wędzone, po czym owijane w specjalny papier, pakowane do lnianych worków i wieszane na sznurkach na strychu… . Resztę konserwowało się w słoikach, bo oczywiście lodówek wtedy nie było… .<br />
Najważniejszymi uroczystościami rodzinnymi były oprócz Świąt Bożego Narodzenia i Świąt Wielkanocnych były chrzciny, komunie, wesela i pogrzeby. W chrzcinach uczestniczyła najbliższa rodzina oraz rodzice chrzestni i nie były to duże uroczystości. Wesela natomiast uzależnione były od zamożności i liczebności rodziny, ale na ogół nie liczyły więcej niż 20 do 30 osób. Zawsze zamawiana była orkiestra bez której żadne wesele nie mogło się odbyć.<br />
Ewangelików obowiązywały dwa śluby, cywilny i kościelny. W Sycowicach, w domu w którym zamieszkują dzisiaj rodziny Gąsiewskich i Rutkiewiczów, mieszkał „normalny” gospodarz który miał państwowe uprawnienia do udzielania ślubów cywilnych. Ja dzisiaj nie wiem na jakich zasadach on funkcjonował,  ale miał takie prawo.<br />
W jego domu był wydzielony pokój w którym odbywała się cała ceremonia. Było to bardzo wygodne, ponieważ nie trzeba było tak jak teraz, jeździć do urzędu gminy. Po zawarciu  ślubu cywilnego na przykład o godzinie 10-tej, czy 11-tej, młoda para przyjeżdżała do domu i jedzono obiad, po którym szykowano się do ślubu kościelnego.<br />
Wcześniej  był już umówiony na ten dzień  pastor, który nie mógł udzielić ślubu kościelnego bez zawarcia wcześniej ślubu cywilnego. Był taki zwyczaj, że należało po niego pojechać do Nietkowic i przywieźć  do kościoła w Będowie.<br />
W tym celu była najęta furmanka która przywoziła najpierw niektórych dalej mieszkających gości, na przykład z Radnicy czy z Sycowic, a jak już wszyscy byli zgromadzeni w domu weselnym, jechała po pastora. Kościół był specjalnie przystrojony, było dużo kwiatów, przed kościołem wieniec i wszystko odbywało się bardzo uroczyście.<br />
W celu odprawienia cotygodniowej niedzielnej mszy, pastor z Nietkowic dojeżdżał rowerem zawsze na godzinę 8.15,  ale trzeba też przyznać, że wiele razy szedł piechotą szczególnie w okresie zimowym i bez względu na pogodę musiał na tą godzinę zdążyć… . Pastor był człowiekiem bardzo sumiennym a oprócz spraw liturgicznych miał „na głowie”: własną gospodarkę, żonę i czwórkę dzieci… .<br />
Przez  dwa lata przygotowywał nas też do pierwszej komunii świętej, a okres nauki kończył się odpytywaniem ze znajomości zagadnień religijnych. W palmową niedzielę, Ojciec zaprzęgał konie do bryczki a niektórzy najmowali furmana i jechaliśmy wtedy do Nietkowic.<br />
Tam dziewczęta siadały w kościele po jednej stronie, chłopcy po drugiej i zaczynał się „egzamin”.  Pastor sprawdzał umiejętność odmawiania pacierza, różnych modlitw na przykład „Ojcze Nasz”, albo na wyrywki znajomość dziesięciu przykazań. Na dwa tygodnie przed tą uroczystością wszystkie dzieci chodziły ubrane w ciemne stroje to znaczy czarne spodnie i marynarki, spódnice, pończochy czy bluzki. Komunia  była przyjmowana również w czarnych strojach razem z Rodzicami.<br />
Warto także wspomnieć o tym, że w kościele ewangelickim nie było spowiedzi w takiej formie jak w kościele katolickim. Każdy swoje grzechy wyznawał sam jedynie przed Bogiem i była tu zachowana prawdziwa „tajemnica spowiedzi”. To wyznanie swoich grzechów jedynie przed Bogiem, upoważniało  do przyjęcia komunii świętej składającej się z komunikanta i pitej ze złotego kielicha odrobiny wina, co symbolizowało ciało i krew Chrystusa.<br />
Skoro mówimy o rodzinnych uroczystościach nie można pominąć  Świąt Bożego Narodzenia i Świąt Wielkanocnych. Zarówno same święta jak i przygotowania do nich były  podobne do obchodzonych dzisiaj w kościele katolickim. Poprzedzały je zawsze generalne porządki w domu, takie chociażby jak mycie okien, szorowanie podłóg i staranne odkurzanie.<br />
