Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Marynarz spod dwóch bander… . Część 2

źródło zdjęcia: Zygmunt Skalski

Ta szkoła powstała na mocy zarządzenia ministra żeglugi nr 172 z dnia 18 lipca 1953 roku Nazwano ją Zasadniczą Szkołą Rybołówstwa Morskiego w Darłowie. Pierwszym dyrektorem szkoły został Józef Nagórny, zaś kadra nauczycielska liczyła wówczas zaledwie trzech nauczycieli, przy uczęszczających na zajęcia 82 uczniach. 11 maja 1955 ówczesny minister żeglugi uroczyście przekazał szkole specjalny kuter szkoleniowy o nazwie "Franek Zubrzycki". .Był to statek zbudowany w stoczni darłowskiej. W roku 1966 ministerstwo żeglugi sprawiło szkole niezwykle miły prezent, przekazując jednostkę pływającą, która po wyremontowaniu i przystosowaniu do wymogów praktyki uczniowskiej otrzymała nazwę "Franek Zubrzycki II" i zastąpił starą wysłużoną jednostkę szkoleniową. Kiedy ja w roku 1963 roku pojawiłem się w tej szkole nie brakowało w niej także dziewcząt. Po dziesięciu latach istnienia tej szkoły została ona rozbudowana i posiadała kilka kierunków. Ja trafiłem na kierunek rybołówstwa. Ta piękna szkoła na zdjęciach wymagała wielkiego wytrwania podczas praktycznej nauki. Warunki morskie na pokładzie kutra przy pracy przy połowach były nie do zniesienia. Ciągłe wiatry kołysały kutrem. Morski, wilgotny, zimny wiatr zniechęcał do pracy. Zawsze podczas wiatrów odczuwało się na ustach słone powietrze. W szkole podczas lekcji trwała monotonna nauka o rybach i jej połowach. W internacie trwała dyscyplina i rygor wojskowy. Nie lekka była ta szkoła dla mnie i dla innych kolegów. Do tych niewygód niemożliwie było się przyzwyczaić. 18 miesięcy jakoś przetrwałem, aż się uformowała z nas grupra niezadowolonych wagarowiczów. Zamiast do szkoły zatrudnialiśmy się do prywatnych rybaków na kutry. Mając zarobione pieniądze odwiedzaliśmy bary i dyskoteki. Lekceważyliśmy upomnienia pedagogów. Po powrotach z rozrywek zakłócaliśmy spokój w internacie. Nie długo trwało, za nasze wybryki zostaliśmy zwolnieni ze szkoły i zdaliśmy mundury. Został nam tylko powrót do domów. Macocha z ojcem nalegali, bym gdzieś się zatrudnił, gdyż oni nie mają pieniędzy na utrzymanie darmozjada. Zatrudniłem się więc w PGR w Ołoboku.. Pracowałem przy ładowaniu obornika na przyczepy. Kiedy obornik się skończył, to na polu z dwoma dziadkami wyrywałem buraki. Zbliżała się zima. Ojciec w gazecie "Rolnik polski" wyczytał, że na Śląsku potrzebują dużo pracowników za godne wypłaty przy budowie stacji kolejowej firma PRK 5 Przedsiębiorstwo Robót Kolejowych nr 5. Budowałem nowy dworzec kolejowy z peronami w Katowicach. Przepracowałem tylko miesiąc fizycznie przy ciężkiej pracy ze szpadlem w ręku. Przy podnoszeniu ciężkiej szyny kolejowej, nagle coś mi strzykło w krzyżu. Upadłem i nie podniosłem się. Pracownicy dowlekli mnie do ambulatorium. Otrzymałem zwolnienie chorobowe na dwa tygodnie. Więc jeszcze bez wypłaty, nie mając żadnej opieki pracownicy dowlekli mnie do stacji kolejowej i odjechałem do domu na gapę. Macocha z ojcem zamartwiali się, że przyjechałem bez pieniędzy. Po dwóch tygodniach dali mnie pieniądze na podróż i wyprawili po wypłatę. Całą wypłatę macocha mi zabrała. Nie dała nawet na piwo. Do Katowic już nie