Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Powrót…

konie

źródło zdjęcia: Tadeusz Mirkiewicz

Tadeusz Mirkiewicz - część 5 Po pożegnaniu ruszyliśmy w nieznane ale nie ujechaliśmy daleko, bo po przejechaniu dwóch kilometrów zatrzymali nas ruscy, zabrali konia, a bagaże złupili. Zacząłem się rozglądać i zauważyłem, że w rowie leżały dwa ciężkie duże konie. Ruscy zostawili je bo były „podbite”. Próbowałem zachęcić je do wstania ale podniósł się tylko  jeden, a drugi miał tak obolałe nogi, że wstać nie chciał. Tego konia który wstał bardzo ostrożnie przeprowadziłem do najbliższej wsi, znalazłem kuźnię,  a w kuźni podkowę i gwoździe i konia podkułem. Ruszyliśmy dalej, ale po dwóch dniach ruskie zabrali nam i tego konia… . Nasz wóz pchaliśmy trzy kilometry do najbliższej wsi aby znaleźć jakąś kwaterę i „zorganizować” następnego konia.  Aby ułatwić sobie poszukiwania znalazłem jakąś ramę od roweru, gdzie indziej koła i zmontowałem zupełnie przyzwoity pojazd. Ledwo wyjechałem na ulicę, a tu maszeruje pięciu ruskich z pepeszami, zepchnęli mnie z tego roweru jak psa i rower zabrali… . Jeszcze kilkakrotnie „zdobywaliśmy” konia i zaraz go traciliśmy, bo ruscy szabrowali w sposób niemiłosierny, a szczególnie wredni byli ci skośnoocy. Owszem, zdarzali się i przyzwoici ludzie, ale to było rzadko. Cały czas baliśmy się o życie, bo w tych czasach być rozstrzelanym z byle powodu to był żaden problem. Był taki moment, że ruscy zatrzymali nas, zaprowadzili na polowe lotnisko, dali małe saperki i kazali kopać potężną transzeję która  miała być schronieniem dla samolotu. Po kilku godzinach zwolnili nas i przyprowadzili następnych… . W każdym bądź razie z takimi przygodami i „duszą na ramieniu” dotarliśmy do Wschowy gdzie zachęcano nas abyśmy tam pozostali. Proponowano nam konie i gospodarkę, ale czas był niepewny i pomyślałem, że konie ukradną ruscy bo kradli wszystko, a wystraszyły nas też jakieś nieprzyjazne, pijane śpiewy niewiadomo jakich ludzi. Postanowiliśmy jechać dalej i ruszyliśmy do Poznania. Tam zawiadowca stacji ostrzegł nas abyśmy nie spali, bo ruscy strasznie kradną, zresztą kradli nie tylko ruscy… .   Na drugi dzień załadowaliśmy się na pociąg który jechał na Gniezno i dalej ewentualnie na Wrześnię. Kiedy byliśmy już w pociągu, przyszli „towarzysze” którzy pospychali nas z wagonów i potraktowali jak bezpańskie psy i nic  nie pozwolili zabrać.  Nie wiedzieliśmy co mamy robić i staliśmy zbici w kupę na peronie. W tym czasie ktoś musiał powiadomić polskie władze, bo natychmiast pojawiło się sporo kolejarzy i polskiego wojska. Polscy żołnierze nie patyczkowali się, ale zarepetowali broń i do ruskich… . Wtedy my pomyśleliśmy sobie, że zaraz będzie  wojna prawdziwa… . Ruscy jednak „pękli” i odstąpili od rabunku naszych rzeczy. Szybko powsiadaliśmy do pociągu, a polscy żołnierze tak długo nas pilnowali dopóki pociąg nie ruszył… . Chwała im za to! Kiedy dojechaliśmy do Gniezna musieliśmy dać „w łapę” kolejarzom którzy przygotowali nam jeden wagon i dymiący parowóz, którym po przyjechaniu do Wrześni wyglądaliśmy jak diabły… . Dalej nie było czym jechać, ale stał jakiś pociąg załadowany szynami kolejowymi które wywozili ruscy, to my do tego pociągu… . Transportu pilnowały ruskie kobiety które nie pozwalały nam zabrać się ze sobą. Co my się załadujemy to one nas wyrzucają, to my z innej strony i tak do znudzenia, wreszcie jakoś się „dogadaliśmy”. Pociąg dojechał do Strzałkowa i stanął, komu pasowało wysiadł, ale my chcieliśmy jechać dalej.  Okazało się , że pod ciężarem przewożonych szyn zapaliły się osie. Ruscy swoimi sposobami naprawili usterkę, to znaczy poszli z torbami po wodę, polali osie i tak dojechaliśmy do Konina… . Zarówno ja jak i moja żona nie mieliśmy tu czego szukać, bo u moich rodziców była tylko mała chatka, dwie siostry i skraweczek  ziemi, a u żony podobnie i cóż ja tam miałbym robić?  