Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Wigilia z pułkownikiem – część 10

Woroszyłow

źródło zdjęcia: sxc.hu

NIESPODZIEWANY GOŚĆ Pod koniec lata 1940 roku, zbliżała się dwudziesta (po zwycięstwie Wielkiej Rewolucji) rocznica istnienia naszej uczelni. Otrzymaliśmy depeszę z Moskwy, że na cześć ważnego wydarzenia, na polecenie Woroszyłowa przyjedzie delegacja. Przez kilka dni przygotowywaliśmy się do jej przyjęcia. Kiedy nadszedł ten dzień, pod uczelnię podjechały trzy limuzyny. Ja z dyrektorem wyszliśmy na spotkanie z ważnymi gośćmi. Zdziwiłem się kiedy zobaczyłem wysiadającego z pierwszej limuzyny barczystego pułkownika. Był nim mój były anioł stróż kapitan Jermołow. On też od razu mnie poznał. Gdy do nas się zbliżył, dyrektor pułkownik Łomski zameldował pułkownikowi Jermaołowowi gotowość uczelni na przyjęcie moskiewskich gości. Po przywitaniu się z dyrektorem witałem się w uścisku z Jermołowem. Wywołało to u dyrektora lekkie zdziwienie. Jermołow zwierzył się dyrektorowi, że ja jestem jego przyjacielem. Po tak miłych wrażeniach, wszystkich gości zaproszono do środka uczelni. Dyrektor pułkownik Łomski przedstawił gościom swoich profesorów. Następnie zaproszono gości do suto zastawionego stołu. Potoczyła się rozmowa na temat jubileuszu uczelni. Po posiłku przeszliśmy do głównej auli uczelni, gdzie rozpoczęła się najważniejsza ceremonia. Na początku, pułkownik Jermołow odczytał dokument z Ministerstwa Obrony skierowany do dyrektora uczelni, pułkownika Łomskiego. Treść listu zawierała podziękowania za wieloletni trud kierowania uczelnią. Za wykształcenie wielu wybitnych fachowców zasilającej kadrę oficerską Armii Czerwonej. Ministerstwo z wielkim ubolewaniem kierowało 70 letniego dyrektora na zasłużoną emeryturę. Na koniec po wymienieniu zasług dyrektora pułkownik Jermołow udekorował go „Orderem Lenina”. Oklaski były ogromne. Drugi z kolei byłem ja. Pułkownik Jermołow odczytał dokument awansu mnie na podpułkownik i mianowanie na stanowisko dyrektora uczelni. Dekoracji szlifów dokonał sam Jermołow. Wręczył mi dokumenty potwierdzające awans i stanowisko dyrektora. Za zasługi nauczycielskie na uczelni, przy wielkim aplauzie kolegów, zostałem także przez niego udekorowany „Orderem Aleksandra Newskiego”. Ponadto wszyscy oficerowie otrzymali awanse o jeden stopień i zostali udekorowani medalami. Podsumowując ceremonię pułkownik Łomski podziękował władzy radzieckiej za troskę o lepszą przyszłość uczelni. Po tak doniosłej ceremonii, dla jej uczczenia wszyscy profesorowie wraz z gośćmi usiedli do biesiadnego stołu. Pierwszy toast był na cześć emerytowanego już dyrektora. Następny toast był skierowany do mnie. Wszyscy profesorowie wraz z moskiewską delegacją, życzyli mi na przyszłość jeszcze większych sukcesów w kierowaniu uczelnią. Gdy sala podczas biesiady zapełniła się gwarem, zwróciłem się do Jermołowa z zaproszeniem odwiedzenia Daszy i naszych dzieci. Pułkownik z radością przyjął zaproszenie. Przeprosiliśmy wszystkich biesiadników i wyruszyliśmy do mieszkania mojej rodziny, uprzedzając wcześniej telefonicznie Daszę. Na progu mieszkania czekała z niecierpliwością tak wspaniałego gościa, który przyczynił się do jej przyszłego szczęścia. W mieszkaniu uściskał moją żonę swoimi potężnymi ramionami. Podrzucał do góry jak piłeczki nasze dzieci. Nie odrywał oczu od Wiery i w żartach mówił: - Oj będzie z niej krasawica, a nie jeden oficer straci dla niej głowę. Cieszyło go nasze szczęście rodzinne. Był dumny że przyczynił się do tego. Jermołow dużo wiedział o historii mojego i Daszy życia, a my o jego prawie nic. Zwierzył nam się tylko że jadąc do Charkowa był z zamiarem, by pogłębić naszą przyjaźń. Pierwszy wzniesiony toast przez pułkownika