Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Wigilia z pułkownikiem – część 1

Sergiusz Jackowski

źródło zdjęcia: www.jackowski.boo.pl

OD AUTORA W 1945 r. miałem zaszczyt siedzieć razem z rosyjskim oficerem za stołem wigilijnym i wysłuchać jego szczerych zwierzeń. Niezwykły los pułkownika i tragedia jego rodziny pozostała w mojej pamięci.  Po dwudziestu latach przypominając jego opowiadania za „stołem wigilijnym” spisałem. Notatki odłożyłem z myślą, by na starsze lata mając czas napisać o tych wydarzeniach opowieść. Ze względu na odległy czas dla utrzymania dramaturgii wprowadziłem kilka fikcyjnych nazwisk bohaterów oraz dla ciągłości opowiadania niektóre zdarzenia, fakty i szczegóły zostały nieco rozbudowane. Miłość pułkownika w tej opowieści nie mogłem pominąć. Była ona dla niego najważniejszym, najcenniejszym, i najpiękniejszym fragmentem jego życia. Trwała o dwa lata krócej od katorgi. Był On człowiekiem skromnym i nie pogardził naszą skromnością. Był ofiarą rewolucji i II Wojny Światowej. Współczuwał ludziom, którzy niewinnie cierpieli, bez względu na ich narodowość i na ich zamożność. Kochał swoją Ojczyznę  i nade wszystko swoją rodzinę. Ta opowieść została pozytywnie oceniona w recenzji wykonanej przez dr Zbigniewa Mazura z Instytutu Zachodniego w Poznaniu. WSTĘP Po wojnie, jako repatrianci przybyliśmy na „Ziemie Odzyskane”. Opuściliśmy swoją Ojczyznę na wschodnim cyplu przedwojennej Polski. Długie poszukiwania odpowiedniego, wolnego gospodarstwa zakończyliśmy w lipcu 1945 roku. Trafiliśmy do Międzylesia w powiecie świebodzińskim. Zajętym, poniemieckim gospodarstwem cieszyliśmy się tylko kilka dni. Na początku sierpnia w Międzylesiu zahuczało ciężkimi pojazdami wojennymi. Po zakończeniu działań wojennych, po wypoczynku i uzupełnieniu różnymi rozbitkami, dywizja artylerii Armii Czerwonej opuściła Berlin i wyruszyła do Polski. Zajęła puste koszary w Ciborzu oraz zagospodarowała kilka odległych, poniemieckich majątków. W Międzylesiu zakwaterowało się dowództwo dywizji, a w naszym domu we wszystkich trzech pokojach zamieszkał pułkownik Puryn ze swoim kierowcą Wanią. Tylko pozostałe pomieszczenia w domu jak kuchnia i budynki gospodarcze były dostępne dla nas. Pokój dla odpoczynku oraz noclegów przydzielono nam w innym miejscu. Czas płynął. Musieliśmy się przyzwyczaić do niewygody oraz nieproszonych lokatorów. Pierwsza zima w Międzylesiu była śnieżna i mroźna. Zbliżało się Boże Narodzenie. Gdy nadszedł wigilijny wieczór rodzice tak jak mogli przygotowywali tradycyjną wieczerzę. Ojciec przyniósł ze stodoły trochę siana w koszyku i cieniutko rozesłał po całym kuchennym stole. Mama przykryła całość białym obrusem. Na talerzach znalazło się kilka najważniejszych tradycyjnych dań. Ja ze siostrą pierwsi siadaliśmy do stołu. Wtedy mama zwróciła się do ojca: - Zanim usiądziemy do wieczerzy wigilijnej, czy nie wypada zaprosić do stołu pułkownika? (Kierowca Wania w tym czasie był gdzieś w podróży). - Masz rację, ale sama widzisz jaki on nieprzystępny - odparł ojciec. Pułkownik zawsze był ponury i nie okazywał nigdy żadnej przyjaźni. Posiadał zbójecki wygląd i odpychającą twarz ze zniekształconą górną wargą pełną zrostów i blizn. Po krótkim namyśle ojciec nabrał odwagi i ruszył do pokoju oficera. Zapukał. Pułkownik osobiście otworzył drzwi, a następnie zaprosił ojca do siebie. Po krótkiej rozmowie ojciec wrócił i oświadczył, że pułkownik zaraz przyjdzie. Czekaliśmy z niecierpliwością. Gdy zaproszony gość się zjawił, zobaczyliśmy pierwszy raz uśmiech na jego twarzy. Oczywiście przyszedł z prezentem zawiniętym w papier i położył go na stole Po przywitaniu się