Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Marynarz spod dwóch bander…

źródło zdjęcia: Zygmunt Skalski

OD AUTORA OPRACOWANYCH WSPOMNIEŃ Szanowni Czytelnicy.Nie mało napisałem wspomnień osobiście przeżytych i opowiedzianych podczas wywiadów przez znajomych a także poznanych ostatnio Przyjaciół. Po wydaniu książki "LEKTURA WSPOMNIEŃ" w 2011 roku została ona niezwykle doceniona przez Czytelników w Kraju i przez Polonię za granicą. Za pomocą kolegów z Polski w roku 2013 wytropił mnie marynarz spod dwóch bander. Okazało się, że ten marynarz we wsi Łąkie w naszej gminie. Spędził swoje starsze dzieciństwo i wczesną młodość. Dzięki internetowi nawiązaliśmy współpracę na temat opisanie wspomnień marynarza. Ta współprace elektroniczna trwała ponad rok. Opracowaliśmy ponad połowę wspomnień. Dzięki tej współpracy poznałem wiele przygód z życia marynarzy. Miałem nadzieję, że wspomnienia ukończymy Na zdjęciu z roku 2012 bohater wspomnień Zygmunt Skalski z powyższego tytułu. wspomnień Nagle bohater wspomnień powiadomił mnie, że z dalszej współpracy rezygnuje. Wyjaśnił mi, bym ja nie czuł się pokrzywdzony, to wszystko co ja napisałem łącznie ze zdjęciami zostaje moją własnością. Powód tej rezygnacji jest w końcówce wspomnień. Zygmunt ma najwyższą rangę w marynarce cywilnej. Ostatnio pływa na promach pasażersko-samochodowych po zachodnim wybrzeżu USA, Kanady i aż do Alaski. Zdjęcie jednego z promów KALAMBIA na których obecnie pływa umieściłem pod tytułem wspomnień. Z Jego wywiadów i dokumentów wynikało, że miał niezwykle zawiłą drogę życia. Myślę, że warto jest przeczytać i porozmyślać nad kolejami losów Polonijnych Rodaków. Zapraszam więc na wędrówkę wspomnień „MARYNARZA SPOD DWÓCH BANDER” urodzonego na równinach kieleckich w ubogiej wsi pod Opocznem. CZĘŚĆ – I MOJA KOLEBKA I JEJ POŻEGNANIE Równiny pod Opocznem daleko odbiegały od urodzajnej gleby. Z uwagi na to sporo takich gruntów zostało zalesionych. Tu domy przed wojną i po wojnie budowano z drewna pozyskiwanego z pobliskich lasów. Przeważnie kryte one były słomą a rzadko gontem.. Wiejscy ludzie bez różnicy na wiek prawie wszyscy latem chodzili na boso. Natura, po dłuższym chodzeniu na boso chroniła stopy tych biednych ludzi. Na podeszwie stopy tworzyła się zrogowaciała skóra, która w dużym stopniu zabezpieczała przed poranieniem. Właśnie ja jako bohater wspomnień urodziłem się na tych terenach w roku 1946 w ubogiej wsi Ossa. Mój ojciec Józef Skalski urodził się w 1913 roku. Podczas II WŚ należał do szeregów polskiej partyzantki. Jego oddział brał udział w walkach zbrojnych z okupantem niemieckim na terenach ziem kieleckich i śląskich. Jedna z najważniejszych akcji zbrojnych była dla niego - odbicie transportu młodych więźniów politycznych, których transportowano z Francji do Oświęcimia. Większa część uwolnionych więźniów przystąpiła do polskich oddziałów partyzanckich. Wśród więźniów były także i młode kobiety, które także zdecydowały się walczyć ze wspólnym wrogiem. Józef Skalski prócz walk z okupantem nie próżnował i zawojował serce młodej Francuzce. Po zapoznaniu się ujawniło, że ona urodziła się we Francji ale w rodzinie polskiej. Dla Władysławy także spodobał się polski, waleczny bohater. Była bardzo wdzięczna dla Józefa i dla jego kolegów, że ją uratowali od obozowej śmierci w Oświęcimiu. Czuła się