wypiliśmy za szczęście mojej rodziny. Wkrótce poprosiłem przyjaciela, by opowiedział coś o swoim życiu. Dasza także nalegała, by opowiedział z jakich względów znalazł się z Wanią na Kamczatce, by ratować Miszy życie. Jermołow był w tarapatach. Zastanawiał się nad tym. Wreszcie nabrał odwagi pod warunkiem dyskrecji. Tak oto streścił historię swojego życia i wyprawę na Kamczatkę... „Ja i Wania Dunin pochodziliśmy z miasta Kazań. Mieszkaliśmy na jednej ulicy i uczęszczaliśmy do jednej szkoły. Jesteśmy rówieśnikami i oddanymi przyjaciółmi od małego dziecka. Nasi ojcowie jako robotnicy pracowali na kolei. Brali udział w rewolucji i oboje za nią zginęli. Ja także z Wanią, jako bardzo młodzi ludzie braliśmy udział w rewolucji. Cały czas przebywaliśmy w Kazaniu przy stacji kolejowej. Pilnowaliśmy zdobytych, carskich magazynów żywnościowych, by ich nie rozkradała miejska biedota. Wielu takim biedakom ratowaliśmy życie przed głodem. Pomimo srogich zakazów, gdy tylko nadarzyła się okazja rozdawaliśmy ją. Byliśmy zadowoleni ze swojej pomocy. Po zwycięstwie czerwonogwardzistów, leninowska władza bardzo troszczyła się o młodych rewolucjonistów, a tym bardziej o sieroty, których ojcowie oddali za nią życie. Kierowano ich do najlepszych szkół Nauka trwała w trybie przyśpieszonym z konieczności potrzeby kierowniczych kadr. Ja z Wanią ukończyliśmy Akademię Wojskową w 1924 roku. Przez rok byliśmy na niej wykładowcami. W roku 1926 Woroszyłow został Najwyższm Komisarzm Ludowym. Poszukiwał odpowiednich ludzi do swojego urzędu. Zainteresował się naszymi życiorysami. Zostaliśmy wcieleni do jego służby bez pytania się o naszą zgodę. Poznaliśmy metody pracy i paragrafy za różne przestępstwa. Byliśmy przerażeni. Wycofać się z tego nie mieliśmy żadnych szans. Po roku mianowano nas na funkcje inspektorów Obłastnych ( wojewódzkich) Komisariatów. Wojewódzcy komisarze z wyższą rangą od nas prężyły się przed nami. Czuliśmy się, że posiadamy wielką władzę. Nie mieliśmy z niej żadnej satysfakcji. Byliśmy uczuleni na ludzkie krzywdy spowodowane przez miejscowych komisarzy. Podczas inspekcji sprawdzaliśmy akta skazanych. Wielu nieszczęśnikom łagodziliśmy kary. Niektórzy wojewódzcy komisarze sprzeciwiali się naszym działaniom i pisali skargi do Woroszyłowa Po otrzymaniu kilku takich skarg, nasz zwierzchnik zwołał posiedzenie komitetu. Padały różne opinie. Czuliśmy oboje, że nasza kadencja w NKGB będzie zakończona. Jeden pułkownik zaproponował, by nas zdegradować do szeregowców i wyeliminować z szeregów władzy Związku Radzieckiego. Połowa członków posiedzenia propozycji tej nie poparła. Do Woroszyłowa więc należała ostatnia decyzja. Najwyższy komisarz wygłosił więc mowę. Wynikało z niej,że ludzi zasłużonych w rewolucji i poświęcenia dla niej życia ich ojców nie możemy tak surowo karać. Członkowie komitetu aplauzem poparli decyzję swojego zwierzchnika' Ukarano tylko Wanię, który mnie chronił i wziął całą odpowiedzialność na siebie. Otrzymał karę pozbycia się należnego awansu na kapitana. Ja natomiast otrzymałem tylko naganę. Obaj przed zebranym komitetem musieliśmy przyrzec, że nie podejmiemy w przyszłości szkodliwego działania przeciw zasadom NKGB. Wkrótce po tym wydarzeniu Woroszyłow znowuż zwołał posiedzenie wszystkich oficerów swojego komisariatu. Krótko przedstawił zasługi carskiego pułkownika Grygoria Puryna, który przyłączył się podczas rewolucji do armii czerwonogwardzistów. Opowiedział o jego bohaterskiej śmierci wraz ze swoim synem Piotrem. Najwyższy komisarz mówił dalej: - O takich zasłużonych bohaterach władza Związku Radzieckiego musi pamiętać. Dla tego chcę, by między Wami znalazło się dwóch ochotników w podróż na Kamczatkę. Tam przebywa na zesłaniu drugi