Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Moje wspomnienia…. . Część 3

źródło zdjęcia: Michalina Suchodolska

Swoją „karierę” na Ziemiach Odzyskanych rozpoczęłam od pracy w kuchni jako pomocnica kucharki… . Poznałam też wtedy mojego przyszłego męża Wacława Suchodolskiego który bardzo mi się spodobał. Po niezbyt długim okresie „chodzenia ze sobą” postanowiliśmy się pobrać. Wróciłam do domu z tą radosną nowiną, a Rodzice rozpoczęli przygotowania do wesela. Oczywiście przyjechał również mój przyszły mąż i Jego Rodzice, a właściwie Ojciec i macocha, którzy pochodzili spod Wilna. Mieli Oni co do syna nieco inne plany, a konkretnie ożenienie go z dziewczyną z tamtych stron. Macocha stroiła dąsy, nic jej się nie podobało i w sumie była przykra. Mój przyszły mąż nie zważał jednak na jej kaprysy i w roku 1956 odbył się nasz ślub. Rzeczą zupełnego przypadku było to, iż nosił nazwisko znanej hrabiowskiej rodziny. Były to czasy w których arystokratyczne nazwiska nie były mile widziane, a wręcz przeciwnie, osoby je noszące traktowane były nieomal jako wrogowie ludu pracującego… . Trzeba bowiem wiedzieć, że w ówczesnej sytuacji politycznej był to bardzo poważny zarzut mogący skończyć się w bardzo nieoczekiwany sposób… . Stwarzało to nieraz krępujące i niejednoznaczne sytuacje ponieważ moje zapewnienia, że zbieżność nazwisk jest zupełnie przypadkowa odnosiły wręcz odwrotny skutek. Nawet zdezorientowany ksiądz rozkładając ręce ubolewał z ambony: „jakich to dożyliśmy czasów, że człowiek musi ukrywać swoje własne rodowe nazwisko, a przecież mamy tutaj wśród siebie prawdziwą hrabinę…”. Czułam na sobie dziwne spojrzenia ludzi i naprawdę nie wiedziałam co mam w tej sytuacji zrobić… . Z czasem rozpoczęłam nauczycielską pracę w różnych szkołach. Najpierw w Gębicach, a potem w Starosiedlu gdzie pracowałam dość długo bo w latach 1956 -1964. W między czasie urodziłam dwoje dzieci, najpierw Danusię później Grzesia. Mąż był zakochany w swojej córeczce która była dla niego oczkiem w głowie. Nawet nie chciał myśleć o innych dzieciach, ale ja chciałam mieć jeszcze synka…. . Usiłował mi to wyperswadować mówiąc , że skąd wiem że będzie synek, a poza tym rodzenie dzieci jest takie uciążliwe….. . Ja jednak uparłam się i synka urodziłam, jednak uczciwe mówiąc mąż nie miał już do niego tyle serca co do swojej córuni… . Niestety w Starosiedlu miały miejsce bardzo przykre dla naszej rodziny zdarzenia. Kiedy Danusia miała cztery latka, a Grzesio zaledwie dwa tygodnie, doszło do tragicznego w skutkach wypadku. Mój mąż jadąc do pracy motocyklem wpadł na zakręcie drogi po koła ogromnej, rosyjskiej wojskowej ciężarówki. Konsekwencją tego było to, że koła zmiażdżyły mu nogę. Zabrano go do szpitala i robiono wszystko co było w tych czasach możliwe. Śruby, druty, blaszki i gips nic nie skutkowały, bo zmiażdżona noga nie chciała się zrastać. Zabieg składania nogi powtarzano w ciągu roku siedmiokrotnie. Z czasem mąż się z tego wykaraskał, ale do końca życia odczuwał skutki tego wypadku w postaci bólu nie tylko nogi ale i głowy. Nie były to jednak wszystkie nieszczęścia które spadły na nas w tym okresie. Około miesiąca po wypadku męża moja córeczka zachorowała nagle na wirusowe zapalenie opon mózgowych. Ją także zabrano do szpitala położonego naprzeciw miejsca w którym przebywał mąż. Ja natomiast w wyniku tych stresów i osłabienia zapadłam na zapalenie płuc. W ten sposób wszyscy wylądowaliśmy w szpitalach, a małego Grzesia którym nie miał się kto opiekować również przyjęto na oddział…. Po kilku tygodniach wróciłam z nim do domu, a Danusia i mąż przebywali tam dalej. Zdecydowałam wtedy, że jak już wszyscy będą w domu, wyjedziemy gdzieś choćby na koniec świata, gdzie nawet pogotowie nie dojedzie i albo będziemy żyć, albo wszyscy poumieramy… Tym „końcem świata” okazał się położony pomiędzy lasami Dobruszów Mały gdzie funkcjonowała maleńka trzyklasowa szkółka. Nasze meble i osobiste rzeczy dojechały tam z wielkim trudem, no to i pogotowie miałoby problem… . Zamieszkaliśmy w czerwonym budynku szkoły który górował na całą wsią. Od jego frontu była klasa i kancelaria, a z tyłu mieszkanie dla nauczyciela i zabudowania gospodarcze. Córka i mąż powrócili ze szpitali i rozpoczęło się spokojne i całkiem dobre życie. Mąż pomimo gipsu zaczął hodować kury, indyki i gęsi, a nawet założył pasiekę. Był bardzo pracowitym człowiekiem i wszystko potrafił zrobić. Pamiętam, że pomalował płot wokół szkoły, zrobił krzesła i stoliki pod jabłonkami wokół boiska, zrobił też dla dzieci piękny kolorowy samolot i wiele innych przydatnych rzeczy. Szkoła i jej obejście było kwitnące. Nam też powodziło się zupełnie nieźle. Ludzie ze wsi przychodzili do naszego mieszkania oglądać jedyny we wsi telewizor i bardzo chętnie zostawali oglądając program telewizyjny… Niestety po jakimś czasie względnego spokoju dała o sobie znać choroba płuc co spowodowało, że zmuszona byłam wyjechać na trzymiesięczne leczenie do Zakopanego. Mąż w między czasie dostał pracę w Krzystkowicach i pracował tam jako magazynier, a córka poszła do szkoły podstawowej. Niestety zarówno do pracy jak i do szkoły musieli dojeżdżać sześć kilometrów przez las, bo o komunikacji autobusowej nie było mowy. W konsekwencji szkołę w Dobruszowie Małym zamknięto, a ja po leczeniu podjęłam w 1966 roku pracę w Krzystkowicach i kontynuowałam ją aż do roku 1984. W roku 1972 ukończyłam kurs kierowniczek przedszkoli miejskich w Zielonej Górze i zaraz po tym przez dwa lata prowadziłam przedszkole również w Krzystkowicach. W roku 1974 otrzymałam tytuł nauczyciela dyplomowanego, a cztery lata później zostałam uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi. Nosiłam go z dumą na wszystkich szkolnych uroczystościach ku zgorszeniu niektórych zazdrosnych koleżanek które łamały sobie głowę na tym „jak sobie to załatwiłam…” . Tak w wielkim skrócie wyglądała moja kariera zawodowa. Nasze dzieci uczyły się dobrze i nie sprawiały żadnych problemów wychowawczych. Mąż chętnie „odrabiał” z nimi lekcje rozwiązując zadania matematyczne po prostu w pamięci…. . Dzieciaki nie mogły wyjść z podziwu mówiąc: skąd Ty to Tatusiu wiedziałeś, jak Ty to rozwiązałeś…. ? Mąż wtedy tylko tajemniczo się uśmiechał… . Bardzo chętnie brał je na kilkugodzinne wędrówki po tajemniczych pobliskich bunkrach i halach produkcyjnych będących pozostałością potężnej niemieckiej fabryki amunicji z okresu II Wojny Światowej. W ogóle był bardzo dobrym spokojnym człowiekiem. Chętnie wyręczał mnie w domowych pracach, uprawiał ogródek i z zamiłowaniem i pasją hodował pszczoły. Oboje pracowaliśmy i co prawda bez jakichś ekstrawagancji, ale żyło nam się jak na owe czasy zupełnie przyzwoicie. W życiu jednak nigdy nie jest tak, że stabilizacja, szczęście i spokój są dane raz na zawsze. Nieraz rzeczą zupełnego przypadku jest to, że z trudem przez lata budowane dobre relacje walą się jak domek z kart. Tak było i w naszym przypadku kiedy to mąż w zupełnie nieoczekiwany sposób tragicznie zginął. Wiele się w moim życiu zmieniło od tego momentu. Dzisiaj oprócz dobrego zdrowia nie brakuje mi niczego. Patrząc na swoje życie z perspektywy minionych lat mam przekonanie, że było ono spełnione dzięki pracy która przynosiła mi wiele radości i satysfakcji i mam poczucie, że go nie zmarnowałam. Dzieci pokończyły studia, mam zdolne i mądre wnuki, doczekałam się prawnuków. Teraz żyję wśród rodziny, jestem otoczona troskliwą opieką i mam wiele czasu na czytanie, wspominanie tego co było, rozmyślanie i na modlitwę…. .

Michalina Suchodolska

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.