Drukuj artykuł Drukuj artykuł

BOHATEROWIE ORGANIZOWANEGO SZPITALA W CIBORZU

źródło zdjęcia: Sergiusz Jackowski

Powitaliśmy natomiast dyrektorów:- pana Lewandowskiego i jego zastępcę pana Wawszczaka, jako organizatorów szpitala w Ciborzu. Wkrótce pojawili się mianowani kierownicy do spraw organizacyjnych szpitala. Jednym z nich był człowiekiem o wielkich ambicjach. Być może wszyscy nie wiedzą, że On najbardziej przysłużył się rozwojowi szpitala w Ciborzu. Był nim pan Franciszek Fornalewski. W końcu lat pięćdziesiątych minionego wieku jako młody chłopak pojawił się w Ciborzu. Od dyrekcji zarządzającej organizowaniem otrzymał angaż kierownika. Kierował wszystkimi, fizycznymi pracownikami. Byłem pierwszym elektrykiem w szpitalu. Wykonywałem swoje obowiązki we wszystkich zakamarkach Ciborza. Podziwiałem Franciszka i jego troskę na całym terenie tej miejscowości. Był bardzo inteligentną i przyjazną osobą jako kierownik. Dbał także o wszelkie, godne warunki dla swoich pracowników. Jego organizacyjny trud można było dostrzec w każdym zakamarku organizowanego szpitala i życzliwe gesty dla wszystkich pracowników. Będąc na stołówce widziałem sam, jak w białym fartuchu w kuchni pomagał także kucharkom przy porcjowaniu dań. Bardzo się cieszyłem, że pan Franciszek zapoznał się z moją, młodszą koleżanką Genowefą z Międzylesia. W domu Markiewiczów często przebywałem i kolegowałem z jej, starszym rodzeństwem w czasie swojej młodości. Z życzliwością odebrałem wiadomość, że zakochana para szybko się pobrała i zamieszkała w Ciborzu. Kiedy szpital już był w pełni rozbudowany, pana Franciszka mianowano na godne stanowisko Głównego Księgowego. Wykonując już prywatne usługi w szpitalu, kilka razy odwiedziłem Jego gabinet. Po wielu latach, kiedy zacząłem pisać wspomnienia, odwiedziłem znowu gabinet pana Franciszka. Dowiedziałem się od niego, że jego syn Marek ma wiele zdjęć z byłego Tiborlager. W trakcie zaawansowanej pracy nad książką, zwróciłem się do Marka z prośbą w liście elektronicznym z pytaniem, czy mi udostępni korzystania z jego zdjęć do swojej ksążki. Zgodził się jak najbardziej i za parę dni sam przywiózł mi je wszystkie nagrana na płytce. Nie byłem zdziwiony z Jego tak wielkiej życzliwości, gdyż od razu zoriętowałem się, że ten, piękny charakter odzieedziczył po swoich Rodzicach. Dostrzegłem jeszcze, że on ponad siły ciężko pracuje i nie szczędzi swojej ofiarności dla społeczeństwa i dla chory w szpitalu. Cieszę się, że za Jego tak wielką życzliwość mogę mu się odwdzięczyć pochwałą w swojej książce. Wielce zasłużony szpitalowi prawie od początku był także pan Bolesław Sokołowski, który pełnił ważne funkcje kierownicze, a najdłużej aż do emerytury pełnił obowiązki Zastępcy Dyrektora. On nigdy się nie rozstawał ze swoim przybocznym pracownikiem panem Tadeuszem Agnieszczakiem, nawet podczas pełnienia kilkuletniej funkcji Naczelnika Gminy Skąpe. Żona pana Tadeusza Elżbieta była także wieloletnią, zasłużoną Siostrą Przełożoną Szpitala. Szanowni Mieszkańcy Ciborza, każdy wie i chyba rozumie, że każde przedsiębiorstwo i każdy zakład jest oparty na sprawnej energetyce, by bez przeszkód się rozwijać. W takich przypadkach najwięcej się liczy na sumiennych elektrykach. Więc ja w tym wypadku sam siebie nie mogę wyróżniać, a także i swoich zasług. Przypisuję je swojemu, serdecznemu przyjacielowi, który mnie ogromnie doceniał i w każdej chwili podążał mi z pomocą. Był nim: Jan Sik, który znacznie się przyczynił do rozwoju