Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Moje wspomnienia… .Cześć 2

źródło zdjęcia: Michalina Suchodolska

Kiedy w 1947 roku poszłam do liceum w Rymanowie okazało się, że mam sporo różnych braków i zaległości w nauce spowodowanych słabym przygotowaniem w szkole podstawowej. Moje koleżanki w ogóle bały uczyć się dalej, bo nie wierzyły w to, że dadzą sobie radę z nauką na wyższym poziomie. Ja jednak uparłam się i postanowiłam dołożyć wszelkich starań aby skończyć szkołę średnią po to, aby stąd się wydostać. Kiedy po lekcjach pasłam krowy zdarzało się, że nadlatywał samolot i ostrzeliwał przebywających na otwartej przestrzeni ludzi. Ponieważ znaliśmy już takie przypadki, jak tylko usłyszałam warkot samolotu pozostawiałam krowy i czym prędzej kryłam się pod drzewami lub w krzakach. Myślę , że ci lotnicy robili to albo dla zabawy, albo celem siania postrachu. Nie wiem jednak czy byli to Niemcy czy Sowieci. Jak było spokojnie to w zimie próbowałam jeździec na nartach, a w lecie lubiłam pojeździć wierzchem na pasących się obok koniach sąsiadów. Mój Ojciec i stryjek mieli siostrę która przebywała jak to się wtedy mówiło w Ameryce. Po wojnie dali mi do niej adres i nawiązałam z nią kontakt. W między czasie skończyłam w Rymanowie ogólniak, a po zdaniu matury ukończyłam kurs na nauczyciela podstawówki. Niektóre moje koleżanki śmiały się ze mnie i nie rozumiały tego po co w ogóle chcę się uczyć, przecież można żyć również bez żadnego wykształcenia… . Ponieważ jako jedna z nielicznych nie miałam problemu z pisaniem, byłam pośrednikiem w korespondencji ze stryjenką z Ameryki. Ze stryjkiem mieszkała jej córka która prosiła mnie abym napisała o przysłanie różnych ubiorów. Paczka wypełniona różnymi dobrami przyszła niebawem, no to wpadłam na pomysł, aby poprosić o coś dla siebie. Długo nie przyszło mi czekać, a dostałam takie ciuchy jakie rzadko kto miał… . Wiele moich koleżanek z liceum miało zamożnych rodziców, niektórzy z nich byli właścicielami garbarni, to i córki były poubierane przyzwoicie. Mając ciuchy z Ameryki nie wyglądałam gorzej od nich pomimo, że moi rodzice nie byli zbyt zamożni. Ze zdziwieniem natomiast komentowały, „skąd ty to masz…”? Po skończeniu ogólniaka i zdaniu matury w 1952 roku, zaliczyłam dodatkowy kurs przygotowujący mnie do pracy nauczyciela. Kurs ten prowadziła pani Nowicka ucząca nas wcześniej języka polskiego. Pierwszą moją pracę dostałam koło Sanoka, a później w Króliku Polskim. Powodem tej zmiany była chęć bycia bliżej rodziny. Kiedy tylko dowiedziałam się o tym, że w Króliku Polskim potrzebny jest nauczyciel, poprosiłam o przeniesienie. Wraz z małymi dziećmi, uczniami były tam również takie „drągale” które nie umiały czytać i pisać… . Przychodziły tam też dzieci z odległej o trzy kilometry Bałucianki. Niby niedaleko, ale trzeba było pokonać górski teren. W szkole w Króliku Polskim pracowało już małżeństwo nauczycieli tak, że nauczaliśmy w trójkę. Współpraca ta nie układała się najlepiej, bo małżeństwo to uważało się z takich nauczycieli którzy zjedli wszystkie rozumy i wiecznie starali się okazać mi swoją wyższość. Kiedy dzieci z Bałucianki z uwagi na trudności komunikacyjne przestały przychodzić do szkoły, wykorzystałam tą sytuację załatwiając sobie przeniesienie i utworzenie tam maleńkiej szkoły. Wybrałam się sama przez góry, aby zaczynając od zera rozpocząć samodzielne nauczanie. Bałucianka była zniszczona wojną, jedynie kilka domów zamieszkiwały polskie rodziny, nie bardzo było gdzie się zatrzymać. Wiele domów i zagród było opuszczonych, zrujnowanych i systematycznie ograbianych. Był to niewątpliwie skutek dwóch akcji przymusowych wysiedleń przeprowadzonych w latach 1944 – 1946, oraz akcji „Wisła” przeprowadzonej w latach 1947 – 1950 która wymierzona była przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii /UPA/ i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów /OUN/. Akcję tą połączono z czystką etniczną w postaci masowego wysiedlania ludności cywilnej na Ziemie Odzyskane i objęła ona głównie Ukraińców, Bojków oraz Łemków, a także mieszane rodziny polsko-ukraińskie. Wioski południowo –wschodniej Polski świeciły w tym czasie pustkami, a niektóre z nich straszyły jedynie pogorzeliskami i kikutami spalonych