dłużniczką za ratunek i zdecydowała się podzielić losem leśnych braci Polaków. Józef z Władysławą walczyli ramię w ramie w oddziałach partyzanckich aż do momentu stwierdzenia u niej ciąży. Los chciał, że leśni kochankowie z tego powodu musieli opuścić las nie doczekawszy nadchodzącego wyzwolenia Polski. Józef leśną miłość zabrał na swoje gospodarstwo do wsi Ossa pod Opocznem. Wkrótce po ślubie przed samym wyzwoleniem Kielc waleczna Władysława urodziła syna i nadano mu imię Feliks. W rok po wojnie 1946 r. Władysława, moja Mama powiła drugiego syna i nadano mi imię Zygmunt.. W ubogiej wsi i w ubogim gospodarstwie rodzina skalskich nie doznawała dostatków. W tej biedzie moja Mama urodziła trzecie dziecko. Była nim moja siostra Joanna. Po pięciu latach małżeństwa w niedoli moja Mama zachorowała na gruźlicę. Po roku choroby zmarła w wieku 33 lata zostawiając męża i trójkę małych dzieci. Pochowano Ją we wsi Białaczów pod Opocznem. Każdy wie i rozumie, jak tak małe dziecko przeżywa utratę mamy. Następnym ciosem dla mnie i mojego Rodzeństwa było, kiedy to nasz ojciec bezradny sam na gospodarstwie sprowadził dla siebie z pobliskiej wsi drugą żonę. Macocha nie starała się, by trójce nie swoich, małych dzieci zastąpić mamę. Jako rodzeństwo czuliśmy się, że przez nią nie jesteśmy kochani. Kiedy dorosłem do lat szkolnych zaczęły się znowu problemy dla małego dziecka. Nie miałem warunków, by na co dzień uczęszczać do szkoły. Zatrudniano mnie do wypasu krów od kwietnia do października. Wypasałem je na równinnych nieużytkach a często i w Górach Świętokrzyskich. Cały sezon pasterski poruszałem się na boso. Jakże często z pastwiska powracałem z poranionymi stopami. Nie było komu przytulić cierpiące, pokrzywdzone dziecko. Nie było komu opatrywać poranione nogi, które goiły się po dłuższym odczuwaniu bólu. Po roku małżeństwa macocha urodziła syna Bolesława, więc ja zostałem całkowicie zaniedbany. Kiedy następnie urodziła córkę Danutę, mój los życia stał się beznadziejny. Starszy mój Brat Feliks tak jak moja Mama w niedostatku i ciężkiej pracy zachorował na gruźlicę i w roku 1958 zmarł. W latach pięćdziesiątych wiele ludzi w naszej wsi chorowało na tą chorobę . Nie było słychać żeby ktoś z niej się wyleczył. Po paru latach choroby wszyscy umierali. Naszą rodzinę ta choroba nie opuszczała. Powstała wielka panika w roku 1959 kiedy znowu gruźlica zaatakowała moją młodszą ode mnie siostrę Joannę. Biedne dziecko bez mamy całymi dniami płakało. Byliśmy pewni, że ona także podzieli los mamy i brata. W tej, dziecięcej, rodzinnej niedoli na początku lata 1960 roku doznaliśmy następnego szoku. Moją, rodzinną wieś Ossa nawiedził groźny pożar. Sprzyjający wiatr pożarowi oprócz budynków gospodarczych strwonił 130 drewnianych budynków mieszkalnych. Po całym gospodarstwie ojca i jego skromnej chacie zostały tylko zgliszcza. Ja, jako jeszcze dziecko ten straszny dramat przeżywałem razem ze swoją rodziną. Co prawda, Państwo szybko zareagowało na straty poszkodowanych gospodarstw i przydzieliło pieniądze na materiał na ich odbudowę. Część mieszkańców skorzystała z pomocy Państwa a część zrezygnowała tym trudnym wyzwaniom odbudowy posiadłości. Mój Ojciec także zrezygnował z tak ofiarnego trudu. Dowiedział się w mediach prasy i radia, że na „Ziemiach zachodnich” za pomocą Państwa można jeszcze nabyć