Drukuj artykuł Drukuj artykuł

W Sycowicach

W Sycowicach

źródło zdjęcia: Cezary Woch

Józefa Gimon część 3 Na początku było ciężko, bo w domu nie zastaliśmy żadnych mebli tylko puste kąty, brakowało nie tylko paszy dla krowy ale i jedzenia dla nas. Od sołtysa Kociemby dostaliśmy jakieś stare poniemieckie pierzyny których miał całą stertę na strychu. Nie było gdzie i za co kupić cokolwiek. Tuż za gospodarstwem w którym aktualnie zamieszkuje rodzina Żuków było jeszcze jedno gospodarstwo ze stodołą i bardzo przyzwoitym domkiem. Dzisiaj te budynki już nie istnieją. Zauważyliśmy, że niemieccy właściciele tego gospodarstwa w pośpiechu wymłócili zboże i stertę słomy ułożyli na nie wykopanym zagonie kartofli. W ten sposób „zakopcowane” ziemniaki, w bardzo dobrym stanie przetrwały zimę, a my w końcu lutego, nakopaliśmy ich dwa worki i nareszcie mieliśmy co jeść! Po chleb chodziliśmy do Nietkowic gdzie funkcjonowała piekarnia którą prowadził jeszcze Niemiec. W dniu 29 kwietnia 1946 roku mężowi jako osadnikowi wojskowemu nadano około 12 hektarowe gospodarstwo i dom który wcześniej już zajęliśmy i który według ówczesnej numeracji miał nr 15. Ten sam w którym mieszkam do dnia dzisiejszego. Miałam trochę pretensji do męża, że wybrał taki skromny, ale przed nami byli już inni którzy skorzystali z prawa wyboru i w końcu wzięliśmy to co było. Ziemię dostaliśmy za darmo, ale to przecież nie wszystko, bo potrzebny był sprzęt, inwentarz ale najważniejsze były konie, bez których uprawa ziemi była niemożliwa! Skąd na to wszystko wziąć?? Żeby od czegoś zacząć, mąż rozpoczął pracę w tartaku w Bytnicy, gdzie był gatrowym i codziennie dojeżdżał tam rowerem. Znał się na tej robocie i dobrze zarabiał. Wkrótce kupiliśmy ładnego konia, a drugiego dostaliśmy z UNRY. Ale do koni potrzebna była przecież jeszcze uprząż, wóz, pług, brony i wszystko co niezbędne do pracy w polu, czyli „worek bez dna”. Sialiśmy głównie żyto i sadziliśmy ziemniaki. Poniemieckie pola były dobrze wynawożone i zadbane, ale my nie znaliśmy faktycznej wydajności tych pól. Na początku wszystko rodziło się dobrze, ale wkrótce pola wyjałowiły się i plony były coraz mniejsze. W pierwszym roku na jednym kawałku zasialiśmy nawet trochę pszenicy która nad podziw się udała, później nie było już to możliwe. Chowaliśmy z czasem cztery krowy, trochę świń i drobiu, mieliśmy dwa konie. Obornika starczało jednak jedynie pod ziemniaki. Nie stosowaliśmy prawie nawozów sztucznych bo były dla nas za drogie, a to skutkowało w konsekwencji spadkiem plonów. Za wymłócone żyto opłacaliśmy podatki i inne świadczenia, a na kupno wystarczającej ilości nawozów już nie starczało. Co prawda mąż po pracy w tartaku pracował także na gospodarce, ale większość prac w gospodarstwie musiałam wykonywać sama. Nauczyłam się orać, bronować, wywozić obornik i była to „moja robota”. Nauczyłam się też zaprzęgania koni i pracy nimi w polu, a nie było to wcale takie łatwe i bezpieczne. Kobieta zaprzęgająca sama parę koni to był przecież wyjątek i niech dzisiejsze kobiety spróbują tego dokonać! Ha, ha, chciałabym to zobaczyć…! Koń którego kupiliśmy był nauczony do pracy w polu, ale ten którego dostaliśmy z UNRY zupełnie się do tego nie nadawał. On był bardzo ładny, ale posiadał zupełnie inne umiejętności i był koniem przyuczonym do jazdy wierzchem a nie do orki. Praca na roli zupełnie mu nie odpowiadała. Oba te konie zaprzęgnięte „w parze” nie potrafiły pracować razem, każdy szedł w swoją stronę i była to prawdziwa dla mnie udręka. Kiedyś ten z UNRY w czasie zaprzęgania do wozu i zakładania mu naszelnika, chwycił mnie zębami z góry za głowę tak, iż myślałam, że to już koniec życia i płakałam na „całą chatę”. Orka nie była ciężka, bo konie zaprzęgane były do dwuskibowca i ja nimi tylko kierowałam a chodzenie za pługiem to nawet lubiłam. Minęło sporo czasu zanim dobrze się ze sobą „zgrały”, ale mnie kosztowało to dużo zdrowia i nerwów. Namęczyłam się bardzo i muszę powiedzieć, że gospodarowanie to ciężki kawałek chleba którego nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi. Z tej ciężkiej pracy po prostu harówki nic nie było, bo plony były słabe a na dodatek funkcjonowały wtedy obowiązkowe dostawy, czyli sprzedawanie państwu znacznej ilości plonów dosłownie za grosze. Dotyczyło to zarówno zboża jak i ziemniaków, mleka czy mięsa. Wszystko trzeba było „oddać”, a dla siebie prawie nic nie zostawało… . Całe