Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Kuzynowie

źródło zdjęcia: Sergiusz Jackowski

Kuzynowie Jankowscy urodzili się w 1918 roku w mojej, rodzinnej wsi Dziahile. Jeden, kilka miesięcy starszy nazywał się Henryk, a młodszy Leon. Ich ojcowie – bracia, pochodzili z nieco bogatszej rodziny. Łączyło Ich pokrewieństwo babci z domu Jackowskich. Ich ojcowie pobudowali się naprzeciw siebie po obu stronach ulicy w rodzinnej wsi. Henryk i Leon razem spędzali dzieciństwo. Razem przed wojną ukończyli 7 klasową Szkołę Podstawową. Henryk przed wojną jeszcze zdążył w Wilnie ukończyć kurs szoferski, dostać posadę kierowcy i ożenić się z córką handlowca, u którego był zatrudniony. Przed samą wojną, w sierpniu, przyjechał do rodziców z żoną, by ją pokazać rodzicom i pogościć. Na te gościnne odwiedziny był zaproszony Leon i mój brat Arseniusz z tego samego rocznika, a ja jako 10 letnie dziecko jakimś sposobem dołączyłem do nich. Na tej gościnie najadłem się do syta ciasta, które było w tych latach wielkim rarytasem dla dzieci. Do dziś w mojej pamięci pozostała bardzo piękna żona Henryka. Po wybuchu wojny 1.09.1939 r. nasz nauczyciel Helman miał radio i dowiedział się, że Sowieci też przygotowują się do agresji na Polskę. Przeczuwał, że będzie źle z polską inteligencją. Postanowił więc, ze swoim synem Romanem (moim szkolnym kolegą) i z żoną, uciec do Polski centralnej. Podczas planowanej ucieczki dołączył do nich także Leon. W Wilnie dołączył do tej grupy także i Henryk z żoną. Zatrzymali się w Białymstoku i trafili pod okupację niemiecką. Po jego wyzwoleniu, w 1944 r. Henryk i Leon wstąpili do 2 AWP. Ukończyli przyśpieszoną szkołę podoficerską i razem wyruszyli na front. Ich najważniejszym wydarzeniem było koncentracja wojsk nad Nysą Łużycką i jej forsowanie. Koncentracja wojsk dwóch armii: rosyjskiej 1 Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Iwana Koniewa i 2 Armii Wojska Polskiego pod dowództwem generała Karola Świerczewskiego. Zaczęła się ona na wysokości Rothenburga od 8 kwietnia 1944 roku. Przygotowania do forsowania rzeki trwały 8 dni. Przez te dni Henryk miał zadanie obserwowanie na zmianę z ukrycia pozycji nieprzyjaciela za rzeką. Każdego dnia notatki obserwatorów wpływały do Sztabu Armii. Tam rozgrywał się plan forsowania Nysy Łużyckiej. Podczas obserwacji Henryka także interesowała wieś znacznie oddalona po wschodniej stronie rzeki. Ciekawiło go jak zachowują się jej mieszkańcy przed wielką bitwa podczas forsowania rzeki. Co jakiś czas zmieniał kąt lornetki o 180 stopni. We wsi nie było widać żadnego ruchu mieszkańców. Tylko jakaś młoda kobieta z pierwszego domu wychodziła przed dom i obserwowała kilka razy dziennie oddalone nieco od wsi zmasowane ruchy wojsk. Henryk zziębnięty po zmianie opowiedział o tym zjawisku dla kuzyna Leona. Postanowili więc odwiedzić tą wieś z zaciekawienia jak wygląda życie podczas wojny w niemieckich rodzinach. Tęskniąc za ciepłem swoich domów marzyli o jakiejś wiejskiej, nieznanej przygodzie w ciepłym domu przy ciepłej herbacie. Interesowało ich także jak radzą niemieckie kobiety bez swoich mężczyzn przebywających na froncie Nabrali więc odwagi i wyruszyli do obserwowanej wsi. Zapukali więc do drzwi tego, pierwszego domu. Otworzyła im kobieta około 40 lat. Henryk nieco znał język niemiecki i zapytał grzecznie czy nie mogliby się trochę ogrzać. Niemka spełniła życzenia polskich, grzecznych żołnierzy. W pokoju zastali drugą kobietę, tą z obserwacji w wieku 18 lat, która wystawiła krzesła i kazała im usiąść. Obojgu wojakom stało się weselej na widok uprzejmych pań. Można było odczytać z zachowania kobiet, że przez wojnę i matka i córka tęskniły za mężczyznami. Podczas poczęstunku przy gorącej herbacie i ciasta swojego wypieku panie usiadły przy wojakach by im dotrzymać towarzystwa. Po krótkim poczęstunku i niezbyt zrozumiałej rozmowie natura nie próżnowała. Obu parom otworzyła drzwi do osobnych pokoi. Czas pięknej przygody szybko minął. Przy pożegnaniu młoda Niemka, trzymając za szyję Henryka zdradziła, że oni są Autochtonami a jej dziadek był Polakiem. Henryk z uciechy zapamiętał to i na pożegnanie czule uścisnął Autochtonkę. „Natarcie z forsowaniem Nysy rozpoczęto 16 kwietnia o godz. 6.15 przygotowaniem artyleryjskim. 