- sycowice.net - http://sycowice.net -

Wigilia z pułkownikiem – część 6

kamczatka

źródło zdjęcia: sxc.hu

MIŁOŚĆ Z KAMCZATKI Gdy odzyskałem przytomność, leżałem w luksusowej pościeli. Obok mnie siedział lekarz ze słuchawkami zawieszonymi na szyi. Z drugiej strony łóżka stał kapitan z NKGB, który przed utratą przytomności na statku złożył mi niedorzeczny meldunek. Byłem w szpitalu w Pietropawłowsku. Gdy spojrzałem na lekarza powiedział mi: - Wszystko będzie dobrze. Spojrzałem na kapitana, który stał po drugiej stronie łóżka i z uśmiechem powiedział: - Woroszyłow z Was zrobi jeszcze kamandira. Czułem się bardzo słabo, nie mogłem rozmawiać. W myślach bez rezultatu rozwiązywałem niepojętą zagadkę. Pogrążonego w myślach opanował mną sen. Gdy się obudziłem i otworzyłem oczy, myślałem, że nadal śpię. W tym cudownym śnie widziałem piękną dziewczynę z czarnymi warkoczami zwiniętymi w o kół głowy. Stała pochylona nade mną i wpatrywała się ze współczuciem w moją zniszczoną twarz. Wydawało mi się, że mam skrępowane ręce i zakneblowane usta. Chciałem dla niej uczynić jakiś miły gest. Byłem bezsilny. Mogłem jedynie tylko na nią patrzeć. Wkrótce uświadomiłem sobie, że to nie sen lecz jawa. Przez prawie trzy lata nie widziałem kobiety. Pielęgniarka Dasza, bo tak miała na imię, czuwała podczas mojego snu. Gdy się obudziłem, natychmiast wybiegła. Za moment wróciła w asyście lekarza i lejtnanta Dunina, tego samego, który z kapitanem Jermołowem eskortował mnie chorego do Pietropawłowska. Przez lekarza zostałem zbadany. -No i jak z jego zdrowiem? - spytał lejtnant lekarza. - Mam nadzieję, że będzie dobrze, - padła odpowiedź. Zaraz po badaniach lekarz z pielęgniarką wyszli. Czuwał przy mnie tylko anioł stróż w mundurze NKGB. Za kilka minut powróciła moja piękność z tacą medykamentów. Czymś delikatnie nacierała moją potwornie wyglądającą twarz oraz ręce. Potem poczułem ukłucie. Patrząc na nią, znowu zapadałem w głęboki sen. Gdy się obudziłem, siedział przy mnie drugi anioł stróż, kapitan Jermołow. Z uśmiechem odezwał się do mnie: - Wy długo spaliście. Potrzebujecie czegoś? Podziękowałem mu za troskliwość i poprosiłem o wodę. Kapitan szybko wyszedł i zaraz powrócił z lekarzem oraz pielęgniarką, która usiadła przy mnie i przyłożyła szklankę z płynem do ust. Następnie zostałem znowu zbadany. Lekarz zakładając słuchawki na szyję powiedział: - No Puryn, masz szczęście, że ci oficerowie w czas się Tobą zaopiekowali. Żeby nie oni, byłbyś już za burtą. Być może los Ci jeszcze przeznaczył wiele ziemskich spraw do załatwienia. Kiedy lekarz wyszedł, zjawiła się moja piękna nieznajoma. Zrobiła mi zastrzyk. Delikatnie posmarowała moją zniszczoną twarz i wyszła. Patrzyłem na nią jak odchodziła, zachwycając się jej ruchami. Siedzący obok mnie lejtnant dostrzegł moje zainteresowanie i zapytał: - Wspaniała, co? - Bardzo, ale ja mogę tylko o niej marzyć. - Wszystko jeszcze przed Tobą. Znajdziesz jeszcze niejedną piękność. Po chwili dziewczyna wróciła z talerzem zupy i postawiła go na szafce przy łóżku. Pomogła mi się podnieść i zapytała: - Jak Ci na imię? - Misza. - A ja Dasza. Poprawiła poduszkę i zaczęła mnie karmić jak niemowlaka. Wpatrzony w nią jak dziecko w matkę połykałem podawaną strawę. Nagle z powodu jej troski i wrażeń w moich oczach pojawiły się łzy. - A Ty czego płaczesz? - Ze szczęścia. Jem smaczną zupę, o której marzyłem przez ponad 13 lat. Pierwszy raz w życiu patrzę w tak piękne oczy dziewczyny. Oprócz tego żal rozrywa moje serce. Tego żalu Ty Dasza nigdy nie zrozumiesz. Pielęgniarka odstawiła talerz i wycierała moje łzy. Lejtnant dostrzegł, że między mną a Daszą rodzi się coś wielkiego. Wyszedł. - Misza, ja wszystko wiem i rozumiem. Kapitan Jermołow opowiadał nam o Twojej katordze. Mój ojciec także przeżywał to co