z mamą oraz siostrą i mną, życzył wszystkim zdrowych, i wesołych Świąt. Poklepał mnie po plecach i powiedział: - No, Sierożka, jeszczo niemnożko i pajdziosz w armiu. Ucieszyłem się gestem pułkownika. Następnie rozwinął prezent. Kładąc dużą, piękną bombonierę przed mamą powiedział: – Eto dla Ciebia Chaziajka, dla Zinoczki i Sierożki. Tym prezentem byliśmy uszczęśliwieni. Od kilku miesięcy nie próbowaliśmy słodyczy. Do tego, takich frykasów w życiu nikt z nas nie widział na oczy. Na koniec piękną butelkę alkoholu podniósł do góry i powiedział: - Pazwolcie pastawić trofiejnuju! Stawiana półlitrówka przewracała się na nierównościach stołu. Ojciec pomógł ją postawić, usuwając w tym miejscu siano spod obrusa. Opłatka nie było. Ojciec wszystkim uczestnikom wieczerzy złożył życzenia świąteczne oraz noworoczne. To, co my jedliśmy, także jadł z apetytem pułkownik. Chwalił gospodynię za smacznie przygotowane dania. Po krótkim posiłku nawiązała się rozmowa. Ojciec opowiadał jak służył w carskim wojsku, jak przez całe swoje życie nie doznał dostatku. Wspominał o swoich dwóch synach, którzy jeszcze nie wrócili z wojennej zawieruchy. Mama długo zastanawiała się, czy do „trofiejnoj” postawić szklanki, gdyż w wigilijny wieczór nie wypadało pić alkoholu. ( Na Białorusi zwykli, prości ludzie nigdy nie pili alkoholu z kieliszków). Gdy już dwie szklanki stały, pułkownik sięgnął po trunek. Nalał po pół szklanki ojcu i sobie. Wzniósł pierwszy toast na zapoznanie się, życząc wszystkim wzajemnego zdrowia. Po wypiciu ojciec opowiadał dalej o swoim życiu. Pułkownik słuchał go z uwagą, zagryzając trunek kluskami z makiem i pierogami z farszem grzybowym. Gdy ojcu wyczerpał się nieco temat, pułkownik powiedział: - Nie bardzo Wam wiodło się w życiu. Przez wojnę też nie mało wycierpieliście. Teraz posłuchajcie o tym, co ja przeszedłem w swoim życiu. Z powagą i smutkiem w głosie zaczął opowiadać... REWOLUCJA Za cara mój ojciec był podpułkownikiem. Mieszkaliśmy w Carycynie (Stalingrad). Matka pracowała jako nauczycielka. Było nas troje rodzeństwa: miałem młodszego brata Piotra i jeszcze młodszą siostrę Katarzynę. Po ukończeniu Oficerskiej Szkoły Budowlanej w Saratowie, jako dwugwiazdkowego oficera skierowano mnie do Nowosybirska, do pułku artylerii. Tam otrzymałem zadanie, by z poborowych utworzyć kompanię budowlaną. (Wyjaśnienie: poborowi za cara służyli 3-5 lat. Pierwsze dwa lata musieli ciężko pracować dla ojczyzny). Wybrałem najlepszych fachowców budowlanych. Pierwszą moją budowlą był duży drewniany magazyn na potrzeby wojskowe przy stacji kolejowej w Nowosybirsku. Zaczynała się sroga, syberyjska zima, kiedy zakańczaliśmy ten budynek. Wybuchła rewolucja. W mieście zaczęła się rzeź. Robotnicy z narażeniem życia zdobywali broń bez broni nacierając nawałą na nasze koszary. Masowo ginęli. Tego samego dnia na stację kolejową wjechał długi pociąg, wypełniony cywilami w pełnym uzbrojeniu. Wszyscy ze wszystkich stron okrążeniem nacierali na nasze koszary. Mieliśmy silną obronę. Ciężkie karabiny maszynowe „maksimy” bezlitośnie kosiły nacierających. Natarcia nie powstrzymał nawet ogień artylerii. Robotnicy z Nowosybirska zdobyli magazyny z bronią, znajdujące się z drugiej strony koszar. Byliśmy okrążeni. Nacierających było coraz więcej. Nie nadążaliśmy ich zabijać. Na stanowiskach obronnych odczytano depeszę od generała Denikina, która głosiła, by walczyć za cara do końca, aż nadejdzie pomoc. Śnieżnobiałe pole walki zrobiło się szare od zabitych rewolucjonistów i carskich żołnierzy. Gdy cywile zajęli teren koszar, poddaliśmy się. Rozbrojono nas. Każdego oficera przeklinano i pluto w twarz. Przy