szpitala. Podczas jego organizowania i w późniejszych latach poruszał się po Ciborzu jak rakieta. Musiał wszędzie być i wszystko robić. Naprawiał: telewizory, radia, telefony, sprzęt elektryczny, instalacje elektryczne i telefoniczne, urządzenia chłodnicze. Dla każdej organizowanej imprezy nagłaśniał stadion sportowy i klub. On jeden zastępował wielu fachowców. Myślę, że przez Jego troskliwość o wszystko szpital pozyskiwał oszczędności. Ja najwięcej towarzyszyłem Mu podczas wykonywania ogromu prac. Kiedy już wykonywałem prywatnie przez 27 lat usługi elektryczne na rozległym terenie miałem ogrom Przyjaciół a gro Ich to było kierownictwo różnych państwowych zakładów. Żaden życzliwy człowiek nie umknął z mojej pamięci. Wielu z nich do dzisiaj przy każdym spotkaniu miło mnie wspomina. A Jasiu beze mnie nie może być i musi przyjaciela – kalekę odwiedzić więcej niż raz na miesiąc. Kiedy potrzebuję pomocy to zaraz się zjawia i okazuje także swoje, czułe serce. On dokładnie wie kim ja byłem dla społeczeństwa i dla Niego. Jego żywiołowej, życzliwej duszy nie wszyscy dostrzegali. Kiedy ja opuściłem Cibórz w 1965 roku On tęsknił za mną, dwoił się i troił by pokonać nadmiar obowiązków. On naprawdę bardzo sumiennie traktował powierzoną Mu pracę. Włożył ogromny trud ze wspaniałym swoim sercem dla rozwoju szpitala w dziedzinie swoich zdolności nie w jednym zawodzie. Pierwszym Dyrektorem Szpitala przysłana przez władze z Warszawy, była nią młoda pani doktor Anna Kurzępa-Hajdukiewicz, która pojawiła się razem ze swoim bratem, który organizował rozrywki kulturalne w byłym kasynie wojskowym. Władze przewidziały, że do tego szpitala trafi pod opiekę wiele pacjentów z województwa a nawet i z dalszych regionów Polski. . Szpital zapewnił wiele miejsc pracy dla okolicznych mieszkańców wsi, a nawet także dla wielu mieszkańców miasta Świebodzin. Naszą brygadę konserwacyjno-remontową także przekazano szpitalowi. Zaczęto od najważniejszych robót ogrodzeniowych terenu szpitala dwumetrowej wysokości siatką na słupkach betonowych. Przedwojenny, podwójny płot był w ruinie. Od strony Międzylesia zrobiono bramkę dla pieszych ze stróżówką. Ja przez pierwszy rok byłem nadal jedynym elektrykiem -konserwatorem. Szpital szybko się rozwijał. Pojawiali się pierwsze lekarze i pierwsze pielęgniarki. Pewnego dnia pod koniec 1958 roku jako jedyny elektryk miałem dużo obowiązków. Z opóźnieniem na obiad pojawiłem się na stołówce. W okienku odebrałem pierwsze danie i usiadłem za stolikiem. Nie zdążyłem jeszcze wziąć do ręki łyżki kiedy to na stołówce pojawiła się pokaźna grupa nowych, młodych pielęgniarek w stroju służbowym. Kiedy po sąsiedzku siadały za stolikami, to zjawisko bardzo mną poruszyło. Wpatrzony w bajeczne piękno moja łyżka z zupą nie trafiała do ust. A jeszcze bardziej poruszyło moją wrażliwością, że każda z nich rzucała okiem na moją osobę. Byłem oczarowany tym zjawiskiem. W duchu myślałem, dlaczego ono pojawiło się z czteroletnim opóźnieniem? Przyjemny widok przedłużył mój obiad. Skończyłem go razem z nimi. Musiałem się pogodzić z tym, że czasu nie da się cofnąć. Razem opuszczaliśmy stołówkę i wyruszyliśmy do swoich obowiązków. Ta grupa pielęgniarek zamieszkała w hotelowych pokoikach na poddaszu klubu. W tym to czasie do obsługi szpitala napływali młode chłopaki z całej Polski. Zamieszkali także w hotelowych pokoikach po sąsiedzku z pielęgniarkami.. Krążyły po Ciborzu różne wieści na temat hotelowych gości. Docierały one do mnie na porannym