Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Sergiusz Jackowski

źródło zdjęcia: Sergiusz Jackowski

Szanowni Internauci Sycowic i Gminy Czerwieńsk. Witam Was ponownie po paru latach ze swoim, nowym bagażem literackim poszerzonej, pierwszej książki. Z uwagi jej braku i poszukiwania na rynku, postanowiłem ją dopracować i poszerzyć ponad 30%. Miałem wiele problemów, by ten plan prywatnie zrealizować. Z uwagi na „drapieżne” przeszkody musiałem uciec ze swojej gminy. Swoje autorstwo powierzyłem opiece prawnej warszawskiemu Mecenasowi. Przez parę lat byłem bardzo zajęty utrudnionym pisaniem i korespondencją. Choroba także mnie nie pieściła. Jak na moje lata, osoby wysoko wykształceni podziwiają mój trud i talent... . Moją twórczość uznali za unikalne dzieło. Znany redaktor „Gazety Lubuskiej” w swoim artykule nadmienił, że ta lektura powinna być obowiązkowa. Pisząc książkę unikałem skłonności do jakiejkolwiek polityki. Wg własnego sumienia pisałem tylko prawdę. Chyba nie przypadkowo z moim wywiadem IPN w Szczecinie w konkursie 2013 roku przyznało dla Gimnazjum w Czerwieńsku I miejsce Ziem Zachodnich. Przy tej okazji bardzo dziękuję dla Dyrekcji Gimnazjum, że przez 3 lata pamiętała o cennym prezencie autora. Myślę, że moje publikacje zachęcą Internautów do komentarzy i do podróży piękną wiosną do odwiedzenia autora i zakupu cennej książki. Z pewnością ona wzbogaci domową bibliotekę. Wasz Radny Cezary Woch już posiada tą książkę. Myślę, że będziecie Mu wdzięczni za ponowne zaproszenie autora na stronę internetową Sycowic. Będę gościł odcinkami w każdą sobotę. Życzę wszystkim Internautom wiele wrażeń w podróży śladami autora po dawnych ścieżkach i drogach życia Naszych Przodków. Poniższy artykuł już był na waszej stronie, ale go trzykrotnie poszerzyłem. WOJENNI TUŁACZE WOJENNY LOS MOJEGO BRATA ARSENIUSZA JACKOWSKIEGO Urodził się 08.05.1919 r. Od czternastego roku życia, po Szkole Podstawowej, praktykował krawiectwo, co było jego pasją życia. Mając 18 lat wstąpił do „Kółka Strzeleckiego”. To było jego rozrywką po każdym tygodniu przesiedzianym za maszyną ręczną. Chętnie z rówieśnikami ćwiczyli i poznawali wszelkiego rodzaju broń palną i białą. Po agresji sowieckiej na Polskę, 17 września 1939 roku, już na początku 1940 roku, zabrano go i wszystkich jego rówieśników do Armii Czerwonej. W Postawach w mieście powiatowym był punkt zborny. Wszystkich chłopaków z całego powiatu jako Białorusinów załadowano do wagonów i zawieźli aż za Wołgę. Otrzymywaliśmy od niego listy z Samary. Podczas szkoleń, wszystkich rekrutów intensywnie uczono języka rosyjskiego. Po kilkumiesięcznej służbie i po przysiędze brat został awansowany na sierżanta, ze względu na dobrą znajomość broni. W jednostce wojskowej w Samarze powierzono mu instruktaż szkolenia o broni palnej dla poborowych. Z przeważającą większością szkolił syberyjskich Kazachów. Z jego listów i z opowiadań po wojnie wynikało, że ci młodzi żołnierze byli bardzo zacofani, a większość z nich była analfabetami. Po niemieckiej agresji na Rosję 22 czerwca 1941 roku, ten Pułk Nadwołżański z Samary szybko przetransportowano na tereny Białorusi, by te przeszkolone chłopaki bronili swojej Ojczyzny przed niemieckim agresorem. Matki na Wileńszczyźnie, po swoich synach w ogniu wojny przeżywały rozpacz. W tym również moja mama. Pułk, w którym służył brat w znacznej części składał się z Białorusinów z obywatelstwem polskim.. W obronie Briańska stoczył pierwszy bój. Po wycofaniu się z Brańska w następnej, większej bitwie Białorusini masowo szli do niemieckiej niewoli. Nie chcieli walczyć i ginąć za czerwoną Rosję. Zaczepiali na broń jakąś białą szmatę i grupowo uciekali na ich linię frontu. Rosyjskie dowództwo frontowe uznało ich za kolaborantów i za to nie ominęła ich kara. Do uciekających zdrajców wydawano rozkazy otwierania ognia. Przez to