wróciłem. Wkrótce ojciec pomógł mnie zatrudnić przy utwardzaniu nawierzchni drogi między Pałckiem a Niekarzynem. Obsługiwałem maszynę do kruszenia kamieni i sam je podawałem do maszyny. Po ośmiu godzinach tak ciężkiej pracy ledwo docierałem rowerem po polnych i leśnych drogach na skróty do domu. Po trzech miesiącach tej pracy miałem już dość. Sam załatwiłem sobie pracę w 'ELTERMA' w Świebodzinie. Z powodu wykorzystywania do ciężkich prac pracowników bez zawodu nie zagrzałem tam na długo miejsca. Zatrudniłem się w meblówce tego miasta. Przy załadowaniu mebli na przyczepy, a z przyczep na wagony nie wytrzymałem dwóch miesięcy. Byłem w rozpaczy, jaki to jest ciężki żywot człowieka bez zawodu. Bardzo żałowałem, że nie doceniłem szkoły w Darłowie. Zew morza znowu mnie zawołał. Pojechałem znowu do Darłowa. Zatrudniłem się u rybaków na stałe u których pracowałem podczas szkolnych wagarów.. W godzinach poza szkolnych spotykałem się z dobrymi i życzliwymi kolegami ze szkoły w znanych barach. Mieli już swoje zasługi szkolne, a ja między nimi byłem zero. Jeden z nich najbardziej życzliwy pochodził z gór i nazywał się Zdunek, a my go w internecie traktowali nie poważnie i dołożyliśmy mu pierwszą literkę do jego nazwiska "B". Ale on lubił żarty i tego przezwiska nie traktował poważnie. Właśnie on myślał po nocach, jak pomóc nieszczęśliwemu przyjacielowi. Przy następnym spotkaniu w barze przedstawił mi swój, opracowany plan pomocy dla mnie. Wyznał mi, że ma cioteczną rodzinę w Otwocku. On wiedział, że bardzo dobra i życzliwa ciocia nie odmówi dla siostrzeńca pomocy. Zaproponował mi, bym z jego listem zgłosił się u cioci w Otwocku, z prośbą o moje chwilowe zakwaterowanie. Doradził mi, że z tamtąd jest blisko do Warszawy i będzie szansa spotkać się z kompetętną osobą Ministerstwa Żeglugi w sprawie pomocy do powrotu do Szkoły Morskiej w Darłowie, przedstawiając swoją skruchę za jej niedocenienie. Pomysł "Bzdunka" trafił w "dziesiątkę". Za trzecim razem odwiedzin Ministerstwa Żeglugi udało mi się spotkać z Jego przedstawicielem. Szlachetny pan niczego mi nie obiecał, ale zapewnił, że będzie się starał, by pokornego ucznia szkoła przyjęła do dalszej nauki. Pewnego dnia, kiedy właściciel u którego pracowałem odpalił kuter do wyruszenia na połowy zjawił się goniec ze szkoły i kazał mi, bym się natychmiast w niej zjawił. Właściciel kutra bez mojej pomocy musiał wyruszyć na połowy.. W szkole przed dyrektorem przy gronie pedagogów musiałem się tłumaczyć, kogo i jakie mam znajomości w ministerstwie. Odpowiedziałem, że tam nie mam ni kogo i żadnych znajomości, tylko mój rozsądek tam skierował, by się uderzyć w pierś za swoje, niegodne zachowanie wobec swojej szkoły. Po tym spotkaniu i szczerym wyznaniu dyrektor szkoły skierował mnie na dalsze szkolenie na wydział mechaniczny. Za dobrą naukę i sprawowanie o trzymałem stypendium. W roku 1967 otrzymałem świadectwo motorzysty statków rybackich. Tym sukcesem mogłem się cieszyć, że już nie będę pracować z łopatą. Podczas wakacji szkolnych zarabialiśmy pieniądze na prywatnych kutrach rybackich. Szkoła organizowała wycieczki do Kłajpedy, Rostoku i innych portów bałtyckich. Odwiedzałem swoją rodzinę. Nawet i macocha cieszyła się z mojego sukcesu. Byłem