apelu w warsztacie. Każdego wieczoru po zachodzie słońca kiedy ciemniało, ci chłopaki zamieniali się w lunatyków. Chodzili po krawędzi dachu na boso i razem z księżycem zaglądali jak ich piękne sąsiadki rozbierają się do snu. Szczęściem było, że ten dach był kryty kamiennym łupkiem sprowadzonym z Włoch. Gdyby była zwykła dachówka, to nocne trzaski nad ich głowami ze strachu wygnałyby lokatorek w koszulach nocnych z hotelu. Nie wiem na czym się kończyły efekty podglądania. Wiem tylko, że po roku pojawienia się młodych gości w hotelu, międzyleski kościół był obciążony Sakramentami Małżeństwa. Wiem także, że teraz po przeczytaniu moich wspomnień nie jedno, godne małżeństwo wspomni swoją Pierwszą Miłość i dowcipnego elektryka. Tych, wspaniałych, pierwszych pielęgniarek nie zdradzę po imieniu bez Ich zezwolenia. Wspomnę tylko jedną, która wyraziła na to zgodę. Lecz ta jedna z pierwszych pielęgniarek nie mieszkała w hotelu lecz we własnym domu u rodziców w Podłej Gorze. Była nią pani Maria Dobrołowicz- Nowak. Właśnie ci, pierwsze pielęgniarki pomogły pierwszym lekarzom postawić raczkujący szpital na nogi. Po paru latach za zasługi zostali – pielęgniarkami oddziałowymi. Więc teraz godnie odpoczywają na zasłużonych emeryturach. O ich wszystkich chłopakach z dawnych lat także pamiętam. Wiele lat pracowałem poza Ciborzem prywatnie, ale miałem ciągły kontakt ze znajomymi i pytałem ich, co z moimi Przyjaciółmi i ich wspaniałymi żonami się dzieje? Ze smutkiem odbierałem wieści, że wielu z nich odeszło do wieczności zostawiając piękno szumiącego lasu. Po paru latach istnienia szpitala otrzymałem od dyrekcji polecenie zdemontowanie czterech ogromnych, kutych żyrandoli w byłym oficerskim kasynie na sali głównej w celu ich oczyszczenia. Po demontażu już ich nie widziałem na oczy. Wkrótce w szpitalu pojawił się trzeci elektryk. Nie ja, lecz on dostał polecenie zainstalować na tej sali boczne oświetlenie. Piękna sala bez pięknych zabytkowych żyrandoli utraciła bezpowrotnie swój urok. W szpitalu miałem trzeci etap moich przygód emocjonalnie związanych z Ciborzem. Do naszej ekipy konserwacyjnej dołączono także wielu fachowców z branży budowlanej. Do mnie dołączyli elektrycy: Jan Sik i Heronim Kosiński. Po następnych kilku miesiącach dołączył jeszcze jeden elektryk -Antoni Choiński. Grupa elektryków była w komplecie po zagospodarowaniu wszystkich obiektów wojskowych. Pomocą ostatniego elektryka cieszyliśmy się tylko rok. Po zimie z radością doczekał sezonu by pohulać na motorze i zabić się. W ostatniej, „Jego drodze” uczestniczyłem w kawalkadzie motocyklistów odprowadzając Go z Ciborz na cmentarz do Sulechowa. Antoś był dobrym kolegą i fachowcem. W warsztacie została po Nim tylko torba z narzędziami. Rozdzieliliśmy je na trzech a dla mnie przypadł klucz francuski. Przez wszystkie lata często z niego korzystam. Za każdym razem do dzisiaj biorąc go do ręki podczas domowych remontów wspominam wspaniałego kolegę Antka. Następną pomocą dla szpitala pojawiło się małżeństwo z rodziną. Jan Buzarewicz dołączył do nas jako elektryk, a jego żona Nina zasiliła grono lekarzy-psychiatrów. Jan był moim krajanem z Białorusi a jego żona była rodowitą Rosjanką. Szybko z Nimi zaprzyjaźniłem się i często w Ich mieszkaniu gościłem. Wykształcenie i pobory wiele Ich różniły. Po dwóch latach pobytu w Ciborzu rozwiedli się. Po rozwodzie Jan wyjechał w Białostockie do rodziców, a my znowu utraciliśmy pomoc. Ja, jako pracownik związany byłem z Ciborzem 