wolne, odpowiednie gospodarstwa. Znalazło się więc sporo gospodarzy i zdecydowali się w jednym transporcie wyjechać na Zachód po nieznaną przyszłość jak Kargule ze znanego filmu. Więc tego samego roku po pożarze wyruszyliśmy transportem w wagonach towarowych z Opoczna poprzez Łódź i Poznań do docelowej stacji „Ziem zachodnich” w Świebodzinie. Za pomocą władz powiatowych ojciec wybrał opuszczone gospodarstwo we wsi Łąkie podlegające pod Gromadzką Radę Narodową w Ołoboku. Ze stacji furmanką, ze skromnym dorobkiem rodzina wyruszyła do przyszłego miejsca zamieszkania. Ja natomiast nie miałem miejsca na bardzo obciążonym wozie i w dodatku z chorą siostrą. Pędziłem za nim krowę przez wieś Chociule aż do wsi Łąkie. Cieszyliśmy się tym gospodarstwem, gdyż ono było o wiele wygodniejsze jak w rodzinnej wsi. Pierwszą, naszą , rodzinną sprawą było umieszczenie chorej Joanny w szpitalu w Świebodzinie.; Później poznawaliśmy i nawiązaliśmy przyjaźń z sąsiadami. A ja poznałem parę bardzo dobrych kolegów.. Najbardziej serdecznym i nie zawodnym moim Przyjacielem z wczesnej młodości pozostał dla mnie na zawsze Bronisław Tatarczyk. CZĘŚĆ - II MOJA MŁODOŚĆ NA TEJ WSI Nowa miejscowość bardzo mi się spodobała. Zauroczyło mnie, że w pobliżu jest dużo wód. Przy samym domu jeziorko, a zaraz za wsią duże jezioro. Z drugiej strony wsi w nie dużej odległości następne jezioro. Za jeziorem Trzeboch w odległości 300 m. płynie rzeczka Ołobok. Po jej przeciwległej stronie są słynne umocnienia Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego.. Od tych umocnień zaczynają się bezkresne lasy obfite w grzyby. Wszystkie wody pełne ryb różnego gatunku. Koledzy pomogli mi zorganizować wędkę. W wolnych chwilach spędzałem z nimi czas na wędkowaniu. Penetrowaliśmy z nimi umocnienia, a nawet i sam przy wypasaniu krów przy rzeczce.. Bardzo chciało się znaleźć jakąś, wojenną pamiątkę, ale przez 15 lat po wojnie moi poprzednicy wszystko wyczyścili. Kiedy dorastałem postanowiliśmy z kolegami odwiedzić słynny Tiborlager, kiedy to już w tym czasie był w Ciborzu Szpital dla Psychicznie i Nerwowo Chorych. Przez portiernię nie wpuszczano postronnych osób. Więc blisko jeziora przy ściekach trafiliśmy na sporą dziurę w płocie z siatki. Nikt nas nie zatrzymywał. Udawaliśmy mieszkańców Ciborza. Oglądaliśmy piękne, przedwojenne, niemieckie koszary wybudowane w sosnowym, dużym lesie. Po drodze do domu komentowaliśmy tą, piękną przygodę na tych historycznych terenach. Moja młodość zaczynała się pięknie. Wszystko cieszyło młodą duszę. Cieszyłem się razem z ojcem i siostrą Joanną, że w szpitalu w Świebodzinie została całkowicie wyleczona z groźnej choroby. Do całkowitego szczęścia brakowało nam tylko naszej mamy. Chociaż byłem mały kiedy mi Jej zabrakło, ale często w niedoli dziecka a nawet i podczas dorastania chciało mi się do jej ciepła przytulić. Przez to śniła mi się po nocach jak przy pożegnaniu zapłakana tuliła mnie do siebie. Z macochą w dzieciństwie i w młodości nie bardzo nam się układało. Za wiele ją za to nie winię, no bo to już tak jest w naturze. Doświadczenie życia przekonało mnie, że natura na ile jest piękna na tyle bezlitosna. Żadna siła świata nie zmieni jej praw. i z tym się trzeba było pogodzić. W ciężkich warunkach rodzinnego życia w stronach rodzinnych nie zdążyłem ukończyć szkoły podstawowej, Musiałem