Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Sergiusz Jackowski – Niewdzięczny los

Elektrownia Jaworzno

źródło zdjęcia: sxc.hu

Od początku roku 1948 byłem junakiem. W powojennych czasach każdy junak musiał odsłużyć dwa lub trzy miesiące czynu dla Polski. Czyn ten od harowałem w Jaworznie. Tysiące junaków z całej Polski budowaliśmy elektrownię "Jaworzno". Wyrąbywaliśmy las. Ciężko pracowaliśmy przy wykopywaniu ogromnego zbiornika wodnego. Budowaliśmy drogi dojazdowe do elektrowni. Stawialiśmy baraki dla sprzętu budowlanego. Obozowaliśmy w namiotach nad Czarną Przemszą. Po pracy w jej brudnej wodzie praliśmy onuce. Wielu junaków przy tej budowie utraciło zdrowie na zawsze. Nawet kolega z mojej drużyny Tadeusz Sroka nabył przepuklinę dźwigając w lesie ciężkie kłody. Wielu junaków cierpiało na bolesne odciski na rękach, pracując narzędziem ręcznym przez 8 godz. dziennie. Teraźniejsza młodzież nic nie wie, jak młode chłopaki, w wielkim trudzie, za darmo odbudowywali powojenną Polskę. Po wojnie najważniejszym napędem rozwoju Polski było górnictwo. Zachęcano młodych ludzi , a nawet i zmuszano do prac w kopalniach Prasa i radio wielce zachęcało młodzież do darmowych szkół górniczych. Szkolny, wyjściowy mundur oczarował mnie. Pognałem więc na Śląsk. Szkoła ta mieściła się w zamku królewskim Bolesława Chrobrego w Młoszowej koło Trzebini. Po kilku dniach nauki dowiedziałem się, że tej szkoły pilnują zastępy milicji, by z niej nikt nie uciekł. We wszystkich najbliższych miastach na dworcach czuwała ona nad tym. Po dwumiesięcznym pobycie w tej szkole poznałem nieco kopalnie: "ARTUR" i "ZBYSZEK". Przekonałem się na swojej skórze, jak ciężki jest żywot górnika. W podziemiach widziałem na własne oczy dramaty i tragedie. Po wyjechaniu szybem na powierzchnię, ani znajomych górników, ani kolegów nie szło rozpoznać. Na rękach i na twarzach mieli grubą powłokę pyłu węglowego. Od windy podążaliśmy prosto do łaźni, by jak najprędzej pozbyć się uciążliwego brudu. W auli wykładowej najbardziej nie znosiłem wykładów politycznych. Zawsze chowałem się od wykładowcy jak najbardziej na tylnych ławkach. Z nudów i ze zmęczenia chciałem zawsze ten czas wykładów przedrzemać. Kiedy wykładowca zauważał śpiocha, podchodził i pytał o czym była rozmowa. Na te pytania nigdy mu poprawnie nie odpowiedziałem. Z tego przedmiotu zawsze miałem dwóję Z pozostałych przedmiotów byłem bardzo dobry. Jednej niedzieli zorganizowano nam wycieczkę autokarem. Zwiedziliśmy Brzezinkę i Oświęcim. Czas mijał w trudzie i tęsknocie za swoją wsią, za rodzicami, za koleżankami i kolegami, których w każdą sobotę na zabawie bawiłem swoją muzyką. W tamtych czasach jeden akordeon zastępował całą orkiestrę. Kiedy tęsknota przybrała na sile, udałem się do gabinetu dyrektora. Przyjął mnie grzecznie i spytał jaką mam sprawę. Kiedy mu wyjaśniłem, że rezygnuję ze szkoły i chcę wrócić do domu. Odpowiedział mi z uniesieniem: - Teraz już święty Boże nie pomoże. Proszę więc wracać do swoich zajęć. W szkole miałem kolegę. Nazywał się Marian Tuski. Był także z Międzylesia, ale spod Warszawy. Zwierzył mi się, że także chce uciec ze szkoły. W trzecim miesiącu nauki szkoła zorganizowała zabawę. Zaprosiła na nią młodzież z miasta. Ja z Marianem skorzystaliśmy z nie czujności milicji, gdyż była zainteresowana bardziej zabawą. Byliśmy w