17 lat poświęcając Mu całą swoją młodość. Z początkiem lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych członkowie mojej rodziny dołączali się także do rozwoju szpitala. Przez to Cibórz jest tak bliski dla mnie. Czuję się jak gdybym był z Nim spokrewniony, dlatego poświęciłem dla Niego tak wielki, niezwykły trud autorski. Widzę i przekonałem się, że były, wieloletni dyrektor i obecna pani dyrektor szpitala z szacunkiem doceniają ten trud. Bardzo chcą, by moja spuścizna pozostała na pamiątkę dla Przyszłych Pokoleń Ciborza. Z pewnością każdy kto tu się urodził lub zamieszkał choćby od lat sześćdziesiątych minionego wieku czytając moje wspomnienia z nostalgią będzie wspominał o pięknych latach życia wśród śpiewu ptaków, i szumiącej leśnej krainy nad pięknym jeziorem. Każdy przypomni ścieżki i dróżki ze swojego dzieciństwa i ze swojej młodości w swoim, miłym zakątku życia. A kogo interesowała dawna, wojenna przeszłość, to po pracy z zaciekawieniem oglądali pozostałe pamiątki „demonów”, które nad rzeczką przypominają grozę minionej wojny, cierpiących, walczących przodków, którzy tu ginęli.. Po bardzo prężnych kilku latach rozbudowy szpitala w Ciborza Władza szpitalna bardzo dbała o swoich pracowników. Każdego roku organizowała im drogie wycieczki wypoczynkowe. Z kilku takich wycieczek i ja ze żoną skorzystaliśmy. Szanowni Mieszkańcy Ciborza i Ci wszyscy dojeżdżający w pogodę i nie w pogodę, w dzień i w nocy podążających ze wszystkich stron z pomocą i opieką dla naszych bliźnich, których okrutny los boleśnie dotknął. Z pewnością wielu z Was a w tym i wasz niestrudzony, zasłużony, wieloletni dyrektor będący już na emeryturze pan dr med. Stefan Krzymiński przyznał mi się, że dzięki mojemu autorstwu głębiej poznał tajemnice historii pięknej miejscowości w której jeszcze pracuje i mieszka ponad 40 lat. Wielce mi dziękował za podarunek dla Ciborza wyrażony w mojej książce „Lektura wspomnień”. Dzięki Niemu i obecnej pani dyrektor Beacie Kotus o niezwykłej życzliwości postanowiłem zagościć na stronie internetowej szpitala. Myślę, że moje autorstwo Wam się spodoba. Wielu z waszych Przodków nie zdążyło przeczytać twórczości swojego, życzliwego kolegi. Podczas czytania jego wspomnień minionych dziejów napisanych z poświęceniem, myślę, że będziecie przeżywać i współczuwać naszym, polskim Rodakom, którzy cierpieli i ginęli za wolność swoich, przyszłych Pokoleń. Włożyłem nie mało trudu, by swoje wspomnienia udokumentować i napisać w formie opowieści co bardziej zaciekawia czytelnika. W szpitalu w Ciborzu przepracowałem 7 lat. Mój charakter pracy wymagał być w każdym zakamarku i tam gdzie przebywają pacjenci. Doświadczyłem jak Oni boleśnie przeżywały dramaty rozłąki ze swoimi rodzinami dotknięci tak groźną chorobą. Wielu z nich próbowało po nocach ucieczek do swoich Bliskich. Nie było sposobu, by ich wszystkich w nocy upilnować. Trafiało się , że takie ucieczki kończyły się tragedią. Z początkiem zimy 1963 roku po usunięciu awarii w instalacji elektrycznej na oddziale II chciałem sprawdzić jak gruby jest lód na jeziorze, by na nim po pracy powędkować. Z góry z dalszej odległości dostrzegłem, że nie daleko od brzegu w kierunku głębiny widoczny jest odcinek ponad 10 m. świeżo łamanego lodu. Od razu uświadomiłem, że to zjawisko pozostało po walce o życie pacjenta-topielca, który w nocy podjął próbę ucieczki przez jezioro po lodzie. O tym zjawisku zawiadomiłem oddziałową i wróciłem do warsztatu. Dopiero w kwietniu 