ją ukończyć na Zachodzie dochodząc przez rok ponad kilometr do Ołoboku. Po lekcjach byłem zapracowany na gospodarstwie. Po ukończeniu podstawówki pracowałem na okrągło od rana do późnego wieczora. Najtrudniejszą pracą wiosną i jesienią była orka. Przy nie łatwym sterowaniu pługiem pokonywało się codziennie wiele kilometry. Jako młody chłopak wracałem z pola bardzo zmęczony. Nigdy w porę i nigdy dobrego nie miałem obiadu. Dla 6 osobowej rodziny ciężko pracującej przydała by się specjalna gospodyni by zadbać o odpowiednio kaloryczne posiłki. Macocha w nawale prac sezonowych na polu ujarzmiała sama siebie. Wiecznie była schorowana, Wracając zmęczona, zakatarzona z pola nie mogła podołać swoim obowiązkom. W domu czystość była zaniedbana. Wszyscy ciężko zapracowani nigdy nie mieli czasu na sprzątanie, na odpoczynek i na przygotowanie odpowiednich posiłków. Ja w takiej sytuacji odczuwałem krzywdę. Nie byłem także traktowany na równi z jej dziećmi. Często z żalu latem, późnym wieczorem opuszczałem dom. Spałem w łódce nad jeziorem, w stodole i w stogu siana. W tej krzywdzie mając 18 lat czułem się nie pewnie jak biedna sierota. Brakowało mi odwagi porozmawiać z niedaleką sąsiadką, która uczyła się w ogólniaku w Świebodzinie. Bardzo w niej się zakochałem na odległość. W pogodne dni świąteczne skradałem się w krzaki przy jej domu. Godzinami czekałem aż wyjdzie przed dom na ławkę. Kiedy moja piękność nie pojawiła się, wracałem smutny do domu. Ale były dni, kiedy doczekałem się najpiękniejszego zjawiska. Cudowna postać zjawiała się w pięknej sukience w kwiaty ze znacznym dekoltem, z książką w ręku, siadała na ławce tuż naprzeciw mnie. Otwierała swoją lekturę i zagłębiała się w jej treść. Co jakiś czas odrywała od niej oczy i wpatrywała się z pewnością w świat z którym spotkała się w książce. Z pewnością myślała tak jak ja o cudownej miłości, o wymarzonym pięknie. A ja przez cały czas topiłem wzrok w jej wdziękach ciała. Kiedy moja ukochana opuszczała ławkę, mój smutek wracał do smutnej rzeczywistości. W domu po kryjomu pisałem dla Niej laurki. Specjalnie jechałem autobusem lub rowerem do Świebodzina na pocztę, by je wysłać anonimowo. Do tej pory nie wiem, czy moja, pierwsza miłość z widzenia domyśliła się co to za amor strzelał do Niej z krzaków. Ja o Niej wiem, że wyszła za mąż, Ma dwoje dzieci już dorosłych i mieszka w bloku w Świebodzinie. Moja pierwsza miłość z widzenia umknęła tak jak moje, niespokojne i zawiłe marynarskie życie. Mój ojciec Józef był także ciężko zapracowany. Cieszył się bardzo, że w kieleckim gospodarstwie miał tylko jedną kosę, a w Łąkie miał ich aż cztery. W sezonie koszenia łąk i zboża zabierał ich kilka do ciężkiej pracy. Miał naturę szczęśliwego człowieka i zawsze po drodze można go było spotkać stale uśmiechniętego. Nigdy nie pił alkoholu i nie palił papierosów. Dlatego, nawet i w święta nie mieliśmy kiedy za stołem w rodzinnym gronie luźnie porozmawiać na przeszłe i przyszłe tematy rodzinne. Ojciec prawie nigdy nie zwierzał się swoim dzieciom, jaką miał młodość w swojej, rodzinnej wsi Ossa. Tylko raz wymknęło mu się za stołem: Ja mam ważną tajemnicę zostawioną w stronach rodzinnych. Wracając przed zbliżającym się frontem ze swoją, leśną Miłością do swojego domu mieliśmy ze sobą broń. Była to jeszcze jesień 1944 roku. Długo rozmyślaliśmy