Żona przez całą wojnę przysyłała pieniądze swojemu bratu który miał małą gospodareczkę i go wspierała, ale żeby pomieścić się teraz razem nie mogło być o  tym mowy, dlatego też pojechaliśmy szukać szczęścia dalej. W Koninie zabraliśmy się na pociąg do Zbąszynka, tam z kolei kolejarze odczepili nasze wagony pod pretekstem podpalonych osi…. . Poszliśmy na skargę do ruskiego komendanta który te wagony kazał podczepić do pociągu który wiózł czołgi do Niemiec i w ten sposób dojechaliśmy do Świebodzina. Tam podstawiono nam traktor z dwoma przyczepami i przywieziono do Przetocznicy. W tej miejscowości pozostał między innymi Klimek i Szymczak, którzy obaj  pochodzili z mojej wioski spod Konina, to było w piątek. Mnie w Przetocznicy nie bardzo się podobało i w sobotę w trójkę pojechaliśmy do gminy w Skąpem. W gminie zaproponowano nam z kolei gospodarstwa w Międzylesiu, ale na miejscu okazało się, że mieszkają tam ruscy, a z nimi nie chciałem mieć nic wspólnego… . W Międzylesiu pozostał jednak Markiewicz który też był z mojej wioski. Koszary w Ciborzu były pełne , ruscy pościągali swoje rodziny i nie było na co czekać. Wtedy zaproponowano nam Podłą Górę do której przyjechaliśmy z Niedzielskim 5 sierpnia 1945 roku. Niedzielskiego siostra i mój dziadek byli rodzeństwem. Było tam jeszcze sporo Niemców to znaczy cztery rodziny, gorzelany i palacz który palił w gorzelni. W pobliżu miejsca gdzie teraz mieszkam było polowe lotnisko gdzie pola były zjeżdżone jak klepisko i wszystkie lipy przy drodze na Zawisze były pościnane, a  ta dzisiejsza lipowa aleja powstała z odrostów  pni. Samolotów już nie było, ale leżały stosy amunicji i bomb. Moja sąsiadka o nazwisku Przybylska która od dawna już nie żyje, przysposobiła niemieckiego chłopca któremu zginęli rodzice. Chłopiec ten pasąc krowy wziął do ręki jeden z leżących tam pocisków i przyciskając go do drzewa coś tam przy nim kombinował. Pocisk eksplodował, a z chłopca nic nie zostało… . Niemiecki palacz w gorzelni był rybakiem i namówił mnie abyśmy poszli na ryby na Przetocznicę. Chętnie się zgodziłem, ale kiedy doszliśmy w pobliże tej  miejscowości natknęliśmy się na wiele trupów niemieckich żołnierzy. Byli w mundurach, a kości wychodziły im na zewnątrz. Jeden z żołnierzy trzymał jeszcze karabin i co ciekawe był to polski karabin, a na jego kolbie widniała tabliczka: „Gniezno”… . Żołnierze byli w pełnym umundurowaniu, ale żaden z nich nie miał butów… . Widziałem wiele trupów walających się po rowach, ale widok ten tak mnie przeraził, że powiedziałem sobie, że więcej tam nie pójdę. Kiedyś Niemiec który palił w gorzelni poprosił mnie abym mu sprzedał litr wódki i kupił potrzebne mu rzeczy. Ja się zgodziłem, wódkę sprzedałem ruskim, wziąłem rower i pojechałem do Świebodzina. Tam kupiłem zapałki, cukier i to o co mnie prosił i z tymi zakupami oraz  resztą pieniędzy zjawiłem się u niego, a mieszkał niedaleko „na górce”. Kiedy wszedłem do jego domu stanąłem jak wryty i włosy stanęły mi „dęba”, bo cały pokój był pełen niemieckiego wojska: stół rozłożony na środku, na stole jak to u Niemców, zupa, kartofle, kwaśna kapusta, golonki, jedna butelka, druga, trzecia… . Wszyscy byli w niemieckich mundurach, czapki leżały obok, ale broni nie widziałem. Niemcy zapytali co jestem  za jeden, a palacz wyjaśnił im, że to Polak który był na robotach, zrobił dla niego zakupy i jest godny zaufania. Wtedy zaprosili mnie do stołu, ale ja bardzo grzecznie podziękowałem i udałem się do domu. O nic mnie nie pytali, ani nie prosili o to abym nie ujawniał ich obecności. Następnego dnia po żołnierzach nie było śladu…. . W sytuacji kiedy pod bokiem w Ciborzu stacjonowała dywizja Armii Czerwonej takie zachowanie Niemców wydawać się może  irracjonalne, a na pewno zuchwałe. W każdym bądź razie jednoznacznie potwierdzam, że tak było. Z drugim takim dziwnym przypadkiem spotkałem się kilka dni później kiedy to wraz z innymi osobami stałem przy ulicy w środku Podłej Góry. W pewnym momencie nadjechał niemiecki odkryty wojskowy samochód na którym siedziało kilku żołnierzy w polskich furażerkach i niebieskich kombinezonach. Silnik tego samochodu akurat zgasł tuż obok nas. Żołnierze wyskoczyli z niego i w całkowitym milczeniu zaczęli go pchać. Ja zażartowałem, że mają kiepskiego konia skoro odmówił im posłuszeństwa, ale żaden z żołnierzy nie odezwał się ani słówkiem, tylko ze wszystkich sił starali się uruchomić ciężarowe auto. Po kilkudziesięciu metrach silnik zaskoczył, żołnierze czym prędzej powskakiwali na niego i pojechali w kierunku Sycowic. Nie mam na to żadnych dowodów ale uważam, że gdyby to byli Polacy na pewno by się odezwali albo cokolwiek powiedzieli.  