wielu Białorusinów zginęło między frontami. Po tych wydarzeniach wszystkich, którzy mieli polskie nazwiska, szybko wycofano z frontu i zesłano za Ural do tajgi. Z zapamiętanych opowiadań brata: - Był to początek zimy 1942 r., kiedy nas około 400 żołnierzy zakwaterowano tymczasowo w barakach po byłych zesłańcach. Zabrano nam furażerki z gwiazdami i wyposażono wszystkich w czapki cywilne, które pozostały po poprzednich zesłańcach. Starszy sierżant w starszym wieku, który nas nadzorował miał ze sobą aparat fotograficzny. Każdemu mógł robić zdjęcia kto tylko miał czym zapłacić. Ja bardzo chciałem zrobić zdjęcie i mieć pamiątkę z syberyjskiej tajgi w której odczuwałem niewolnicze przerażenie nic nie wiedząc co się dzieje z moją Rodziną pod niemiecką okupacją. Miałem frontowy skarb w kieszeni płaszcza. Kiedy wspomniałem o nim dla fotografa, z chęcią zgodził się za niego zrobić mi zdjęcie. Tym skarbem był kilkudniowy przydział „karaszki” dla frontowych żołnierzy, który był pozyskiwany z drobno posiekanych łodyg tytoniu. Byłem niepalącym, ale wiedziałem, że ten przydział na froncie był bardzo cennym dla moich kolegów palących. Po pięciu dniach połowę zesłańców z tajgi przywieziono do miasta Kisztym nad rzeką Ural. Tam katorżnicy ciężko pracowali w „Tajgańskim Grafitnym Kombinacie” Czelabińska obłasć. Tam, w górach Uralu zesłańcy wydobywali grafit, a inni koledzy w pobliskiej fabryce przerabiali drewno tajgi na różne potrzeby dla przemysłu i dla odbudowy zniszczonej wojną Rosji. Ja z częścią kolegów pracowaliśmy w fabryce w Kisztymie. Przerabialiśmy tam grafit na cele gospodarcze, a w większości na cele wojenne. (Ta kopalina jest podobna do węgla kamiennego, lecz nie palna, czyli ognioodporna). Jako katorżnicy byliśmy niedożywieni. Ciężka praca, chłód i głód powodowały opuchliznę ciała, a także i obrzęki nóg. Po takiej chorobie zesłańcy często umierali. Tylko zaradniejsi chłopaki z trudem, ale jakoś sobie radzili. Podstawową naszą spiżarnią były:: rzeka i góry Uralu. . W rzece różnymi pomysłami łowiliśmy ryby. Na skrawkach górskich, łagodnych stokach i na małych równinkach, gdzie była warstwa próchnicy, sadziliśmy na wiosnę ziemniaki. Podlewaliśmy je rzecznym nanosem, oraz korzystano z ciekłych, fabrycznych, nietoksycznych odpadów. Przez takie podlewanie ziemniaki były zawsze dorodne. Ugotowane razem z rybą niesamowicie smakowały i spożywając razem z wywarem dodawały sił do pracy, by wykonać ustaloną normę. A ci, co nie umieli łowić ryb umierali z osłabienia nawet podczas wykonywania normy. Ja na Uralu krótko głodowałem. Żyd - dyrektor kombinatu, kiedy dowiedział się, że jestem krawcem, zaangażował mnie jako krawca dla swojej rodziny. Miałem więc dużo wolnego czasu. Przeżywałem bardzo, kiedy często uczestniczyłem ze łzami w oczach w skromnych pogrzebach swoich kolegów, których szczątki zostawały na zawsze w surowej ziemi uralskiej, przy stokach górskich, tysiące kilometry od Ojczyzny. Jako młody chłopak w wieku 23 lata bardzo tęskniłem za swoją Rodziną, za swoją Ojczyzną, z myślą niepokoju, że po niej przetoczy się widmo wojny. Przez lata wojny nic nie wiedziałem o losie młodszego Braciszka Władysława. Wiedziałem tylko, że Jego los frontowej wojny nie minie. Kiedy Niemcy ponieśli klęskę i wycofali się na zachód, poza Wileńszczyznę, to znowu zaczęła się korespondencja z zesłańcem. Cała Rodzina cieszyła się, że ocalał od wojny i że kiedyś z pewnością do nas wróci. Z listu od rodziców dowiedział się o swoim Braciszku, że w wojsku polskim po wyzwoleniu Warszawy podąża frontem na Berlin. Po siedmiu latach w tym: w armii rosyjskiej, na frontach Białorusi i 5 lat na zesłaniu , wrócił do Międzylesia przed Wielkanocą 1947 r. o jeden dzień wcześniej od swojego Braciszka Władysława. Tą scenę wrażeń rodzinnej radości i łez szczęścia nikt nie potrafi opisać. To sią wydarzyło po siedmiu latach