Ty i dlatego ja także znalazłam się na Kamczatce. Mój ojciec przed rewolucją posiadał własny, pasażerski parostatek. Zatrudniał kilku marynarzy. Każdego lata z bliższych i dalszych okolic Syberii do Ułan Ude przybywali turyści. Ojciec zabierał ich w dwutygodniowy rejs. Turyści zwiedzali rzekę Solengę, jezioro Bajkał w szerz i wzdłuż. Zwiedzali duże miasta jak Irkuck, Angarsk i inne. Ogromną rzeką Angarą dopływali aż do nieprzebytego progu „Padun”. Gdy ojciec wracał z rejsu, zasypywał prezentami mamę i mnie. Ostatnim prezentem od ojca przywiezionym z zabajkalskich gór był kotek, uszyty z futerka szynszyla. Z tym prezentem, jako z maskotką nigdy się nie rozstawałam. Nazywałam go „ papik”, myśląc o moim papciu, który mnie bardzo kochał. Po tragicznych wydarzeniach rodziców, trafiłam do domu dziecka. Miałam wtedy 9 lat. Byłam zawsze smutna i zapłakana. Od tej chwili zawsze w myślach widzę obraz, jak moja mama upada rozstrzelana. Jak dla ojca nie pozwolono ze mną się pożegnać, Zabrano go o de mnie i pędzono pod bagnetem. W Ułan Ude ukończyłam szkołę pielęgniarską. Po jej ukończeniu wywieziono mnie aż na Sachalin. Pracowałam tam w szpitalu w Aleksandrowsku. Po dwóch latach pobytu na Sachalinie przywieziono mnie na Kamczatkę. Upokarzające moje akta, podążały zawsze za mną jak cień. Figuruję w nich jako dziecko wywodzące się z burżuazji. Tu na Kamczatce mam pozostać do końca swego życia. Wiem, że Ty Kamczatkę musisz opuścić. Nasze zapoznanie się i pierwsza wielka miłość przysporzy mi cierpień i pozostawi jedynie najpiękniejsze wspomnienia szczerych wyznań miłosnych na szpitalnym łóżku. - Moja najdroższa, los, który mnie czeka jest wielką rewolucyjną tajemnicą. Przypuszczam i mam wielką nadzieję, ze nasz los się odmieni. Jeżeli moi struże strzegą mnie jak oka w głowie, to bądź pewna, że w przyszłości postaram się byśmy byli na zawsze razem. A gdy to nastąpi będę Cię także strzegł jak oka w głowie. Po tych wyznaniach rozżalona i ze łzami w oczach Dasza chwyciła mnie w objęcia. Taką to scenę miłosną zastał kapitan wchodzący do mojej sali. - A Ty co Dasza, chcesz go zabić, a nas Woroszyłow ma rozstrzelać? Puryn winien spokojnie wypoczywać, a Ty nie powinnaś się tu więcej pokazywać! Tuż za kapitanem wszedł lekarz. - A ty kapitanie czego tak ryczysz. Czy nie rozumiesz, że to ich pierwsza, wielka miłość w życiu? Kapitan zbity z tropu przez lekarza znów zaczął krzyczeć. - Cuda, czort nie rozumie, skąd wzięła się taka miłość! Dasza zmieszana szybko wybiegła z talerzem z sali. Lekarz znowu mnie zbadał. - No i patrz. - Zwrócił się lekarz do kapitana – za parę dni, chory będzie gotowy do żeniaczki. - Przepraszam, - powiedział kapitan, - ale ja za jego życie odpowiadam. - Nie obawiaj się, - powiedział lekarz i wyszedł. Zrobiło się ciemno i cicho. Świeciło tylko małe światełko, przy którym kapitan czytał gazetę. Ja wciąż myślałem o Daszy. Marzyłem, by jak najszybciej się zjawiła. W końcu odważyłem się zadać kapitanowi pytanie. - Co to wszystko znaczy? Dlaczego mój los tak się odmienił? Kapitan uśmiechnął się i rzekł: - Spokojnie, to tajemnica wojskowa. W Moskwie wszystkiego się dowiesz. Skoro to było tajemnicą wojskową, więc na ten temat nie zadawałem więcej pytań. Przez następny cały dzień Dasza mnie nie odwiedzała. Kapitan zabronił jej odwiedzin do czasu gdy zacznę chodzić. Zastąpiła ją także miła, ładna blondynka. Z tęsknoty za Daszą, by jak najszybciej ją zobaczyć, wstałem z łóżka i opierając się o nie poruszałem się posuwając nogami. Kapitan bacznie mnie obserwował. Na chwilę przestałem się opierać o łóżko i oddaliłem się od niego kilka kroków. Czułem, że jeszcze jestem słaby. Aby nie upaść, zrezygnowałem z dalszych kroków. Gdy się położyłem, kapitan powiedział: - Widzę, że z Tobą wszystko w porządku. Chyba