szkolnych, wyjściowych mundurach górniczych. Kiedy w nocy sala taneczna rozbrzmiewała od muzyki, wdrapałem się na wysoki mur ogrodzeniowy terenów zamka. Podałem koledze rękę. Kiedy byliśmy po za murami szkolnymi, wyruszyliśmy na dworzec kolejowy do Trzebini. Ostrożnie sprawdziliśmy dworzec. Stwierdziliśmy, że na dworcu i na peronie była milicja. Zdecydowaliśmy się by na pieszo pokonać 12 km, drogi do Chrzanowa. Dotarliśmy do dworca kiedy już świtało. Stwierdziliśmy, że i tam na dworcu jest milicja. Wkrótce nadjechał pociąg w kierunku Katowic. Kiedy pociąg ruszył, sforsowaliśmy płot. Szybko podbiegliśmy i wsiedliśmy do ostatniego wagonu. W Katowicach na dworcu też była milicja. Drżeliśmy ze strachu. Jednak ona nami nie interesowała się. Miałem przy sobie pieniądze i dałem koledze na podróż do Warszawy. Przy pożegnaniu Marian obiecał, że jak tylko dotrze do domu, to za podróż należność zwróci pocztą. Jednak tego nie uczynił. Kiedy już byłem w domu, szybko zapakowałem mundur wyjściowy i wysłałem pocztą do szkoły. Szkoła za poniesione straty nauki przysłała rachunek. na sumę 10.000 zł. Za moje niepotrzebne wybryki ojciec tą należność musiał zapłacić. Po latach żałowałem, gdyż po tej szkole absolwenci otrzymali wysokie stanowiska górnicze. Po ucieczce ze szkoły zatrudniłem się za pomocnika-elektryka w Jed. Wojskowej w Ciborzu. Po kilkunastu miesiącach firma Remontowo-Budowlana wyjechała. Ja zostałem jedynym konserwatorem-elektrykiem w Jed. Wojskowej 2462 w Ciborzu. Kiedy już miałem zapewnioną pracę marzyłem o ukochanej dziewczynie i wielkiej miłości. Samotnie wychodziłem w pole. W tych marzeniach pochłaniałem całym umysłem piękno natury. Wpatrywałem się w łany falujących zbóż. Kładłem się pod niwą. Wsłuchiwałem się w tajemniczy, oczarowany szum rozkołysanych łanów. W szelest traw i buczenie trzmieli. Słuchałem śpiewu skowronków i różnych ptasich treli w pobliskim lesie. Byłem upojony tym nie zwykłym czarem piękna. Chciałem ten czar natury wziąć w swoje dłonie i ofiarować to wszystko jakiejś miłej i wymarzonej dla mnie dziewczynie. Czekałem na Nią, jak gdyby miała się zjawić moja, upragniona ze swoją łaskawą duszą. Chwyciłbym Ją w ramiona. Przytuliłbym do serca. Oświadczyłbym Jej swoją wielką, szczerą i wierną miłość, która miała by trwać bez granic, na zawsze. W moich marzeniach dziewczyna ta sama nie pojawiła. Musiałem sam ją poszukać i dokonać wyboru. Nadszedł więc ten dzień. Zdecydowałem się na wybór towarzyszki spólnego życia. W majową niedzielę szedłem przez wieś. Dostrzegłem kilka znajomych dziewcząt siedzących na ławce. Od kilku lat namyślałem się do której uderzyć. Zastanawiałem się nad tym by w przyszłości nie uczynić krzywdy ani dziewczynie, ani sobie. Zbliżyłem się do nich. Były uśmiechnięte i rozbawione ploteczkami. Po pozdrowieniu usiadłem przy tej, o której wiele myślałem. Wkrótce zabawiałem się z nią jakimś rzemykiem. Była dla mnie uprzejma i miła. Zrozumiałem, że zaloty zostały przyjęte. Była nią obecna moja żona. Miała ciemne długie włosy. Z dołeczkami na policzkach była piękna. Dziewczyna jaką wymarzyłem w samotności pod niwą. Od tej pory zawsze odprowadzałem ją po zabawie do domu. Na pożegnanie otrzymywałem całusa. Tańczyć z nią mało miałem okazji z powodu muzykowania. Kochała mnie na swój sposób. Była bardzo zazdrosna. To mnie wcale nie przeszkadzało, bo