2 AWP po przygotowaniu artyleryjskim rozpoczęła o godz. 7.00 natarcie z forsowaniem Nysy Łużyckiej przy postawionej 22 kilometrowej zasłonie dymnej. Oddziały piechoty na łodziach, środkach podręcznych, wpław i w bród sforsowały rzeką i do wieczora opanowały przyczółek głębokości do 7 km i szerokości do 6 km. Po sforsowaniu rzeki saperzy przystąpili do budowy mostów. W forsowaniu Nysy pomogły czołgi sowieckiej 16 Brygady Pancernej, które po przeprawieniu przez rzekę wspierały polską piechotę”. Wielu żołnierzy w tym czasie zabarwiło rzekę polsko-rosyjską krwią. Po wojnie podczas goszczenia Leona w naszej rodzinie twierdził, że pokonanie tej rzeki było dla nich najstraszniejszym przeżyciem wojennym. Z ich opowiadania wynikało, że podczas forsowania przez nieudolność dowództwa tylko polskich żołnierzy zginęło około 20.000. Uwiecznił Ich cmentarz wojenny w Zgorzelcu. „Walki żołnierzy polskich o Nysę zostały upamiętnione na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, napisem na jednej z tablic po 1945 r. „FORSOWANIE NYSY 16 IV 1945” i po 1990 r. „NYSA ŁUŻYCKA 16 - 19 IV 1945” oraz napisem „NYSA” na zniczu Grobu Nieznanego Żołnierza w Krakowie”. Henryk po wojnie osiedlił się w Zbąszynku i objął stanowisko kierownika POM. Sprowadził też żonę, która końcówkę wojny przetrwała ze znajomą rodziną Helmanów w Gdańsku. Pięknie ułożyli sobie życie, lecz długo nim się nie cieszyli. Małżonka Henryka, będąc już w ciąży, zechciała wczesną wiosną odwiedzić stanowisko pracy swego męża. Kiedy szła obok wykopu poślizgnęła się na hałdzie zmarzniętej ziemi i upadła. Poważnie stłukła bok i uszkodziła ciążę. Po krótkiej męczarni zmarła. Henryk po rocznej żałobie udał się do odszukania wsi nad Nysą Łużycką gdzie poznał Autochtonkę. Gdy już był na miejscu – osłupiał. Nie mógł się ruszyć jakiś czas z miejsca.. Wpatrywał się w zgliszcze domu, w którym poznał swoją, Wojenną Miłość. Za tym domem było jeszcze także kilka zgliszcz. Stał nadal jak słup w zamyśleniu ile mu wojna narobiła krzywd i że musi wracać do Zbąszynka do swojej samotności. W tym czasie do wsi wjeżdżała furmanka załadowana wojennym złomem. Zatrzymał ją i spytał woźnicę, co się stało z mieszkańcami tego, spalonego domu. Woźnica uśmiechnął się i powiedział łamaną polszczyzną: - A no żyją i czują się dobrze. Ich dom spłonął i te dwa pozostałe w czasie bitwy forsujących rzekę przez wojska polskie i rosyjskie. Dom ten dwóch kobiet spłonął przez wybuch pocisku artyleryjskiego, zapalającego, który trafił w bramę ich gospodarstwa i spowodował pożar domu. One obie zdążyły się uratować i zamieszkały w drogim końcu wsi w opuszczonym gospodarstwie przez Niemców. A ja teraz z tymi kobietami mieszkam po sąsiedzku. Życzliwy woźnica być może także Autochton zaprosił podróżnika do siebie na przednie siedzenie. Po drodze przez wieś Henryk wiele się dowiedział o losach tych pań w czasie wojny i po wojnie. Kiedy zbliżali się do celu podróży, przed domem spotkali młodą kobietę, która wracała z zakupami ze sklepu. Autochtonka Żaneta, która tak miała na imię, swoim bystrym wzrokiem rzuciła na pasażera furmanki. Od razu poznała, że to jest jej polska, wojenna miłość. Z pewnością, błyskawicznie pomyślała, że ta, polska miłość nie przypadkowo tu trafiła. Z szalonej radości wypuściła z ręki zakupy na drogę i biegła do furmanki. W tym, niezwykłym momencie Henryk także poznał Żanetę i zeskoczył z wozu. W