miłość Daszy przyśpieszy Ci leczenie. Zaraz po mojej próbie chodzenia wszedł lejtnant i zapytał kapitana: - Jak się czuje chory? - Nieźle - odpowiedział kapitan. - No tak, chory ma się dobrze, a Dasza siedzi i płacze. Nic nie jadła przez cały dzień. - A czort ich zrozumie, - powiedział kapitan i zaraz obaj wyszli. Minęło kilka minut, gdy pojawiła się Dasza. Zapłakana z tęsknoty i radości chwyciła mnie w objęcia i całowała mnie bez końca. Oboje wiedzieliśmy, że do mojego wyjazdu żadna siła już nas nie rozdzieli. Od tej chwili Dasza odwiedzała mnie wiele razy dziennie. Gdy tylko wchodziła, stróże opuszczali moją salę. Po kilku dniach wychodziłem już z Daszą na spacer. Nikt nas nie pilnował. Żadne z nas dotychczas nie wiedziało, że na świecie może istnieć tak wielka miłość. Kochałem Daszę więcej niż swoje nic nie warte utrudzone życie. Tuliłem ją i pieściłem. Płakaliśmy oboje z niepewności. Z trwogą czekaliśmy na nieuniknione rozstanie. Przyrzekaliśmy, że będziemy na siebie czekać choćby do końca życia. Przysięgaliśmy sobie dozgonną i wierną miłość. Po tygodniu nabrałem sił. Ubrano mnie w piękny, nowy garnitur. Dasza zachwycała się mną. Kapitan i lejtnant byli zadowoleni. Patrząc na nas, cieszyli się z naszej niespotykanie wielkiej miłości. Lekarz Lewuszyn był dumny, że przyczynił się do powrotu mojego zdrowia. Był szczęśliwy, kiedy patrzył na nasze szczęście. POŻEGNANIE Z KAMCZATKĄ Nadszedł wreszcie dramatyczny, pożegnalny dzień. Szedłem z Daszą na przedzie do portu. A z tyłu za nami szedł cały orszak szpitalnej obsługi. Obok nas szli moi stróże. Na redzie ostatni raz patrzyłem w cudowne, zapłakane i pełne trwogi oczy. Żegnałem się z bardzo życzliwą obsługą szpitalną. Kiedy już miałem ruszyć na pokład statku, Dasza upadła na kolana, objęła moje nogi i lamentowała, że umrze i nie doczeka się mnie. Chwyciłem ją za ramiona i podniosłem. Całowałem i zapewniałem ją, że długo za mną nie będzie tęsknić. Lekarz Lewuszyn podszedł do nas i wziął Daszę pod rękę. Jego oczy także błyszczały od łez. Wszyscy płakali. Kapitan z pokładu okrętowego ponaglał, by zakończono pożegnanie. Odczepiano cumy. Wbiegłem na pokład. Gdy już byłem przy swoich aniołach stróżach, kapitan powiedział: - Oj Puryn, coś Ty narobił! Ja takiej miłości jeszcze nie widziałem! - Sam nie wiem i nie rozumiem skąd to się wszystko wzięło. Opuszczałem Kamczatkę. Z pokładu statku patrzyłem na jej kawałeczek bezcennego mojego życia. Była nim moja Dasza. Patrzyłem jak ona zapłakana, otoczona swoimi przyjaciółmi znika we mgle razem z niezapomnianym kawałeczkiem świata. W czasie długiej morskiej podróży cały czas rozmyślałem o Daszy. O swojej rodzinie. Czy ktoś jeszcze z niej żyje? O rodzicach Daszy, którzy przeżywali rewolucyjną tragedię. O sieroctwie swojej ukochanej. Myślałem dniami i nocami, gdy tylko dostanę jakieś mieszkanie, w jaki sposób ściągnąć cierpiącą Daszę z zesłania. Miałem nadzieję, że zapoznam się z przyjaciółmi, którzy pomogą mi w tej sprawie. Celem mojego życia stała się tylko Ona. Dręczyło mnie przez cały czas jak moja zagadkowa tajemnica zostanie rozwiązana. Po wielodniowej podróży przypłynęliśmy do Nikołajewska. Dalej statkiem rzecznym płynąłem znowu Amurem, lecz w odwrotnym kierunku. W Chabarowsku przesiedliśmy na łódź patrolową pogranicza. Obserwowałem jak skazańcy w porcie nadal ładowali budulec na promy. Z portu Błagowieszczeńsk jechaliśmy samochodem na lotnisko. Po drodze do Moskwy lądowaliśmy w Irkucku, Nowosybirsku i Czelabińsku. Z wielką goryczą wspominałem i obserwowałem z lotu ptaka te strony, gdzie byłem w pogardzie, poniewierany razem z moimi kolegami, którzy w męczarniach ginęli przez bezduszną,”rewolucyjną władzę”. Na tej bezkresnej Syberii została rozsiana moja bezpowrotna trzynastoletnia młodość.

Sergiusz Jackowski