Nie mogę też potwierdzić, że byli to Niemcy, chociaż  jest to bardzo prawdopodobne a gdy tak, to mogli się oni ukrywać w bunkrach pod Bródkami. Powoli zagospodarowałem się i zacząłem pracować „na swoim”. Na początku było bardzo ciężko bo nie mieliśmy z żoną żadnego majątku. Ja nic nie miałem, żona nic nie miała i dopiero zaczęliśmy się powoli dorabiać, ale nie było to ani łatwe ani proste. Nie mieliśmy ani krowy ani konia ani dosłownie nic. Żeby jakoś przetrwać pracowaliśmy oboje w lesie, później sprzedałem ubranie które przywiozłem z Niemiec i kupiliśmy za to świnie. Świnie urosły, sprzedaliśmy je i kupiliśmy za to krowę, później konia i źrebaka i tak stopniowo w gospodarstwie przybywało i inwentarza i narzędzi. Mieliśmy osiem hektarów gruntów V i VI klasy, a ci co pracują na roli wiedzą co to znaczy. Żona jak zrobiła masło i zebrała  śmietanę to zawoziła do Świebodzina i tam sprzedawała. Z czasem zaproponowano mi wstąpienie do Partii mówiąc , że jestem dobrym gospodarzem, wywiązuję się z obowiązków i mamili mnie  jaka to Partia dobra. Ja odpowiedziałem, że Partia mi nic nie dała i ja nic od niej nie chcę. Wszystko co mam zawdzięczam pracy swojej i mojej żony i dzieci. Za to co powiedziałem w  ramach „wdzięczności” partyjni nałożyli na mnie największy chyba w Podłej Górze plan obowiązkowych dostaw. Musiałem odstawić 18  „metrów” zboża i 250 kg żywca. Jeszcze żniwa dobrze się nie zaczęły, a już przysyłano z fabryk partyjnych „aktywistów” którzy nachodzili ludzi i nakłaniali do jak najpilniejszego realizowania obowiązkowych dostaw. Kiedy dopiero co skosiliśmy zboże i u wszystkich stało w mendlach na polu, przyszedł taki jeden /podobno pochodził z moich stron spod Konina/ i zaczął mi wydawać polecenia abym jutro odstawił zboże. Ja na to, że zboże dopiero co pokoszone i najpierw należy go zwieźć i wymłócić, to on na to, że mam pożyczyć i jutro na obowiązkowe dostawy odwieźć. Ta bezczelność i ignorancja rozgniewała mnie bardzo i krzyknąłem na niego: „ty stalinowski wychowanku, pożyczałem coś od ciebie?” i wlepiłem mu parę mocniejszych słów. Ten poleciał zaraz na skargę do sekretarza POP, to było w piątek, a w sobotę wezwano mnie do gminy gdzie przewodniczący zarzucił mi, że obraziłem wysłannika partii… . To jednak nie wystarczyło, bo na poniedziałek miałem stawić się w tej sprawie w prokuraturze w Świebodzinie.  Prokurator pytał jak to u mnie jest z odstawami to ja na to, że zawsze realizuję je terminowo, a tego rugania  partyjnego aktywisty się wyparłem. Prokurator był dość „łaskawy” powiedział nawet, że co oni ode mnie chcą i po co mnie tu przysłali i wypuścił mnie wolno…. . Sytuacja taka trwała to do czasu kiedy w roku 1956 utworzono kołchoz typu 2B, to znaczy nie oddawaliśmy wszystkiego inwentarza do kołchozu, ale pola były wspólne i pracować trzeba było na nich swoimi końmi i sprzętem. Ludzie nie chcieli pracować i były z tego same straty i niesnaski pomimo, że wprowadzono traktory. Ci sami ludzie, te same konie, a same straty…. Taka sytuacja trwała przez trzy lata kiedy to oddano nam z powrotem naszą ziemię.  Nie mogłem ścierpieć też SKR-ów bo byli w nich sami złodzieje…. . Mam trzech synów z których jeden mieszka ze mną, drugi w Zielonej Górze, a trzeci w Gubinie, ośmioro wnuków i gromadkę prawnuków. Ho, ho musiałbym policzyć… . Najstarszy syn który ma na imię  tak jak ja Tadeusz, ożenił się  z córką Samoleja w Sycowicach, to jest trzeci dom od końca po lewej stronie jak się wyjeżdża na Krosno Odrzańskie. Żona Stokłuski mieszkającego w Sycowicach  to mojej synowej siostra. Wszyscy bardzo chętnie przyjeżdżają do mnie i są w komplecie prawie każdej niedzieli. Brakuje tylko mojej żony która zmarła w roku 2003, ale i tak przeżyliśmy ze sobą w zgodzie szmat czasu. W taki oto sposób swoje dalsze życie związałem z tą wsią, ale to już zupełnie inna historia. Dopóki ono będzie trwało, będę to wszystko pamiętać i wspominać.  Będę wspominać czas który był dla mnie bardzo łaskawy i który już nigdy nie wróci. Był to czas w którym pomimo całego okrucieństwa wojny, byłem CZŁOWIEKIEM!