syn pułkownika Michaił Puryn. Był on także carskim oficerem. Ja jako przyjaciel pułkownika Grigoria Puryna, nie mogę zapomnieć jego zasług w czasie rewolucji. Za jego najwyższą ofiarę dla niej moje sumienie nakazuje, by jego syna Michaiła sprowadzić do mnie do Moskwy. Wiem, że ta droga będzie daleka i uciążliwa dla tych, którzy wyrażą chęć dokonać tego czynu. Czekam więc na zgłoszenie się dwóch ochotników do dokonania tej misji. Na sali wśród zebranych zapanowała cisza. Nikt się nie zgłaszał. Woroszyłow srogim wzrokiem patrzył na zebranych. W tym momencie Wania spojrzał na mnie a ja na niego. Uśmiechnęliśmy się wzajemnie. Ten uśmiech był naszym, wspólnym wyrażeniem zgody do ratowania jeszcze jednego człowieka. Wania natychmiast zgłosił swą kandydaturę, a po nim zgłosiłem się ja. Twarz komisarza rozchmurzyła się. Przywołał nas do mównicy. Przed wszystkimi zebranymi podziękował nam serdecznie. Kazał zgłosić się do kancelarii komisariatu po odpowiednie dokumenty. Na koniec życzył nam szczęśliwej i owocnej podróży. Na drugi dzień żegnaliśmy się ze swoimi rodzinami i zapłakanymi żonami, które z niepokojem przyjęły naszą decyzję. Z Moskwy misję swoją rozpoczęliśmy aerofłotem. Gdy maszyna już była w powietrzu, poczuliśmy się wolni, że na dłuższy czas pozbyliśmy się niewdzięcznej służby. Dręczyła nas tylko tęsknota za swoimi rodzinami. Podróż samolotem a później statkami trwała kilka tygodni. W Pietropawłowsku zgłosiliśmy się na komisariat NKGB. Wyjaśniliśmy cel swojej podróży. Zabraliśmy za potwierdzeniem akta skazańca. W porozumieniu się z urzędem rybackim została określona szerokość geograficzna, na której znajduje się poszukiwany statek z daną osobą. U władz Marynarki Wojennej zarezerwowaliśmy łódź patrolową. Po pięciu godzinach odnaleźliśmy swój cel Ja z Wanią byliśmy przerażeni, kiedy odnaleźliśmy Ciebie w beznadziejnym stanie. Byliśmy świadomi, że nasza misja będzie bezowocna, nie taka jakiej nam życzył Woroszyłow. Przez cały czas, aż do odzyskania Twojej przytomności byliśmy w panice, że będziemy wracać z niczym. Przez kilka dni w szpitalu w Pietropawłowsku czuwaliśmy nad Tobą w zakłopotaniu i beznadziejności nad twoim życiem. Kiedy lekarz Lewuszyn zapewnił nas, że wrócę w pełni do zdrowia, czuliśmy się szczęśliwi jak po oficerskim awansie. Ze zdziwieniem obserwowaliśmy Waszą miłość. Teraz przepraszam bardzo, że na jakiś czas musieliśmy Was rozdzielić. Ze względu na Twój stan zdrowia musieliśmy to uczynić”. W tym momencie Dasza rzuciła się na szyję swojego dobroczyńcy. Gorąco całując przyjaciela dziękowała mu za wszystkie tak wspaniałe czyny. Za tak piękne słowa i za tak wielkie uczucia. Czas upływał. Służba przyjaciela ponaglała na powrót do Moskwy. Przed pożegnaniem powiedział: - Nie zdążyłem Wam o wszystkim opowiedzieć. Przy następnym spotkaniu w Moskwie opowiem Wam ciekawą historię, jak się zapoznałem ze swoją żoną. Myślę, że będziemy wesoło się bawić. Mam drugi ciekawy temat. Opowiem go w Moskwie, jakim sposobem udało nam się z Wanią opuścić niewdzięczną służbę w NKGB. A stało się to wtedy, kiedy Woroszyłow został mianowany na stanowisko ministra obrony. Ostatnie jego słowa brzmiały: - Dziękuję Wam bardzo za lekcję w pietropawłowskim szpitalu. Ona mnie nauczyła i potwierdziła, że w życiu człowieka największym bogactwem jest prawdziwa miłość. Cieszę się bardzo, żeście docenili jej walory. Życzę Wam, byście w niej trwali przez całe życie. Jermołow zostawił nam swój moskiewski adres i koniecznie zapraszał nas na następne wakacje w odwiedziny do siebie. Zapewniał nas także, że podpułkownik Wania Dunin, który nadal z nim pracuje, ucieszy się na pewno niespodzianką naszych odwiedzin.

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.