szczęście, że ludzie żyli pomiędzy sobą bardzo dobrze. Wszyscy się szanowali, pomagali sobie, gościli się. Jak były żniwa to ci którzy mieli jednego konia sprzęgali go z koniem sąsiada i razem żniwowali. Najpierw zboże skosili jednemu, później drugiemu. Tak samo pomagali sobie w czasie wykopków czy sianokosów. Często burza porozrzucała snopy na polu, to ci którzy zboże już sprzątnęli pomagali stawiać tym którzy jeszcze tego nie zrobili. Nie można było dopuścić do tego, aby zboże zamokło i zgniło, bo skąd później wziąć mąkę na chleb? Cały czas była to ciężka fizyczna praca, w świątek i w piątek, w znoju i w trudzie. Nikomu tego nie życzę. Teraz przynajmniej wiem, „że żyję”, kiedy nie mam już tak ciężkich obowiązków. W „świetlicy” często organizowane były zabawy na których zawsze było dużo ludzi. Jak były jakieś święta czy chrzciny albo wesela, to sąsiedzi „wołali się” nawzajem. Szczególnie przyjaźniliśmy się z Sobolewskimi i Jankowskimi którzy pochodzili z naszej wioski z Gudziszek. Jedna rodzina Sobolewskich mieszkała tu, gdzie teraz Jadwiga Danielewicz a druga tu, gdzie dzisiaj rodzina Żabów a Jankowscy mieszkali tu, gdzie dzisiaj ich córka Zofia. No i tak gospodarzyliśmy 30 lat! Ze względu na to, że mąż cały czas podupadał na zdrowiu, bo cierpiał na żylaki których nabawił się w czasie wojny, komisja lekarska przyznała mu drugą grupę inwalidzką. Kiedy ja sama nie mogłam już sobie z tym wszystkim poradzić i kiedyś zemdlałam nawet na polu w czasie zbierania kartofli, postanowiliśmy zdać gospodarkę, „do państwa”. Gorzki to był jednak odpoczynek od tej ciężkiej pracy, bo na nas dwoje dostaliśmy łącznie 120 złotych renty. Siedliśmy oboje przy stole i zaczęliśmy zastanawiać się, z czego my teraz będziemy żyli?? Mąż chciał mnie pocieszyć i powiedział, że będziemy zbierać grzyby, jeździć do Zielonej Góry i tam je sprzedawać, jakoś przeżyjemy… . I tak robiliśmy… W miarę upływu czasu po troszeczku podwyższano te renty i jakoś dało się przeżyć. Udało nam się nawet odwiedzić nasze rodzinne strony. Było to około 25 lat temu kiedy wraz ze swoim mężem odwiedziłam Gudziszki. Kiedy tam już dotarliśmy to ich zupełnie nie poznałam, bo były „zupełnie insze”. Wszędzie asfaltowe drogi, elektryczność, zadbane, pięknie pomalowane domy, solidne ogrodzenia i sady wokół domów. Dom mojej siostry był tak pięknie odnowiony i pomalowany, że wyglądał jak eleganckie „cacuszko”, po prostu nie mogłam się na niego napatrzeć! Naszego domu niestety nie było, nie było nawet najmniejszego śladu po zabudowaniach, po prostu gołe pole…! Nad torami kolejowymi postawiono wiadukt do Rudziszek, a samo miasteczko było też bardzo zadbane. Odnowione domy, czyste ulice a tartak w dalszym ciągu funkcjonował i wyposażono go nawet w nowoczesne maszyny. Pięknie zadbany był również kościół solidnie zbudowany z polnego kamienia. Kiedy miałam trzynaście, czternaście lat, był właśnie budowany a ja tam też pomagałam, nosząc po rusztowaniach wiadra z zaprawą. Do czasu budowy tego kościoła mieliśmy jedynie kaplicę, w której przyjmowałam też pierwszą komunię. Z Wilna przyjechali „majstry” umiejący budować z kamienia, a ludzie zwozili go ze swoich pól własnymi wozami. Kamień był następnie odpowiednio obciosywany, jak to mówili „czesany” i kładziony z wielką pieczołowitością na mur. Mówiliśmy wtedy, że będzie to „wieczysty kościół” i chyba tak się stało… . Kiedy weszliśmy do kościoła, odprawiana była tam właśnie msza święta w dwóch językach, po litewsku i po polsku. Przepięknie grały organy a było to dla mnie tak wzruszające i silne przeżycie, że przepłakałam całą mszę… . A ile rubli ludzie dawali na tacę… . Był tego czubaty koszyczek a nie tak jak u nas, po złotówce…! Bardzo cieszę się i do dzisiejszego dnia wspominam, że mogłam odwiedzić moje rodzinne strony i zapalić świeczkę na grobie mojego Ojca… . Obecnie sama żyję w swoim sycowickim domu, ale lubię z laseczką pospacerować sobie po wsi, odwiedzić moje trzy córki i wnuki a nawet prawnuki które tu mieszkają, pogadać z sąsiadami i popatrzeć na świat. Boję się tylko burzy i piorunów, ale wystawiam wtedy w oknie święty obraz, zapalam gromnicę i modlę się, a chmury jakoś rozstępują się i omijają mój dom i moją wieś…

Cezary Woch

- KONIEC -

GALERIA: (kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)
W SycowicachW Sycowicachopowieści historyczne historia

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.