o innej nigdy nie chciałem myśleć. Byłem w niej bardzo zakochany. Przede mną była długa służba wojskowa. Bałem się, by swojej wybranej nie utracić. Po zapoznaniu się z nią zacząłem dla niej. pisać poezje o wielkiej miłości. Chodziłem ze swoją wybraną przez dwa lata. Nadszedł dzień 29 kwietnia 1952 roku. Żegnałem się z rodzicami, rodzeństwem i swoją ukochaną. Rozstaliśmy się z wielkim żalem i ze łzami w oczach. W tym dniu żegnałem też w Międzylesiu swój kawalerski stan na zawsze. Służbę wojskową odbywałem aż w Kielcach. Pierwsze miesiące rekruta były. bardzo ciężkie. W tym okresie rygor i dyscyplina w wojsku była do nie wytrzymania. Czas do napisania listu trzeba było z trudem wykombinować. Kilka dni po przysiędze przeżyłem tragedię kolegi z piętrowego łóżka. O dwunastej w nocy zagrała trąbka na alarm. Za parę minut nasza kompania w pełnym rynsztunku i uzbrojeniu stała w szeregu. Padła komenda dowódcy kompanii – Trzeci pluton, baczność! W prawo zwrot! Do koszar odmaszerować! - Dla pozostałych dwóch plutonów dowódca odczytał rozkaz o zlikwidowaniu dwóch, uzbrojonych,groźnych bandytów, którzy ukrywają się w Górach Świętokrzyskich. Na plac przy koszarach przyjechało kilka samochodów ciężarowych. Załadowano na nie dwa plutony. Dojechaliśmy na wyznaczone miejsce w okolicy gór przed wschodem słońca. Odbyła się krótka odprawa dowódców. Dowódcy drużyn pouczyli nas jak mamy zachowywać się w górach dla swojego bezpieczeństwa. Każda drużyna otrzymała swoje zadanie. Naszą drużynę podzielono na dwie grupy. Przeczesywaliśmy góry z bronią gotową do strzału Penetrowaliśmy wszystkie szczeliny i zakamarki z wielką ostrożnością. Gdy we trójkę znaleźliśmy się przed skalną ścianą z kryjówki bandytów padła seria z broni maszynowej. Kule z gwizdem niemal musnęły moje ucho, w którym aż za świdrowało. Kule odpryskami skały posiekały czoło kaprala i mój policzek. Kapral krzyknął:- Kryć się! - Pierwszy zeskoczył ze stromej, skalnej ściany około 2 m. niżej. Ja zeskoczyłem drugi. Trzeci mój kolega z piętrowego, wspólnego łóżka został trafiony drugą serią. Spadał na nas głową w dół. Zdążyliśmy go pochwycić. Stwierdziliśmy, że ma przestrzeloną pierś. Ułożyliśmy go na twardym gruncie porośniętym mchem. Charczał w konwulsjach. W gardle bulgotała krew, a także strumieniami spływała spod munduru. Nasz kapral Sługocki wystrzelił rakietę. To był umówiony znak na przybycie sanitariusza. Za chwilę usłyszeliśmy donośny głos kaprala Taradejny: - Jesteście okrążeni! Zostawić broń i wychodzić z rękami do góry! - Przerażeni bandyci nie chcieli wychodzić. Usłyszeliśmy wybuch granatu w kryjówce bandytów. Po tym wybuchu bandyci wyszli. Po wystrzeleniu rakiety, zbliżali się do nas żołnierze. Sanitariusz z ekipą ratunkową przybył około dziesięciu minut. W tej chwili wszyscy patrzyliśmy na kolegę jak w agonii konał na podtrzymujących rękach swego kaprala. Wkrótce sanitariusz rannego kolegi stwierdził zgon. Kapral kładąc swojego podwładnego kolegę na mchu miał w ochach łzy. Na jego czole, brwiach i nosie ściekały stróżki krwi, którymi zajął się sanitariusz. Ja również z braku chusteczki wycierałem łzy ręką rozmazując krew na posiekanym policzku. Sanitariusz to także dostrzegł. Po założeniu opatrunku kapralowi zajął się mną. U pozostałych kolegów oczy też błyszczały od łez. Byliśmy wszyscy pogrążeni w głębokim smutku