Zawsze było więcej potraw mięsnych pieczonych w piecu chlebowym. Porządna porcja aromatycznie przyrządzonego mięsa ledwo mieściła się w wielkiej, półokrągłej brytfannie i bez względu na liczebność rodziny i gości zawsze starczała przynajmniej na trzy dni… .<br />
Obowiązkowo przychodził do nas św. Mikołaj przynoszący dzieciom długo oczekiwane prezenty.  W wigilię  na choince zapalaliśmy świeczki i śpiewaliśmy kolędy.  W dniu tym nie pościliśmy a wręcz przeciwnie, gotowane były z jarmużem najbardziej tłuste kawałki mięsa, które tak przygotowane dla wielu były przysmakiem.<br />
Moja Matka nie gotowała tych tłustości bo Ojciec nie lubił takiego dania… . Bardzo lubiliśmy pokrojone na małe kawałki bułki zalane gorącym mlekiem i posłodzone cukrem, dodawany do tego był parzony zmielony mak i to było naszym wielkim przysmakiem.<br />
W zapusty po wsi chodzili muzykanci grający najczęściej na trąbce, harmonii i bębenku. Wokół nich gromadziła się zaraz grupka młodych i starszych którzy towarzyszyli im od domu do domu. Pukali do drzwi,  gospodynie prosili do tańca na podwórku i grali jeden lub dwa „kawałki”.</p>
<p>Gospodyni zawsze rewanżowała się kawałkiem szynki , kiełbasy lub pieniędzmi wkładanymi do specjalnie przygotowanego koszyka. Kiedy ta grająca i rozśpiewana grupa obeszła całą wieś, wieczorem organizowano zabawę na której spożytkowano wcześniej zebrane dary.<br />
W wielkanocną sobotę na parapetach okien wystawiano koszyki z nadzieją,  że „zajączek” coś do nich włoży. „Zajączek” jednak był trochę przekorny, bo jakkolwiek zawsze  przynosił dzieciom prezenty, to nie wkładał ich do przygotowanego koszyka, lecz ukrywał po całym domu i trzeba było je znaleźć.<br />
W Wielkanoc gotowaliśmy normalny obiad, rano była wędlina, placek, kawa, zresztą co kto chciał. Były też gotowane jajka ale nie święciliśmy w kościele potraw. W czasie świąt nie pito wódki i nikt przez ten fakt nie czuł się nieszczęśliwy… .<br />
Świętowaliśmy również przez dwa dni w Zielone Świątki. Przedtem, robiliśmy też staranne porządki w domach i w obejściach. Po prawej stronie drogi do Radnicy, tam gdzie dzisiaj rośnie las, był czerwony piasek.<br />
Jeździliśmy tam, nabieraliśmy go cały worek i przywoziliśmy do domu. Następnie spod śluzy braliśmy biały piasek i wysypywaliśmy tymi piaskami dróżki, oraz wypisywaliśmy przed swoimi domami z lewej strony bramy słowo: WESOŁYCH, a z drugiej strony bramy słowo: ŚWIĄT. Dekorowaliśmy też obejścia świeżym, aromatycznie pachnącym tatarakiem i młodymi brzózkami.<br />
Skoro mówimy o chrzcinach, komuniach i weselach to watro wspomnieć również i o pogrzebach, które są nieodłączną częścią ludzkiego życia. Pogrzeby odbywały się w ten sposób, że zmarły musiał jakiś czas przebywać w swoim domu.  Trzeciego dnia przybywał pastor i następowało tzw. „wyprowadzenie”  z domu.  Na podwórku domostwa duchowny odmawiał  stosowne na tą okoliczność modlitwy i cały orszak z trumną niesioną na specjalnym „noszaku” udawał się na cmentarz.<br />
Tam wpuszczano trumnę do grobu nad którym pastor ponownie się modlił.  Następnie pozostawiając otwarty grób wszyscy szli do kościoła gdzie odprawiana była msza święta.  Po jej zakończeniu  furman odwoził pastora  do domu, a uczestnicy pochówku szli ponownie na cmentarz, gdzie dopiero wtedy grób zasypywano. Warto zauważyć, że trumny nie wprowadzano do kościoła. Po tej smutnej ceremonii najbliższa rodzina proszona była na obiad,  który dzisiaj nazwalibyśmy stypą.<br />
Chodziliśmy w Będowie do ośmioklasowej szkoły podstawowej którą prowadził jeden nauczyciel. Pamiętam, że mógł mieć ze 27-28 lat a ja wśród szkolnych zdjęć, do dzisiejszego dnia mam jego fotografię i widać na niej, że był to bardzo przystojny mężczyzna. Pomimo, że do szkoły chodziło 56- 64 dzieci,  zupełnie dobrze dawał sobie z nimi radę. Wyglądało to w ten sposób, że klasy 5,6,7 i 8 szły w lecie na godzinę siódmą i uczyły się razem na przykład historii albo geografii.<br />