co z nią zrobić. W końcu zadecydowaliśmy, że ją musimy schować w lesie blisko swojej wsi. Wybraliśmy odpowiednie miejsce. Owinęliśmy broń w różne szmaty i zakopaliśmy ją w ziemi. To miejsce dokładnie oznakowaliśmy. Myślę, kochane Dzieci, że ja już z pewnością tam nie wrócę, a ta broń już nikomu się nie przyda.. Prosiłem ojca, by mi te oznakowane miejsce wskazał, ale nie udało mi się do tego jego nakłonić. Tłumaczył mi, że dla tej broni przeznaczone jest, by przez wieki spoczywała w leśnej ciszy i nigdy nie strzelała do ludzi. Ja tylko ją zawsze przypominam i swoją, wojenną, Wielką Miłość, z którą los zadecydował w doli i nie doli tak krótko Nią się cieszyć. Ojciec za udział w walkach partyzanckich „Batalionów Chłopskich”nabył prawo osadnika i gospodarstwo w Łąkie przyznano mu bezpłatnie. W roku 1963 morze mnie zawołało. Dość miałem udręki w dzieciństwie i w swojej młodości. W prasie wyczytałem o szkole morskiej w Darłowie. Nikt mnie nie przeszkadzał, kiedy to przez kilka dni przygotowywałem się do drogi nad morze. Byłem pewny, że prędzej czy później wrócę do tej, pięknej miejscowości w której zostawiam część swojej młodości i wdzięcznych Przyjaciół. Więc swoje rzeczy ułożyłem do przechowania w swojej części szafy. Pod koniec sierpnia 1963 roku słonecznego poranka żegnałem się ze swoją Rodziną. Uścisnąłem także swoją Macochę, z którą w niedoli życia różnie nam się układało i podziękowałem Jej za troskę. Ojciec założył konia do drabiniastego wozu. Włożył do niego plecak z woreczkiem mojego dorobku i wyruszyliśmy do przystanku PKS w Ołoboku. Krótko po przyjeździe pojawił się autobus. Ojciec szybko włożył mi do kieszeni zawiniątko z gazety. Tłumaczył mi, że od roku myślał, że z pewnością kiedyś opuszczę tą biedę na wsi i przez to ciułał mi grosiki na podróż bez wiedzy rodziny. Przy pożegnalnym uścisku Ojciec zapłakał. Drugi raz w Jego oczach widziałem łzy. Pierwszy raz to wtedy jak byłem jeszcze małym, kiedy to klęcząc nad grobem swojego, pierworodnego płakał po Jego utracie. Zal mi było Ojca i nic się nie zaradzi jeżeli los życia tak chce. Kiedy autobus ruszał machał mi ze smutkiem ręką. Za chwilę zakręt rozdzielił nasz wzrok. Na poczekalni PKP w Świebodzinie sięgnąłem do kieszeni po ojca zawiniątko. Były w nim dwa czerwone banknoty stuzłotowe. W tamtych czasach 200 zł. miało wartość pół miesięcznej wypłaty warsztatowego pracownika. Cieszyłem się z tego, życzliwego grosza ojca, że na początku w obcych stronach jakoś sobie poradzę, gdyż naukę w szkołach opłacało Państwo. Myślałem, że przyszłość z pewnością będzie hojniejsza jak w biednym gospodarstwie na wsi z którego nigdy nic nie można zaoszczędzić. Dzień się zbliżał ku końcowi kiedy już byłem w Darłowie. Szybko odnalazłem szkołę na ulicy Szpitalnej nr 1. Portier skierował mnie do internatu. Pierwsi, przybyli ucznie z radością mnie powitali. Kierowniczka internatu wskazała mi wolne łóżko i szafę. I tak to zostałem uczniem Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Darłowie.

Zygmunt Skalski

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Jeden komentarz do artykułu “Marynarz spod dwóch bander…”

  1. mic

    Wzruszająca historia ludzka. Jednak w minionej epoce nie było tak do końca żle.Państwo pomagało, a kto chciał(nauka)to i wyszedł na ludzi.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.