i zadumie. Ekipa ratunkowa niosła zwłoki kolegi na noszach do samochodu. Szliśmy za nią. Widzieliśmy jak dwóch mężczyzn w wieku około 30 lat pod konwojem wsiadało do gazika. Jeden był ranny odłamkiem granatu. W dwie ręce ściskał lewy bok, na którym już był założony opatrunek. Dowiedzieliśmy się później od kaprala, że to byli kilkakrotni gwałciciele kobiet. Zbiegowie z więzienia, z wyrokiem po 10 lat. Mieli przy sobie tylko jeden niemiecki pistolet maszynowy z czasów wojny. Późnymi wieczorami zastraszali sklepowych i zabierali artykuły spożywcze. Ukrywali się w górach przez 3 lata. Na drugi dzień w trumnie, na lawecie żegnaliśmy kolegę honorową salwą. Zabierali go rozpaczające rodzice do Radomia. Mój kapral Sługocki i kapral Taradejna zostali wyróżnieni w rozkazie. Otrzymali po 10 dni urlopu. Ja zaś otrzymałem przepustkę na całą niedzielę, z której nie skorzystałem. Mając wolny czas, pisałem list do swojej dziewczyny. Opisałem w nim swoją tragiczną przygodę nie zważając na ujawnienie tajemnicy wojskowej, co było surowo zabronione. Bardzo przeżywałem utratę bardzo dobrego kolegi. Dawał mi listy do czytania od swojej dziewczyny. Pokazywał jej piękne zdjęcia Bardzo się cieszył i chwalił swoją ukochaną, która także pochodziła z Radomia. W moich myślach ta tragedia utrwaliła się na zawsze. Ja w wojsku bardzo przeżywałem rozłąkę za swoją dziewczyną. Moja tęsknota do niej była wielkim bólem. Czułem się bardzo nieszczęśliwym. Czułem ulgę tylko wtedy, kiedy pisałem do niej listy. Bardzo wiele pisałem listów nie czekając na odpowiedź od ukochanej. W każdym liście poświęcałem Jej zwrotkę miłosnego wiersza. Często nawet i długie wiersze. Pewnego razu za okłamanie dowódcy, że nie noszę własnego swetra z domu, dostałem dwa dni aresztu. Mając przy sobie ołówek na podszewce rękawa munduru napisałem wiersz.
Cela jest moja maleńka. Jedno malutkie okienko. Na nim żelazna krata. Za kratą bez rosochaty. W kraty on wplótł się liściami. Kwitnie białymi kwiatami. Kwiaty go cudne, pachnące. W nich patrzą me oczy łzawiące Kiedyś patrzyłem w Twe oczy. W Twój drogi uśmiech uroczy. W oknie Twym bzy zrywałem. Usta Twe całowałem. A dzisiaj w największej rozpaczy Nad swoim losem popłaczę. Chociaż jest ciężki, samotny. Lecz kiedyś będzie odwrotny.
Po kilkumiesięcznej służbie w Kielcach, z powodu mojego zawodu zostałem przeniesiony do Wrocławia. W parku na Klęcinie pod namiotami był nasz obóz szkoleniowy łącznościowców. Sztab batalionu łączności mieścił się na Krzykach, przy cmentarzu żołnierzy Armii Czerwonej. Po trzymiesięcznym szkoleniu rozesłano nas na placówki łączności. Dowództwo często zmieniało nam miejsca zakwaterowania w celu nie dopuszczenia nas do głębszych znajomości z cywilami. W przeciągu 23 miesięcy byłem na sześciu placówkach: Strzelin, Oleśnica, Psie Pole, Legnica, Złotoryja, Lwówek Śląski. Pierwszy raz po szesnastu miesiącach służby miałem tylko jeden dzień urlopu. Gdy tęsknota do ukochanej przybrała na sile , postanowiliśmy się pobrać podczas służby wojskowej. Na własny ślub po 20-u miesiącach służby miałem tylko cztery dni urlopu. Ślub odbył się w wojskowym mundurze w Międzylesiu 10-go stycznia 1954 roku. Weselem nie byłem zachwycony. Żona zamiast się cieszyć, po ślubie bardzo płakała. Martwiło mnie to bardzo. Dużo nad tym myślałem. Po powrocie z wojska rozpoczęliśmy z żoną start