Drukuj artykuł Drukuj artykuł

System powiadamiania mieszkańców

źródło zdjęcia: darmowe obrazy

Z dzieciństwa pamiętam, a były to czasy kiedy na wsi w pobliżu znanej miejscowości uzdrowiskowej nie było prądu (!), a telefon na korbkę był rzeczą nieznaną, jak sołtysi radzili sobie z powiadamianiem mieszkańców. Otóż sołtys chcąc zorganizować zebranie w celu powiadomienia mieszkańców o istotnych dla nich sprawach, wysyłał tzw. „kartkę”. Była to zwykła kartka papieru często wyrwana z 16 kartkowego zeszytu na której koślawym pismem napisany był termin i cel zebrania. „Kartka” wędrowała utartą drogą od sąsiada do sąsiada, który własnoręcznym podpisem potwierdzał otrzymanie wiadomości. Po dwóch lub trzech dniach „kartka” obeszła całą wieś i wróciła do sołtysa który miał pewność, że wszyscy zostali powiadomieni. Na zebranie o ile nie mógł na nie przybyć gospodarz, obowiązkowo delegowany był któryś z członków rodziny, ponieważ mogły być poruszane newralgiczne sprawy takie chociażby jak konieczność obowiązkowych dostaw. Kwestia ta ale nie tylko, była szczególnie czułym punktem komunistycznej władzy, a nie wywiązywanie się z tego obowiązku mogło skutkować niepotrzebnym zainteresowaniem UB czy nawet zakończyć się odsiadką. Chociażby z tych powodów obecność na zebraniu wiejskim była niemal stuprocentowa… . Od tego czasu minęło ponad pół wieku, a wędrujące „kartki” zastąpione zostały papierowymi ogłoszeniami na słupach, płotach lub drzewach…. . Jednak z chwilą wejścia do UE i utworzenia funduszów sołeckich, nasi sołtysi poprzez ustawienie na terenach swoich sołectw tablic i słupów informacyjnych zadbali o to, aby sposób przekazywania informacji był bardziej estetyczny i czytelny. Okazało się jednak, że mało kogo to interesuje, ponieważ po wywieszeniu takich ogłoszeń, na kilkaset osób zamieszkujących wieś na zebranie przychodzi kilku lub kilkunastu mieszkańców…. . Nie pomógł również zagwarantowany w Statutach Sołectw siedmiodniowy termin upublicznienia ogłoszenia, bo nagabywani mieszkańcy co do nieobecności na zebraniu w rozbrajający sposób konstatują, że ogłoszenia nie widzieli i nie czytali… . W dobie telewizji satelitarnej, telefonów komórkowych, a także satelitarnych, kiedy wszelkie informacje rozchodzą się niemal błyskawicznie, a ludzie przyzwyczajeni są do podawania informacji „na tacy”, wspomniane wyżej sposoby powiadamiania rzeczywiście trącą myszką. I nie chodzi tu tylko o zebrania wiejskie, ale o bardzo wiele różnych informacji ułatwiających życie, zwiększających bezpieczeństwo czy standard życia mieszkańców. Dotyczy to nie tylko komunikacji w sołectwach, ale co najważniejsze, niezwykle potrzebnej komunikacji pomiędzy Urzędem Gminy, a mieszkańcami sołectw. Weźmy chociażby pod uwagę możliwość przekazywania informacji o: awariach i przerwach w dostawie wody czy prądu, ograniczeniach w funkcjonowaniu promów, niebezpiecznych zjawiskach pogody, pożarach lasów, ważnych wydarzeniach kulturalnych i sportowych, bezpłatnych badaniach lekarskich, kursach, szkoleniach, przypominanie o terminach opłaty podatku rolnego, opłatach za wodę, ścieki i śmieci, sesjach czy posiedzeniach komisji problemowych Rady Miejskiej, dyżurach radnych, szkoleniach sołtysów itp. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż sołtysi otrzymują już takie powiadomienia dotyczące jedynie ostrzeżeń meteorologicznych: najczęściej o silnych wiatrach, intensywnych opadach deszczu czy oblodzeniu z zaleceniem, aby „w sposób zwyczajowo przyjęty”, czyli poprzez wywieszenie papierowych ogłoszeń powiadomili mieszkańców… . Ostrzeżenia te najczęściej pojawiają się w godzinach popołudniowych lub wieczornych, to w jaki sposób dotrzeć z nimi do mieszkańców…?? Czy stworzenie takiego systemu jest możliwe? Oczywiście TAK, a osiągnięcie tego popularnego już w wielu polskich gminach i miastach standardu, wymaga zainstalowania odpowiedniego systemu powiadamiania mieszkańców. Ile to kosztuje i jak się sprawdza ? Relatywnie niewiele, wystarczy porozmawiać z gminami w których systemy te funkcjonują. O ile te systemy bardzo dobrze sprawdzają się na co dzień w warunkach pokojowych, to w sytuacjach kryzysowych nie wykluczając czasu „W”, wszystko bierze w łeb. Dlaczego? Otóż dlatego, że sms-owy system łączności przestaje działać. Przykładem tego jest sytuacja z którą mieliśmy do czynienia na Zaodrzu po ataku orkanu „Ksawery”. Zerwane linie energetyczne w oczywisty sposób spowodowały brak dostawy prądu, a to niosło za sobą określone konsekwencje. Pomijając problemy z lodówkami i zamrażarkami natychmiast „wysiada” Internet, po kilku godzinach obserwujemy brak łączności za pomocą telefonów komórkowych, a po dalszych kilkunastu godzinach brak łączności za pomocą telefonów stacjonarnych. Nie ma absolutnie żadnej komunikacji „z dołu do góry”, a również „z góry w dół”. Okazuje się, że wszystkie stacje przekaźnikowe muszą być zasilane energią elektryczną, a baterie wystarczają na krótko. Informowanie sztabów kryzysowych, organizowanie, wzywanie pomocy i powiadamianie o nieszczęśliwych wypadkach jest niemożliwe lub znacznie utrudnione. I tu kłania się krótkofalowy system łączności w który powinni być wyposażeni wszyscy sołtysi. Nie przyjmuję do wiadomości jakichkolwiek sugestii o problemach z przekazywaniem sygnału. W tym systemie pracuje Policja, Straż Graniczna, czy Państwowa Straż Pożarna które utrzymują kontakt z dowództwami z każdego miejsca, a skoro tak, to również w ten sam sposób powinny porozumiewać się sołectwa ze sztabami kryzysowymi. Koszt krótkofalówki w wysokości około jednego tysiąca złotych mógłby być pokryty z funduszu sołeckiego. Nie jest to potrzebne wtedy kiedy nic się nie dzieje, jeśli jednak zdarzy się nieszczęście, „będziemy mądrzy po szkodzie”… . Reszta w rękach decydentów… .

Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.