2013 roku podczas odwiedzin u mnie Jan Sik wspominając dawne czasy potwierdził moją tezę. Tamtej zimy, w tym samym miejscu leżał na lodzie i przez przeręblę oglądał pół przytomne ryby, które były w stanie śnięcia od zaduchy w całym jeziorze po wybudowanej grobli na odpływie jeziora. Podczas tej obserwacji dostrzegł na dnie jeziora topielca. Przez tych 7 lat w szpitalu na stanowisku elektryka poznałem wiele przyjaciół pracujących fizycznie i umysłowo. Kiedy opuściłem Cibórz dla prywatki minęło prawie pół wieku. Chciałbym Ich wszystkich opisać jak „nie uzbrojoną armię” Tiborlager, która walczyła o zdrowie Pacjentów i o swój życia lepszy los. Lecz ten, mój gest poświęcenia przyjacielskiego nie jest możliwy z uwagi na liczebność. Wspomnę tylko o Ich wszystkich razem jak na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku przybywali wspaniali ludzie do Ciborza z całej Polski. Zapuszczali w nim korzenie i tworzyli całość obsługi szpitala. Tu wspólnie pracowali, zaprzyjaźniali się i bawili. Tu przeżywali swoją dolę i niedolę. Tu się cieszyli ze swoich zasług. Historyczny las sosnowy szumiał Im monotonnie przy pracy, do odpoczynku, do miłości i do snu. Czas nie ubłaganie upływał. Wielu z Nich nie zdążyło przeczytać moich wspomnień. Historyczny las przestał dla Nich szumieć. Tylko po Ich nagrobkach z krzyżami w różnych miejscach wiecznego spoczynku hula i śpiewa wiatr o Ich tajemniczej wieczności i o Ich pięknych latach młodości w pięknej, leśnej, zabudowanej przestrzeni. Minęło prawie pół wieku kiedy zdecydowałem się i miałem czas na emeryturze napisać książkę wspomnień. Dla wielu z moich Przyjaciół z Ciborza nie zdążyłem. Myślę, że Ich Potomkowie są wdzięczni dla autora, którzy czytając moją książkę będą bardziej poznawali historię miejscowości w której mieszkają. Z pewnością z zaciekawieniem będą czytać moje dodatkowe wspomnienia na stronie internetowej szpitala. Z wielką troską zadbała o to pani dyrektor Beata Kotus. Nie długo trwało kiedy na niej dostrzegłem nieprawidłowości współpracującej osoby, które uniemożliwiły, dalszej, mojej publikacji. Kiedy sprawa wyjaśni się, to ja powrócę ze swoim autorstwem. Z pewnością, mieszkańcy Ciborza ucieszą się. Z wielu moimi, żyjącymi Przyjaciółmi kontakt już zaniknął. Bardzo się cieszę, że jeszcze jeden z Nich do dzisiaj o mnie nie zapomina, który zawsze podczas współpracy naszego fachu był najbardziej bliżej mnie. Razem, we dwoje pokonywaliśmy wiele trudniejszych prac. Przez 6 lat współpracy nigdy jeden drugiego nie obraził żadnym słówkiem. Rozdzieleni, zatroskani pracą często nam się zdarzało spotkać. Do dziś łączy nas więź emocjonalna. On także jest pokrzywdzony niewdzięcznym losem, ale znajduje czas i chęć by uciec od teraźniejszości, spotkać się z przyjacielem, pomóc mu i powspominać z nim o najpiękniejszym kawałeczku życia naszej młodości. Podczas częstych odwiedzin w nostalgii wspominamy o dziejach Ciborza kiedy szpital jeszcze „raczkował”. Poświęciłem się napisać powyżej artykuł do swojej książki o kilku bohaterach rozwoju szpitala, by o godnych, zasłużonych ludziach pamiętali mieszkańcy Ciborza. Przez pół wieku istnienia szpitala Cibórz nie utracił swojego uroku. Myślę, że mieszkańcy cieszą się pięknem otaczającej natury. Przed wojną koszary budowano w dwudziestoletnim i jeszcze młodszym lesie, który rosnąc przez dziesiątki lat był świadkiem-niemową wielu ciekawych nie wyjaśnionych tajemnic Tiborlager.

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.