w życie. Otrzymaliśmy od Państwa mieszkanie dwupokojowe z korytarzykiem. Mniejszy pokój przeznaczyliśmy na kuchnię. Kuchnię z paleniskiem zbudowałem z cegły. Służyła ona nam przez dwa lata pobytu w tym mieszkaniu.. W pokoju postawiliśmy jedno, drewniane łóżko, stół, dwa krzesła i szafę dwudrzwiową. Były to stare, niemieckie graty. Szafa była mała i to prawie pusta. Pieniędzy od rodziców nie dostaliśmy ani grosza. Od czasu do czasu otrzymywaliśmy od nich tylko jakiś koszyk artykułów żywnościowych z natury. Rodzice wiedzieli, że jesteśmy, bardzo biedni. Bardzo nam spół czuwali. Mama moja bardzo się zamartwiała, że nie miała żadnych sposobów, by nam pomóc w biedzie. Tak zaczynaliśmy budować rodzinne, przyszłe szczęście. Powróciłem do Ciborza na swoje stanowisko pracy. Byłem elektrykiem-konserwatorem, lecz bez odpowiednich kwalifikacji. Ciężar startu spoczywał tylko na mojej zaradności. W tej biedzie startowej, nie raz skłóconej urodziła nam się córeczka. Po jej urodzeniu postanowiłem się uczyć, by zarabiać godniejsze pieniądze na utrzymanie rodziny. W roku 1957 zdobywałem zaocznie kwalifikacje w Poznaniu w Zakładzie Doskonalenia Rzemiosła. Zawód elektryka wymagał dużo wiedzy. W tamtych czasach był bardzo ciężki i niebezpieczny. Do końca lat siedemdziesiątych prawie nie było narzędzi mechanicznych. Wszystko wykonywano ręcznie. Uczyłem się dalej, by uzyskać komplet dokumentów na otwarcie prywatnego zakładu na wykonywanie instalacji piorunochronnych, elektrycznych i montaż urządzeń elektrycznych. Trzeba było przechodzić najrozmaitsze kursy. Trwały one od początku 1957 roku. Jeden się kończył, drugi zaczynał. Prawie każdego roku egzamin i stres przed oblaniem. Kiedy już miałem stertę dokumentów i uprawnień, łącznie z dyplomem mistrzowskim w roku 1965 otworzyłem zakład prywatny. Wracam do roku 1957. Przeszliśmy na wygodne zagospodarowanie. Poprzednio mieszkali w nim teściowie z pozostałą rodziną. Przeszli na wygodniejsze gospodarstwo. Tam mieli stodołę i większe budynki gospodarcze. Z pomocą teścia wykorzystaliśmy moment, by te zagospodarowanie po nich nie przeszło w obce ręce. Otrzymałem Akt Nadania i dokument spłaty na własność przez 20 lat w ratach dla Funduszu Ziemi. Dom ten był wygodny, ale w nim było bardzo dużo do zrobienia. Tak samo w budynkach gospodarczych i ogrodzie. W tym zagospodarowaniu nie było ogrodzenia i bramy. Nie było nawet pompy do wody. Tutaj w tym bezładzie oczekiwaliśmy na następny poród córeczki. Zmarła podczas porodu. Bardzo przeżywaliśmy, a szczególnie bardzo widocznie żona. Ja przeżywałem na swój sposób. Liczyłem zawsze i liczę do dziś, ile by Ona miała lat. Wyobrażam w pamięci jak, by wyglądała nasza, czarnowłosa pociecha. Żal tylko ściska ojcowskie serce. W żalu i tęsknocie po maleństwie napisałem dla Niej wierszyk, A także z myślą dla Jej siostrzyczek, by wspominały, że wśród Nich kogoś brakuje.
Zadrżało serce matczyne. Rozpacz i ból ją przygniata. Umiera jej czarnowłosa Nie obejrzawszy świata. Nie zobaczyła cudownych oczu Rozpromienionych radością. Nie otuliły Ją ramiona Wielką, matczyną miłością. Moja dziecinko, moja kruszynko Na pewno Cię mocno boli Do snu Cię wykąpię łzami matuli. A sama zostanę w niedoli. Nie płacz matulu. Pójdź do kościoła Uklęknij, posłuchaj w ciszy. Zanucą Ci cudnie Chóry Aniołków. W tym śpiewie mój głosik usłyszysz.