moment połączył ich szalony uścisk miłości. Woźnica ze zdumieniem przyglądał się niebywałej scenie, którą może tylko spowodować wielka miłość..Henryk uwolniony od pierwszego uścisku podziękował woźnicy za uprzejmość podwiezienia, podniósł torbę Żanety z zakupami i trzymając się za ręce podążali na przywitanie się z panią domu. Mama Żanety dostrzegła przez okno zbliżającą się parę z wojennej przygody i wybiegła przed próg domu na jej przywitanie. Z wielką radością uściskała Henryka. Sąsiad cały czas siedząc na wozie ze złomem przyglądał się niebywałym scenom sąsiadek. Po przywitaniu córka poleciła mamie, by także podziękowała sąsiadowi za podwiezienie tak cennego gościa. Mama natychmiast wykonała polecenie córki. By sąsiad nie złaził z wozu otworzyła mu bramę do wjazdu ze złomem na podwórko. Henryk podczas poczęstunku opowiedział paniom o tragicznym wypadku swojej żony. Cała trójka przeżywała chwilę zadumy i smutku. Następnie zwierzył się ze swoich planów i celu odwiedzin. W końcu poprosił mamę Żanety o rękę swojej córki. Mama bez namysłu objęła przyszłego zięcia i wycałowała Go. Podczas trzydniowej gościny Henryk dowiedział się od przyszłej teściowej, że oczekuje na męża z rosyjskiej niewoli. W ostatnim liście wyjaśnił, że za parę miesięcy pojawi się w domu. Henryk po miłej wiadomości od razu zaprosił przyszłych teściów na uroczysty ślub pary poznanej w ciężkich, wojennych chwilach. Wojenna przygoda Henryka zakończyła się epilogiem szczęśliwej miłości. Zaraz po gościnie zabrał ze sobą swoją, przyszłą, drugą żonę do Zbąszynka. Natomiast kuzyn Leon po wojnie osiedlił się w mieście Koło pod Poznaniem. Zaraz po wojnie uczęszczał do szkoły średniej, zaocznej. Jeszcze ucząc się w tej szkole uzyskał w Wojewódzkim Urzędzie w Poznaniu stanowisko Inspektora Ochrony Kombatantów w zachodnim województwie, które po wojnie sięgało aż do Odry. Odwiedzał więc wszystkie powiaty i interesował się życiem rodzin kombatantów. Spisywał biedne rodziny osadników wojennych, którym władze powiatów udzielały pomocy. W roku 1948 sprawdzając spis kombatantów w Świebodzinie trafił na swoich, bliskich znajomych jako dalszych kuzynów, czyli na moich braci: Arseniusza i Władysława. Przy okazji niespodziewanie odwiedził naszą rodzinę w Międzylesiu, a także rodzinę brata mojego ojca. Były to miłe spotkania przy gościnnym stole. Podczas wzajemnych, wojennych opowiadań, było wiele wzruszeń do łez. Wszyscy byli szczęśliwi, że przetrwali wojnę i spotkali się znowu razem daleko od swojej Ojczyzny. Na drugi rok brat Arseniusz odwiedził także Henryka w Zbąszynku. Podczas gościny mojego brata u Henryka, szczęśliwa para zapoznana w czasie frontu, oczekiwała potomka. Gościna była bardzo miła i wzruszająca podczas opowiadań wzajemnych, bogatych, wojennych przeżyć. Mój brat Władysław, weteran wojny, walczący w 1AWP, chyba nie miał takiej, wojennej przygody, jak jego dalsi kuzynowie, z pewnością mnie by się zwierzył. Leon po kilku dobrych latach, będąc znowu służbowo w naszym powiecie odwiedził drugi raz moich braci, którzy już z rodzinami mieszkali w Świebodzinie. Znowu podczas gościny były wzruszające wspomnienia, a przecież każdy z nich w czasie swojego, wojennego losu myślał, że nie doczeka zwycięskiego końca wojny walcząc ze swoimi kolegami, którzy obok nich padali pokotem i ginęli za wolność Polski, za godne życie dla Swoich Potomnych. Po wojnie zapracowanym Kombatantom w trosce o swoje Rodziny lata mijały jak piękny sen. Na emeryturze ciesząc się swoim dorobkiem nie zdążyli obejrzeć się jak zestarzeli. Z pokorą odchodzili do swoich, walecznych kolegów. Została po nich tylko legenda, nie zawsze wszystkich zapisana na kartach historii. W tęsknocie za Nimi nie mało włożyłem troski i trudu, by Ich upamiętnić dla Przyszłych Pokoleń.

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.