Cezary Woch

K o n i e c

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

4 komentarze do artykułu “Powrót…”

  1. Cezary Woch

    http://www.expolis.de/schlesien/texte/maas_pl.html

  2. sergiusz

    Ciekawe wspomnienia. Pięknie opracowane przez Pana Wocha z obszernym załącznikiem polityki „przymusowych robót w Niemczech”.
    No cóż, naziści nie potrafili za panować nad apetytem królowania nad światem. Ich popęd zamarzł pod Stalingradem kosztem swoich rodaków i kosztem wielu niewinnych, podbitych narodów świata. A jednak od wieków polityków świata nie przekonuje, że stworzona precyzja wszechświata przez Naturę usuwa władców, którzy chcą być mądrzejsi od Niej.

  3. Ela

    Z wielkim smutkiem i żalem pożegnaliśmy we wtorek 06.02.2018 naszego drogiego dziadka i bohatera tej historii TADEUSZ MIRKIEWICZA, który opuścił tę ziemię przezywszy 94 lata zawsze w zgodzie z własnym sumieniem będąc do końca CZŁOWIEKIEM
    Wnuczka

  4. Cezary

    Był bardzo dobrym, ciepłym człowiekiem.Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu opowiadał mi o „podróży sentymentalnej” do miejsca na niemieckiej ziemi gdzie spędził młodość. Ze smutkiem mówił, że w „Jego ” gospodarstwie zupełne pustki, a tylko wiatr porusza wrotami stodół… . Nie ma Go już wśród nas, ale żyć będzie w naszej pamięci i na kartach tej książki….

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.