Czas kroczył na przód. Trzeba było żyć. Miałem ogromne zadania, aby doprowadzić do godnego wyglądu swoją posiadłość. Wyremontowałem i odmalowałem dom. Położyłem na tynku baranek. Oczyściłem, ogrodziłem i zagospodarowałem ogród. Posadziłem i zaszczepiłem drzewka owocowe. Wykonałem nową, siłową i oświetleniową instalację elektryczną. Zbudowałem dużą szopę. Wyremontowałem warsztat. Wybudowałem garaż. Wybiłem ręczną pompę w podwórku. Wykonałem bardzo wiele różnych, dodatkowych prac. Ludzie zazdrościli wyglądowi naszej posiadłości. Wszystko to musiałem wykonać po pracy w zakładzie. Żona była bardzo pracowita. Trzymaliśmy krowę, świnie i kury. Dbała o dom, o jedzenie. Nie raz w czymś pomagała i mnie. Potem na świat przyszła następna córeczka. Jak była mała, była bardzo chudziutka. Wyglądała żałośnie. Baliśmy się o los jej zdrowia. Dorastając dochodziła do swojej formy, co nas bardzo cieszyło. Chcąc utrzymać w dostatku rodzinę, robiłem wypady na jezioro. Łowiłem ryby różnymi sposobami i sprzedawałem w swojej i sąsiedniej wsi. Robiłem także wypady do lasu. Zbierałem szyszki i grzyby. Suszyłem je i sprzedawałem. Wreszcie po długiej przerwie,kiedy już pracowałem prywatnie, niespodziewanie przyszła na świat ostatnia córeczka. Przyjąłem Ją z wielką radością. Kiedy podrosła poświęcałem dla Niej każdą wolną chwilkę na pisanie bajkowych wierszyków. Kiedy dorastała, poświęciłem niezmierny trud w chorobie i kalectwie na Jej start w życie. Żona w domu wychowywała nasze pociechy z nie znaczną moją pomocą. Zajęty wielką troską o Nich nie miałem na to czasu. Wielką pomoc w wychowaniu dzieci otrzymywaliśmy od niezmiernie życzliwej teściowej. Ona była dla mnie, a ja dla niej bardzo ważnymi osobami w rodzinie. Starałem się jak tylko potrafiłem, jak tylko mogłem, by moje dzieci nie miały takiego startu w życie, jaki mieliśmy my. Najgroźniejszą, moją przeszkodą w trosce o dzieci była nie zdiagnozowana choroba kamicy nerkowej. Na co dzień myślałem, że nie zdążę zrealizować swoich planów. Przez 25 lat, łącznie z pobytem w szpitalu leczono mnie omyłkowo na chorobę żołądkową. Nie zważając na cierpienia w chorobie, nauka i praca dawały nie złe owoce. W społeczności wsi,a nawet i w Gminie zawsze się wyróżniałem. Zawsze byłem na pierwszym miejscu. Pierwsi kupowaliśmy: telewizor, motocykl dobrej marki, samochód. Telewizor kolorowy już mieliśmy w 1970 roku zakupiony w NRD. Taki telewizor prócz mnie miał tylko dyrektor szpitala w Ciborzu. Społeczeństwo mnie bardzo szanowało i podziwiało moją zaradność. Nikt tylko nie wiedział ile ja przez wiele lat ukończyłem kursów. Jak w stresie przeżywałem ponad 20 egzaminów. Najważniejsze z nich były: mistrzowskie, pedagogiczne I i II stopnia. Długi kurs ogólnych Uprawnień Budowlanych. Egzamin Uprawnień Budowlanych na nadzorowanie instalacji i urządzeń elektrycznych. Nie raz nie było komu współczuć w roztargnieniu po oblanych egzaminach. Ten kielich goryczy musiałem wypijać sam. W roku 1958 pożegnałem w Ciborzu Jednostkę Wojskową. Pożegnałem wielce życzliwego kierownika grupy remontowo-budowlanej i konserwatorów por. Dobrzyńskiego i cywilnego kierownika biura pana Centa ze Świebodzina. Witaliśmy natomiast dyrektorów: Lewandowskiego i Wawszczaka, jako organizatorów Szpitala w Ciborzu. Przez cztery lata byłem także jedynym konserwatorem instalacji i urządzeń elektrycznych w tymże szpitalu. Przez następne trzy lata liczba elektryków zwiększyła się do czterech. W trosce o wychowanie dzieci i godniejsze życie w roku 1965 zdobyłem się na odwagę. W tym okresie, w tym ustroju wielkim ryzykiem było i z wieloma kłopotami, by otworzyć zakład prywatny. Społeczeństwo podziwiało moją