Na godzinę dziewiątą przychodziły klasy 3 i 4 które nauczyciel uczył „głośno”, a my wtedy rozwiązywaliśmy zadania np.: z matematyki. Każdy ze starszych  uczniów,                „po cichutku” skrobał coś tam w swoim zeszycie. Na godzinę dziesiątą przychodziły 1 i 2 klasa i do dwunastej uczyliśmy się wszyscy razem.<br />
Poszczególne klasy otrzymywały oddzielne zadania a nauczyciel pilnował porządku i tego aby wszyscy robili swoje. Pomimo dużej grupy dzieci trzymał dyscyplinę. Jak ktoś gadał,  dostawał na przykład dodatkowo 100 razy do napisania zdanie: „nie będę rozmawiał na lekcji” i to dość dobrze skutkowało.<br />
Były też sytuacje śmieszne. Kiedyś nauczyciel sprawdzał u pierwszoklasistów prace domowe. Pyta takiego malucha co to za literka, a ta jak się nazywa? W pewnej chwili maluch mówi, że nie wie. Jak to nie wiesz, pisałeś i nie wiesz? Nie wiem, bo to mama pisała… !  Bywało też tak, że starsi uczniowie otrzymywali pod swoją opiekę młodszych i uczyli ich czytać, pisać, rysować lub jeszcze coś innego.<br />
Oprócz nauki dzieci miały liczne obowiązki w gospodarstwie. Kiedy tylko wracaliśmy ze szkoły do domu, natychmiast „ze szkolnych”, przebieraliśmy się w „domowe” ubiory, jedliśmy obiad i szybko udawaliśmy się na pole, łąkę lub do ogrodu.<br />
Mieliśmy  duży warzywnik który zawsze musiał być dokładnie odchwaszczony. Warzyw było tyle, że starczało nam na cały rok i nigdy ich nie kupowaliśmy, a wszystko rosło bardzo ładnie. Udawały się nawet pomidory i trawiąca ich w dzisiejszych czasach zgnilizna ziemniaczana nie była wtedy znana. Nikt nie stosował innych nawozów jak obornik.<br />
Sadziliśmy też około 20 arów wczesnych ziemniaków. Były ich dwie odmiany, jedna miała różowe, podłużne a druga okrągłe, fioletowe kartofelki. Kiedy tylko ziemniaki urosły Matka zabierała całą czwórkę rodzeństwa i szliśmy je kopać. Nakopaliśmy ich zawsze  cały wóz, połowę jednej i połowę drugiej odmiany.<br />
Następnego dnia musieliśmy wstać rano, świąteczne się ubrać i jechaliśmy z Rodzicami do Krosna na rynek. Po sprzedaniu ziemniaków zaczynało się dla nas „święto”. Chodziliśmy po sklepach i Matka kupowała nam ubiory, pojedliśmy zawsze lodów, zachodziliśmy do cukierni i każdy mógł wybrać sobie ciastka jakie tylko chciał. Drugie takie „święto” miało miejsce dla nas po żniwach.<br />
W lecie było dużo pracy przy sianie, bo mieliśmy do wykoszenia około 4 ha łąk.      Co prawda Ojciec kosił je kosiarką, ale przewracać i grabić trzeba było ręcznie. Jak było „cienkie” to nie przewracaliśmy go, lecz od razu grabiliśmy w wałki. Poza tym część łąk była nieraz zalewana przez dwie rzeki Odrę i Gryżynkę i wtedy po wykoszeniu, należało świeżą trawę przewieźć w suche miejsca i tam dopiero ją suszyć. Suche siano jest lekkie, ale świeżo skoszona trawa ma swoją wagę… .<br />
Kiedy zaczynały się wykopki kopaliśmy ręcznie. Od szóstego roku życia oraz jak chodziłam do szkoły dostawałam do kopania jeden rządek, a jak ją skończyłam to dwa rządki. Matka brała trzy i nie daj Boże żeby się opóźniać! Od razu druga strona motyki szła w ruch.. , oczywiście trochę na żarty, ale trzeba było się pilnować… .<br />
Później Ojciec kupił konną kopaczkę i najmowaliśmy ludzi do zbierania. Osobiście wolałam jednak kopać ręcznie bo wszystkie ziemniaki były porządnie wykopane a po kopaczce wiele zostawało w ziemi. Niektórzy „zbieracze” zbierali czysto, a niektórzy potrafili jeszcze ziemniaka wdeptać w ziemię. Później trzeba było prawie dwa tygodnie kartoflisko wielokrotnie bronować, sprężynować i zbierać jeszcze ziemniaki spod pługa. Było to bardzo uciążliwe, ale ponad dwa hektary kartofli też nie było prosto wykopać motykami.<br />
Jak  skończyłam szkołę to systematycznie z Ojcem pracowałam w polu. Przy sadzeniu kartofli Ojciec prowadził dołownik a ja kierowałam końmi. W czasie ich obsypywania sprzęgana była para koni które miały jedne lejce, ale dwa oddzielne orczyki do których podczepiane były dwa radełka.<br />