wojennej rozłąki i koszmarnych snów naszej mamy. Zesłaniec zaraz zarejestrował „Zakład krawiecki”, który tak bardzo przydał się dla całej okolicy. Szybko po sąsiedzku poznał dziewczynę ze swoich stron rodzinnych na imię Helena. Dzielił Ich tylko płot ogrodowy. Teść z radości dla przyszłego, upodobanego zięcia szybko zrobił furtkę w tym płocie. Zakochani więc mogli się bez problemów spotykać się każdego dnia i o każdej godzinie. Po roku pobrali się. Mieli dwie parki wspaniałych dzieci. W połowie lat siedemdziesiątych wyjechał z rodziną do Świebodzina. Starszy syn Waldemar po ukończeniu prawa przed „'Stanem wojennym” w Polsce wyjechał do Chicago odwiedzić ciocię i tam pozostał na zawsze. W takiej samej sytuacji poznał pielęgniarkę z Polski i wkrótce z Mariolą pobrali się. Zatroszczył się, by żona w Poznaniu ukończyła studia medyczne pediatrii. I tak to Waldemar ze żoną zostali biznesmenami. Doczekali się czterech synów i córki. Wspólnie zajmują się własnym „Zespołem Leczniczym Pediatrii w Chicago”. Leczą dzieci tego miasta i zatrudniają lekarzy. Poprzednio Waldemar pracował jako administrator gmachu banku w Chicago. Brat od dzieciństwa aż do ostatniej choroby nie opuszczał krawieckiego stołka. Po ożenku do końca życia dla wszystkich, swoich dzieci razem ze swoją żoną wykłuwali igłą pomocną dla nich godną dolę. Przed emeryturą sporo lat pracował w szpitalu w Ciborzu, na stanowisku kierownika szwalni w terapii zajęciowej. Nigdy nie nosił okularów. Aż dziw, że przez całe życie wpatrzony w igłę nie utracił ani odrobiny wzroku. Na emeryturze zawsze brał udział w uroczystościach kombatantów. Kombatanci Świebodzina rok 2003. Brat Arseniusz trzeci z lewej. {Zdjęcia własne) Brat Arseniusz był bardzo szanowany w Społeczeństwie jako dobry krawiec. Po wojnie to rzemiosło było bardzo cenione. Miał szerokie grono stałych klientów. Po kilku miesiącach pierwszej pracy za zarobione pieniądze kupił z pierwszej produkcji nowy motocykl WFM. W majowy, cieply wieczór wybrał się na pierwszą przejażdżkę. Kiedy zdążył się tylko rozpędzić po betonowej drodze zderzył się z baranem, który ze stadkiem owiec przebiegali jezdnię. W wyniku wypadku motocykl doznał poważnych uszkodzeń. Baran wypadek przeżył i kulejąc dołączył do swego stadka. Brat poobijany, zakrwawiony kulejąc także przyprowadził wrak pojazdu do domu. Bardzo przeżywał tak kosztowną przygodę. Nie miał pojęcia o remoncie takich pojazdów. Wkrótce sprzedał wraka za grosze. Od tej chwili przez całe życie nie interesował się już motoryzacją. Po przejściu na emeryturę od nowa zarejestrował prywatny zakład. Bez igły i naparstka na palcu nie potrafił żyć. Zmarł w Świebodzinie w otaczającym gronie swojej Rodziny w wieku 87 lat 24.02.2006 r. Na pogrzebie nie zabrakło także syna Waldemara i wielu jego, stałych klientów. Żona Helena zmarła o rok wcześniej. Wspominam Jego w smutku, tęsknocie i nostalgii. Był niezwykle głębokiej wiary. Bardzo opiekuńczy dla całej Rodziny. Kiedy ja przeżywałem dramaty rodzinne i ciężki wypadek nierokujący dalszego życia, wówczas każdego dnia w kościele, wraz z żoną, zażarcie modlili się w mojej intencji. Oboje Braciszkowie razem w ostatnich latach swojego życia odwiedzali mnie zapracowanego w Międzylesiu kilka razy w roku. To były spotkania niezwykle cenne w moim życiu. Podczas gościny kiedy nalegałem, nigdy nie wypili więcej jak po dwa kieliszki wódki. W miłości rodzinnej Oni o wszystkich pamiętali i do każdego dążyli z pomocą..Nasza, wielka miłość braterska miała wielki sens w życiu rodzinnym. Nasze, wspólne, dziecięce życie opisałem w swojej książce w rozdziale „Wspomnienia o Ojczyźnie”. Dla brata Władysława poświęciłem się opracować Jego niezwykły, wojenny pamiętnik pod tytułem „Los wojennego tułacza” i opublikowałem go na czterech stronach internetowych.

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.