decyzję. Wszyscy rokowali, że szybko splajtuję. Zaczynałem od zera na dziesięcioletnim motocyklu "Panonia" i z torbą monterskich narzędzi. Byłem w okolicy jedynym, prywatnym elektrykiem. W latach, kiedy polska wieś tętniła życiem wykonywałem usługi na rozległym terenie od Sulechowa po Świebodzin i Krosno/O. Obsługiwałem: 5 Gromadzkich Rad Narodowych, 4 Nadleśnictwa, 2 PGR-y, 1 SKR, 1 GS, dwie rozległe parafie, wszystkie szkoły w każdej wsi, gorzelnię w Sycowicach, częściowo Szpital Cibórz. Współpracowałem z Rejonem Energetycznym w Świebodzinie. Przez 20 lat byłem zaangażowanym filatelistą. Obcowałem z gronem najlepszych filatelistówn województwa zielonogórskiego. Spotykałem się z nimi dwa razy w miesiącu na zebraniach w Bibliotece Wojewódzkiej. Te korzystne hobby zawdzięczałem Niemcowi z RFN, który mnie do tego zachęcił podczas korespondencji. Miałem nie zliczone grono znajomych i przyjaciół, które mnie wielce doceniało. A szczególnie kierownictwo wszelkich, państwowych zakładów traktowało mnie z życzliwością i szacunkiem. Nie lubię ludzi, którzy się przechwalają. Nie lubię i samego siebie, że to czynię. Miałem ku temu powody. Nie potrafiłem ten piękny, a często i dramatyczny świat z którym obcowałem zamknąć w CAŁOŚCI w sobie. W roku 1979 Sekretarz Gminy Mirosława Chruścicka wytypowała mnie na najlepszego i najuczciwszego rzemieślnika w Gminie Skąpe. Start mojej prywatki był karkołomny. Przez dwie zimy na motorze musiałem pokonywać zaspy śnieżne obczepiony materiałem i narzędziem. Przez dwa lata na motorze przeżywałem straszną katorgę. Miałem wiele dokuczliwych przygód. Jedną z takich przygód „DROGI PRZEZ MĘKĘ” przedstawiam: Miałem rozpoczęte oświetlenie uliczne we wsi Będów odległej o 11 km. Było to w styczniu 1967 roku. Pewnego, bardzo mroźnego poranka, po kłótni z żoną, bez śniadania przygotowywałem się do podróży. Do motocykla przymocowałem trzymetrową, stalową rurę o śred. ľ cala. Zamiast plecaka założyłem na plecy worek na sznurach załadowany materiałem i narzędziem. Przez ramię zarzuciłem ogromny zwój aluminiowej linki napowietrznej, o przekroju 35mm.2. Z trudem odpaliłem motocykl i wyruszyłem w drogę. Podczas jazdy mroźny wiatr boleśnie smagał po twarzy. Po nocnej zawiei droga nie była jeszcze przetarta. Z wielkim trudem na otwartych polach pokonywałem śnieżne zaspy. Kiedy minąłem drugą wieś Sycowice, na otwartym polu były zaspy ciężko do pokonania z tak obładowanym motocyklem. Kiedy pokonywałem z kolei którąś zaspę, ze strachu struchlałem. Nie wiedziałem co czynię. Motor zgasł. Z przeciwnej strony zbliżał sie do mnie na motorze najgroźniejszy milicjant z drogówki z Krosna/O. Nazywał się Ćwirko. Za nie przestrzeganie przepisów na drodze każdego surowo karał. Zatrzymał motor. Podszedł do mnie. Zmierzył oczami obładowane straszydło na drodze. Jak nie wrzaśnie – Dokumenty! - Spojrzałem na jego surową twarz. Ze strachu rozpłakałem się. Kiedy zobaczył moje łzy, które od siarczystego mrozu natychmiast pokrywały się szronem, jego surowość twarzy złagodniała. Chyba pomyślał, że ja z takim poświęceniem, w tak trudnych, niebywałych warunkach jadę do tak ciężkiej pracy na siarczystym mrozie. Szukałem dokumentów po wszystkich kieszeniach. Przypomniałem, że ich nie zabrałem. Oświadczyłem dla "władzy", że po kłótni z żoną i z żalu jak mnie traktuje dokumentów zapomniałem zabrać. Oczekiwałem więc na surową karę. Milicjant zdjął rękawice. Chuchając w ręce spisał moje dane. Po tej czynności powiedział: - Nie bardzo wierzę w pana bajeczki, ale to może być i prawda. - Oświadczyłem mu, że nasz dzielnicowy z Ciborza pan Sobczak wiele o mnie wie i z pewnością poświadczy moją uczciwość. - Właśnie