Jedno radełko prowadziłam ja, a drugie Ojciec i za jednym przejazdem mieliśmy obradlone dwa rządki. Wyglądało to dość skomplikowanie, ale przy spokojnych koniach które szły redlinami, było to możliwe. W czasie siewów Ojciec pilnował siewnika a ja  koni. Konie były bardzo spokojne i nie stwarzały problemów, ale pewnego razu jeden z nich złamał nogę przy pracy w lesie i praktycznie było „po koniu”.<br />
Ojciec przez jakiś czas pożyczał drugiego od kobiety pracującej w karczmie, ale nie było to co trzeba, bo konie  muszą cały czas chodzić w parze. W końcu kupił drugiego konia  ale był problem, ponieważ  ten koń gryzł i zawsze miałam stracha kiedy musiałam go sama karmić. Bałam się do niego podchodzić i z daleka podsuwałam mu siano czy owies.<br />
Konie czyściłam i zaprzęgałam sama, ale tego wariata bałam się jak ognia tym bardziej, że kiedyś gonił mnie po podwórku i pewnie chciał ugryźć!  Było trochę wrzasku, ale jakoś „uratowałam się”. Jak wyprowadzaliśmy je ze stajni, to ja brałam tego spokojnego a Ojciec „gryzącego” i on tylko zakładał koniom lejce „na krzyż”.<br />
Pod koniec wojny kiedy ruscy zabrali nam te konie, właśnie ten „gryzący” cały mokry od potu, deszczu i śniegu, wrócił do domu. Ruscy tak łatwo by go nie puścili, ale pewnie któregoś ugryzł i wyrwał się im. Ojciec wprowadził go do stajni i okrył derkami,  ale po krótkim czasie inni sowieci go zabrali i wtedy już nie wrócił… .<br />
Pamiętam, że Będów był bardzo ładną i czystą wsią. W konkursie czystości zdobył drugie miejsce w powiecie krośnieńskim zaraz po Bródkach.  Ludzie bardzo dbali o porządek, na ulicy i w obejściach  było wygrabione, pozamiatane i posprzątane, a ogródki z dużą ilością kwiatów były bardzo zadbane. Te porządkowe prace wykonywaliśmy głównie w sobotę.<br />
We wsi było koło gospodyń wiejskich i straż pożarna która miała  remizę strażacką i konny wóz strażacki z ręcznymi pompami. Kiedy tylko zbliżała się burza, gospodarze nakładali koniom uprzęże i byli w gotowości  do wyjazdu do pożaru.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Cezary Woch</em></p>
<p><strong>GALERIA:</strong> <em>(kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)</em></p>
<div style="margin: 0pt auto; height: 330px; text-align: center;">
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 226px; height: 150px; display: block;" title="Ania tuż przed pójściem do pierwszej klasy. W prawym dolnym rogu napis Bindow, czyli niemiecki Będów." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/1.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/1.jpg" alt="Anna Meckaniak" width="226" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 100px; height: 150px; display: block;" title="Ania w wieku około 9 lat. To zdjęcie podoba mi się najbardziej... Na bosaka, ale z piękną kokardą..." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/2.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/2.jpg" alt="Będów" width="100" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 223px; height: 150px; display: block;" title="W dniu Pierwszej Komunii Świętej. Anna czwarta od prawej. Charakterystyczny dla ewangelików ciemny strój. Pierwszy z lewej starszy brat, który zginął pod Budapesztem w końcówce wojny. Obok nich Dziadek. Rok 1941." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/3.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/3.jpg" alt="Meckaniak" width="223" height="150" /></a></p>
<p><a style="margin: 5px; float: left; width: 100px; height: 150px; display: block;" title="Dzień zakończenia szkoły podstawowej. Anna pośrodku przed drzwiami szkoły. Rok 1941." rel="lytebox[kryniewiecki]" href="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/4.jpg"><img src="http://sycowice.net/zdjecia/meckaniak/4.jpg" alt="Anna Meckaniak" width="100" height="150" /></a>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://sycowice.net/index.php/2009/05/02/anna-meckaniak/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>12</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