dumny, gdy się pojawiałem w marynarskich szlifach wśród przyjaciół z wczesnej młodości. Bawiłem się na organizowanych, wiejskich zabawach: w Radoszynie, w Ołoboku, w Skąpem, a nawet bawiłem się w klubie w Ciborzu. Przed zakończeniem szkoły marzyłem o żonie ze wsi. Zalecałem się do kilku znajomych dziewcząt,. ale na temat żeniaczki żadna nie chciała rozmawiać. Każda obawiała się samotności podczas długich, morskich rejsów. Moi koledzy i koleżanki, z którymi zaczynałem szkołę opuścili ją w 1967 r. Ja natomiast straciłem rok przez głupotę jej nie doceniania. Ten rok z łopatą w ręku zapamiętałem na zawsze. Przez ten rok trwała wielka szkoła życie człowieka bez wykształcenia. W roku 1968 żegnałem piękną szkołę w Darłowie i wspaniałych pedagogów, którzy życzyli nam "sprzyjających wiatrów” Na bezkresnej, morskiej toni. Opuściłem szkołę dumnie z pięknym dokumentem jako – "MOTORZYSTA MORSKICH STATKÓW RYBACKICH" w kieszeni. Udałem się z nim do większego portu w Kołobrzegu. W skrócie o marynarzu Ożenił się w Kołobrzegu z piękną Krystyną córką rybaka, który był szyprem na kutrze. Po szkole w Darłowie pracował na kutrze jako motorzysta w połowach ryb na Bałtyku. Kiedy żona urodziła mu dwóch synów w trosce o ich byt podjął zaoczne studia na Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie. Z wielkim trudem ukończył te studia i przesiadł się z kutra na statki rybackie, dalekomorskie i był na nich oficerem technicznym. Żona z małymi synkami bardzo za nim tęsknili podczas długich rejsów które nie raz trwały nawet i rok. Sama w trosce o dwójkę synów bardzo potrzebowała opieki ich ojca. Sama w rozpaczliwych problemach nie dawała rady. W końcu zachorowała na schizofrenię. Marynarz na jakiś czas zrezygnował z dalekich rejsów i zatrudnił się w porcie, by zatroszczyć się o małych synów. Żona leczyła się w Gorzowie w szpitalu dla umysłowo chorych. Kiedy lekarze już nie rokowali nadziei o poprawę jej zdrowia, marynarz ją ubezwłasnowolnił przez sąd i ożenił się z drugą, młodą kobietą. Po śmierci pierwszej żony powierzył swoich synów Opiece Społecznej. .Kiedy już miał parkę dzieci z drugą żoną postanowił opuścić Polskę. Z nową rodziną tymczasowo przebywał w Norwegii. Po kilku miesiącach w roku 1993 załatwił dokumenty na wyjazd do USA. Zamieszkał w Seattle w stanie Waszyngton. Tam ukończył wielomiesięczny kurs języka amerykańskiego i przeszkolenia mechaniczne statków amerykańskich. Po tym kursie zdobył awans na czwartą belkę. Tam jako oficer techniczny pływał pod banderą amerykańską na statkach pasażerskich. Zygmunt po Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie ze swoim jednym z dwóch synów z pierwszej żony. Ostatnio w wieku lat 68 dopracowuje na pełną emeryturę amerykańską pływając na promach pasażersko-samochodowych między Seattle a Alaską. Pełną, polską emeryturę otrzymuje z Polski. Synowie jego z pierwszego małżeństwa mieszkają w Polsce gdzieś na Pomorzu. Parka dzieci z drugą żoną studiuje w Seattle i w ogóle nie interesuje się językiem polskim. Tak to wyglądało w skrócie życie „Marynarza spod dwóch bander”. Szkoda, że te niedokończone przygody morskie a było ich bardzo wiele nie zostały do końca opisane. .

Zygmunt Skalski

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.