tam jadę. Nie będę pana karać. Ukarałeś człowieku sam siebie poświęcając się w takich warunkach w trosce o rodzinę. Radzę panu, byśmy się więcej nie spotkali w takich okolicznościach i z takim rynsztunkiem. - Pomógł mi wypchać motocykl z zaspy. Czekał aż odpalę i odjadę. Po drodze znów rozpłakałem się z żalu. Na smagającym, mroźnym wietrze łzy zastygały na twarzy. Jadąc wycierałem je skórzaną rękawicą oblodzoną zamarzniętymi łzami. W swojej świadomości nie mogłem się pogodzić. Dlaczego całkiem obcy, tak groźny człowiek, postrach kierowców współczuł moim poświęceniom i postąpił tak godnie? Dlaczego najbliższa sercu osoba, nigdy nie chciała okazać takiego gestu? Tego samego dnia miałem drugą przygodę: Kiedy już byłem w Będowie, motocykl zaparkowałem przy sklepie. Kupiłem paczuszkę ciastek. Po posiłku. wziąłem się za ciężką i niebezpieczną pracę. Mróz nieco zelżał. Zaczął obficie padać śnieg. Po ogrodach i płotach rozciągałem przewód. Potem podwieszałem go na hakach na słupach betonowych. Linia była pod napięciem. Ten przewód oświetleniowy biegł pod nią. Na słupie krańcowym, w podwórzu gospodarza wielokrążkiem naciągałem przewód. Podczas tej czynności moja głowa znajdowała się na poziomie przewodu pod napięciem. Słupołazy przylegały do taśmy uziemiającej słup. Podczas wysiłku naciągania przewodu odchyliłem się nieco. Uchem dotknąłem przewód pod napięciem. Prąd poraził mnie jak piorunem. Przebiegł przez całą długość ciała. Przytomności nie straciłem, ale poczułem bezwład i słabość. Myślałem, jak się oddalić od przewodu pod napięciem. Po kilku chwilach ciało powracało do władania. Do słupa byłem przypięty pasem. Jedną nogą uwolniłem słupołaz od słupa, by go zahaczyć niżej. Z braku kondycji zahaczyłem go nie prawidłowo. Kiedy uwolniłem drugi, po obmarzniętym słupie z hukiem zjechałem na dół. Gospodarz będąc na podwórku był świadkiem tego wydarzenia. Szybko podbiegł do mnie. Odpiął pas i uwolnił mnie od słupa. Obdarta ręka i czoło krwawiły. Trzęsło mną. Nie mogłem się podnieść. Gospodarz, bodajże nazywał się Jankowiak. Podniósł mnie i powoli doprowadził do domu. Odpiął mi pas. Kazał położyć się na kanapie, bym odpoczął i doszedł do siebie. Jego żona na leżąco opatrzyła mi nie groźne rany. Gdy już poczułem się lepiej, usiadłem. W tym momencie od gospodarza i gospodyni oberwałem wielkie łajanie, że w takich trudnych warunkach wykonuję tak ciężką i niebezpieczną pracę. Życzliwa kobieta zadbała o ciepłą herbatę i ciasto. Podczas poczęstunku wypytywała mnie wszystko o mojej rodzinie. Jedno jej pytania zapamiętałem na zawsze: - Czy córeczki przymierają głodem, że aż tak musi się pan im poświęcać? - Odpowiedziałem:- Po prostu, że to tylko ojcowska miłość i troska do tego zachęca. Przy pożegnaniu podziękowałem gospodarzom za miły, opiekuńczy i życzliwy gest. Przez czterdzieści cztery lata kadencji elektryka miałem mniejszych i większych porażeń prądem elektrycznym nie do zliczenia,. A także łącznie z porażeniem przez 15.000 V, które opisałem w książce "DZIEJE NAD STRUMYKIEM".

Sergiusz Jackowski

Tagi:

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

2 komentarze do artykułu “Sergiusz Jackowski – Niewdzięczny los”

  1. mic

    Bardzo interesujące były Pana zmagania z szarą komunistyczną rzecywistością. Podziwiam w Panu hart ducha i to , iż znalazł równnież w tym niesamowitym swoim życiu miejsce….. na POEZJĘ. Serdecznie Pana pozdrawiam i życzę duuużo zdrowia !

  2. Cezary Woch

    Z niecierpliwością oczekujemy na wydanie książki Pana Sergiusza Jackowskiego. Stosowne decyzje już zapadły, a ja mam obiecany autograf od Autora…

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.