zrywaniu pagonów każdy odczuł bolesne szturchańce. Po pohańbieniu godności, wszystkich jeńców zgoniono w szeregi. Pędzono nas w kierunku stacji kolejowej. Nie chciałem uwierzyć, że magazyn który budowałem, był zapełniany jeńcami z naszego pułku. Zmieściło się w nim jakieś 800 carskich żołnierzy. Budynek otoczono kordonem straży. Ta noc w moim życiu była najstraszniejsza. Wszyscy oczekiwaliśmy na tortury i śmierć. Nikt nie zmrużył oka. Wydawało nam się, że to nie jest rzeczywistość lecz jakiś koszmarny sen. Wielu żołnierzy było rannych. Rozrywali sobie koszule i robili opatrunki. Przez noc kilku umarło wzywając Boga. Gdy się już dobrze rozwidniło, do magazynu wszedł jakiś kamandir i krzyknął: - Wychodzić na zbiórkę. W kilku rzędach ustawiono nas w dwuszeregu. Kamandir krzyknął: - Oficerowie wystąp na środek! Dołączyć do jednego szeregu! W prawo zwrot! Naprzód marsz! Stój! W lewo zwrot! Zdejmować płaszcze i rzucać na kupę! Przy magazynie bez płaszczy staliśmy pod strażą. Szeregowych oraz podoficerów pognano na miasto. Rewolucjoniści z koszar przyciągnęli „maksima”. Czas mijał. Czuliśmy, że zbliżała się śmierć. Stojąc na mrozie dygotaliśmy z zimna. Każdy czekał, by jak najprędzej z nim skończyli. Kamandir i strażnicy nerwowo chodzili bez przerwy, jakby w oczekiwaniu na coś lub kogoś. Obsługa karabinu maszynowego paliła skręty i rozgrzewała się waląc rękami o ramiona. Zwyciężeni oficerowie z całego pułku stali w bezruchu, więc drętwieli z zimna. Niektórzy zziębnięci płakali, a łzy zamarzały im na twarzach. W mojej głowie zapanował chaos. Nie wiedziałem, co myśleć. Chwiałem się jak drzewo na wietrze. Chciałoby się upaść i zamarznąć. Przestałem myśleć o rodzinie, o matce. Głowa moja coraz bardziej zwisała. Odgłos nadjeżdżającego pociągu od strony Omska uniósł wszystkie głowy do góry. Zatrzymał się tuż przy magazynie. Był to pociąg pancerny. Jechał w nim Główny Sztab Rewolucji Zachodniej Syberii. W asyście sztabowców z pociągu wysiadł wysokiej rangi komisarz. Na spotkanie z nimi podążył kamandir. Stanął przed zwierzchnikiem na baczność i zameldował: - Towarzyszu komisarzu, major Szwiernik melduje gotowość obsługi „maksima” do egzekucji! Komisarz podziękował majorowi i zbliżył się do naszego szeregu. Powoli przeszedł przed całym szeregiem zaglądając każdemu jeńcowi w twarz. Wypatrzonym ofiarom kazał wystąpić. Byli to: podpułkownik - dowódca pułku i major - szef sztabu. Po skończonym przeglądzie komisarz dał rozkaz dwóm oficerom: - Dołączyć! W prawo zwrot! Naprzód marsz! Stój! W lewo zwrot! Po wydanej komendzie ofiary znalazły się poza naszym szeregiem. Komisarz zwrócił się w stronę obsługi „maksima”. Ręką wskazał cel i wykrzyknął: - Ognia! Z „maksima” padła seria. Patrzyłem, jak na naszych oczach, umierali moi dowódcy. Podpułkownik Kiryłow upadł od razu. Major Jegorow jeszcze stał. Patrzył na nas. Jedną ręką trzymał za ranę na brzuchu, a drugą rękę uniósł powoli na pożegnanie z nami. Po chwili zamknął oczy, zachwiał się i upadł. Komisarz odwrócił się do nas i wykrzyknął: - Dalszej egzekucji nie będzie! Dotychczas my pracowaliśmy na was, a teraz wy będziecie pracować na nas. Było jasne, ze czeka nas katorga. Oprawca wyjął z raportówki carską nahajkę i powiedział: - Ta nahajka ma dwa końce. Podniósł ją do góry i wskazał: - Tym końcem bito nas, a tym drugim będziemy bić was. Podszedł od końca szeregu i krzyknął: - Za cara! Zaczął po jednym razie każdego uderzać po głowach. Gdzie rękojeść trafiła, tam znak pozostał na zawsze. Od potężnych ciosów, kilku oficerów upadło. Z trudem podnosili się na nogi. Zmachany komisarz był już blisko mnie. Nahajkę wręczył zastępcy i krzyknął: - Zakończyć! Drugi oprawca był zdrowszy. Jeszcze potężniej bił na oślep. Pułkownik wskazał na swoją zdeformowaną wargę i dwa wybite zęby, które później zastąpił złotymi. Ze smutkiem powiedział... - “Oto jest mój znak rewolucji”... Po bolesnych ciosach kazano nam ubrać płaszcze. Zaczęła się zamieć. Od mroźnego wiatru wszyscy byliśmy skostniali. Każdy trząsł się jak w agonii. Oprawcy to dostrzegli. Kazano nam wejść do magazynu, by się ogrzać. Po dwóch godzinach nie poznawaliśmy jeden drugiego. Nasze twarze wyglądały okropnie. Jedni jeszcze krwawili, innych rozsadzała opuchlizna z czarnymi otokami wokół oczu. Po kilku godzinach zapędzono nas do miasta. Każdy starał się osłaniać rękoma rany przed mrozem. Miasto wyglądało przerażająco. Mieszkańcy pod nadzorem rewolucjonistów już sprzątali z ulic ciała zabitych. Przez świeży śnieg przebijały plamy ludzkiej krwi. Co kilkadziesiąt metrów pozostawiano nas po pięciu do oczyszczania miasta z trupów. Stwierdziliśmy, że w domach zamożnych odbywała się prawdziwa rzeź. Tam wymordowano całe rodziny. Pod nadzorem strażników, ciała wynosiliśmy na ulicę, a cywilne ekipy odbierały je i układały na sanie. Zwłoki wywożono za miasto. Pamiętam jak w eleganckim, luksusowo urządzonym mieszkaniu znaleźliśmy zamordowaną całą rodzinę. Wynosiliśmy ich po kolei. Zajrzałem do kuchni. Było sporo jadła, więc w biegu chwyciłem trochę do ust. Z bólu nie mogłem przełknąć ani kęsa. Okaleczona warga i szczeka sprawiały okropny ból. Trochę jedzenia zabrałem do kieszeni. Zajrzałem do ostatniego pokoju. Leżała tam zmasakrowana młoda kobieta. Gdy mnie zobaczyła podniosła głowę i błagała by ją dobić. Byłem przerażony. Pobiegłem do strażnika i powiedziałem, co zobaczyłem, lecz on krzyknął: - Wynosić! Wpadłem do pokoju, w którym leżała ofiara w kałuży krwi. Podniosłem ją za ramiona. Jedna ręka bezwładnie zwisała, reszta ciała drgała w konwulsjach. Na twarzy miała kilka ran. Długie czarne włosy były rozsypane i pozlepiane zastygłą krwią. Jęczała, przewracała oczami. Wyniosłem ją, a następnie położyłem na ulicy obok jej martwej rodziny. Podszedł strażnik, obejrzał kobietę, zarepetował broń i strzelił jej w głowę. Jeszcze w wielu miejscach byliśmy świadkami takich makabrycznych scen. Wieczorem wróciliśmy do koszar, gdzie otrzymaliśmy skromny posiłek. Z wielkim bólem przełykałem strawę. Spuchnięta warga wciąż krwawiła. Na noc przygnano nas do tego samego magazynu. Po marnym posiłku nadal byłem głodny, ale na szczęście mogłem pożywić się zapasami z kieszeni. W jednym z mieszkań znalazłem prześcieradło, które rozerwałem na paski opatrunkowe, by ściskać skaleczoną wargę. Końce pasków zawiązałem z tyłu na szyi. Nie miałem lusterka, ale wyobrażałem sobie jak mogłem wyglądać. Przez kilka dni oczyszczaliśmy miasto. Robiliśmy porządki w koszarach. Potem od zasp śnieżnych oczyszczaliśmy tory kolejowe.

Sergiusz Jackowski

Pan Sergiusz Jackowski z Międzylesia to nieprzeciętna i charyzmatyczna postać którą warto bliżej poznać. Jeden z pierwszych osadników na ziemiach zachodnich, niepoprawny marzyciel i idealista, człowiek honoru i wrażliwego serca, którego gościć będziemy na sycowice.net w jego opowiadaniach z przeszłości. Wywiad z Panem Sergiuszem Jackowskim zamieścimy po zakończeniu publikowania fragmentów jego twórczości.

Cezary Woch

Tagi:

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Jeden komentarz do artykułu “Wigilia z pułkownikiem – część 1”

  1. Kazimierz

    Bardzo sugestywna opowieść z dbałością o szczegóły i realia pozwalające przeżywać losy bohatera jak i uczestniczyć w przebiegu akcji.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.