kominów. Wybrałam opuszczoną cerkiewną plebanię która stała się moim doczesnym domem i miejscem pracy. Dzisiaj patrząc z perspektywy czasu podziwiam siebie za upór i odwagę, bo było to zadanie którego wykonania szczególnie dzisiaj niewielu by się podjęło… . Plebania miała dwa pokoje z których w jednym urządziłam salę lekcyjną, a w drugim osobiście zamieszkałam. Cerkiew nie była zdewastowana, wyglądała jakby była opuszczona wczoraj. Klucz od niej posiadał sołtys co umożliwiało mi dostęp do tej świątyni i wielokrotne podziwianie jej pięknego, tajemniczego i oryginalnego wnętrza. Zaczęła się zwykła mozolna nauczycielska praca. Uczniów było niewielu bo zaledwie siedmiu, ale ich rodzice byli mi wdzięczni za to, że dzieci mają szansę na kontynuowanie nauki. Służbowo podlegałam pod Sanok i miałam nawet w tej szkółce bardzo pozytywnie ocenioną wizytację. Wizytator był zaskoczony zaangażowaniem i umiejętnościami moich uczniów. Z rozbawieniem przypominam sobie, że miałam też inną ‘wizytację”, bo kiedyś nocną „wizytę” złożył mi mój Ojciec który chciał sprawdzić, czy kogoś tam „nie przyjmuję”…. . Zapewne ku Jego zaskoczeniu nikogo „niepożądanego” u mnie nie zastał, ale zwrócił mi uwagę na to, że „tu jest mocno wyjeżdżone, to pewnie musi ktoś przychodzić….” . No cóż, wizytacja jak to wizytacja, musiała jakieś wnioski pokontrolne sformułować…. . Poza tym było ciężko pod każdym względem. Musiałam myśleć o opale i zaopatrzeniu w podstawowe artykuły. Do najbliższego punktu zaopatrzenia musiałam iść pieszo przez najbliższą górę do niewielkiej miejscowości Iwonicz Zdrój. O jakichś rozrywkach czy zabawach nie było mowy. Chcąc odwiedzić rodziców musiałam przejść na piechotę górskimi drogami około siedmiu kilometrów. W zimie sołtys zaproponował mi użyczanie maleńkich sań zaprzęgniętych w niewielkiego konika. Zaprzęgiem tym wielokrotnie pokonywałam tą trasę co było dla mnie wielką frajdą, a i zmartwieniem Ojca który narzekał, że koń zjadł mu większość zgromadzonego owsa…. Tak mi się zamarzyło aby mieć jakiegoś czworonoga. Pewnego razu kiedy otworzyłam drzwi zobaczyłam niedaleko plebanii stojącego pięknego psa. Kiedy pobiegłam po miseczkę z jedzeniem i wyszłam do niego, pies spojrzał na mnie spode łba, podkulił ogon i pobiegł przed siebie. Za chwilę usłyszałam krzyki: wilk przyszedł, zamykajcie podwórka…. . Pomimo, że była to niewielka położona wśród gór osada, bardzo aktywnie działali tu partyjniacy z Rzeszowa. Mieli baczenie na cerkiew czy czasem ktoś do niej na modlitwy nie chodzi… . Poza tym namawiali namolnie do tworzenia kołchozów obiecując cuda jak to będzie dobrze, ale ludzie z nieufnością podchodzili do tych obietnic. Mnie za każdym razem informowano o przyjeździe „aktywistów”, no to przedtem robiłam zebranie i tłumaczyłam ludziom, aby na te obietnice nie dali się nabrać, bo żyje im się ciężko, a będzie jeszcze gorzej.. .. Prosiłam tylko aby mnie nie wydali bo jak nic, pewnie by mnie zamknęli… . Ludzie lubili mnie i byli mi życzliwi, nieraz zapraszali na obiad czy odwiedziny przy różnych okazjach. Poza tym pomagali mi w różny sposób. Koniec końców nikt mnie nie wydał, a partyjniacy niczego tam nie wskórali.… . Bardzo trudne warunki życia, kłopoty aprowizacyjne, a również łatwość zarażenia się w tych czasach powszechnie panującą gruźlicą nie ominęły również mnie. Kiedy po trzech latach pracy w Bałuciance choroba zaczęła dawać mi się we znaki postanowiłam wrócić na podkurowanie się do rodzinnego domu do Matki. Na piechotę, przez górską przełęcz, dalej przez Rymanów Zdrój dotarłam do rodzinnego domu. Tutaj Matka otoczyła mnie troskliwą opieką, a leczenie rozpoczęłam u starego blisko dziewięćdziesięcioletniego lekarza Ignacego Bieleckiego który na specjalnie wyeksponowanym dyplomie miał napisane: „doktor wszech nauk”… . Leczyłam się około roku, a głównym lekarstwem było dobre odżywianie się. Matka dbała o to abym miała pod dostatkiem mleka, sera, masła i śmietany. W międzyczasie utrzymywałam listowny kontakt z dwiema koleżankami nauczycielkami które wyjechały do pracy na Ziemie Odzyskane. Zachęcana przez nie do przyjazdu postanowiłam je odwiedzić. Wybrałam się w daleką podróż do małej wsi w rejonie Gubina.

Michalina Suchodolska

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.