Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Szesnastoletnia żona

Józefa Gimon

źródło zdjęcia: Cezary Woch

Józefa Gimon część 1 Dzisiaj mam 87 lat i wiele interesujących faktów z mojego życia, okrywa gęsta mgła zapomnienia… . Pomimo tego, chciałabym opowiedzieć o wydarzeniach które miały miejsce 70 – 75 lat temu i proszę mi wybaczyć, jeśli niektóre z nich nie będą zbyt dokładnie opisane. Jest połowa sierpnia 2007 roku. Sycowice. Urodziłam się 18 marca 1920 roku w Gudziszkach na Wileńszczyźnie, a moje panieńskie nazwisko brzmiało Józefa Jankowska. Była to wieś odległa o około 30 kilometrów od Wilna i dzisiaj położona jest na terytorium Litwy. Gudziszki odgrodzone były jedynie torem kolejowym od miasteczka o nazwie Rudziszki, gdzie zaopatrywaliśmy się we wszystkie potrzebne nam w codziennym życiu produkty. Gudziszki nie wyróżniały się niczym specjalnym, położone były na równinie wśród pól, gdzie nie było rzeki, jakiegoś jeziora, czy chociażby dużego stawu. Wokół mniej lub bardziej zadbanych gospodarstw, nasadzane były kępy rozmaitych kwiatów i ozdobnych krzewów, a domy, stodoły i zabudowania gospodarskie, kryte były strzechą. Przez wieś prowadziły gruntowe trakty, rozjeżdżone wozami na drewnianych kołach z żelaznymi obręczami, nie mieliśmy energii elektrycznej a telefony i telewizja nie były nam znane. Mieliśmy jednak radio z „antenką”, które odbierało polski program z wiadomościami, piosenkami i różnymi audycjami. Pomimo tego, po przyjeździe do Polski a właściwie jak to mówiliśmy „do Niemiec, bardzo za nimi tęskniłam. Najchętniej bym tam wróciła, do tych falujących łanów zbóż poprzetykanych czerwienią polnych maków i błękitem chabrów. Wróciłabym do naszego domu, do naszych grobów, do tych skowronków które towarzyszyły ludziom pracującym w polu. Gospodarz chodził za pługiem, a one śpiewały nad nim i śpiewały tą swoją pieśń, która wydawała się nie mieć końca. Tam było tyle tego ptactwa, że ja już nigdy w życiu tego nie widziałam… . We wsi zamieszkiwały polskie rodziny zajmujące się głównie uprawą niewielkich, 6-8 hektarowych gospodarstw i na ogół dodatkowa pracą w pobliskich Rudziszkach. Niektórzy wcale nie posiadali ziemi i pracowali jako robotnicy głównie w tartaku i na kolei. Podstawowymi narzędziami stosowanymi przy pracach polowych, był żelazny pług i brona, ale nie wszyscy gospodarze posiadali konie. Kultywatory, siewniki, talerzówki i sprężynówki nie były nam znane. Zboże siano ręcznie „z płachty”, żęto sierpem a młócono cepami, ziemniaki kopano ręcznie, motykami. Rodziny nie były zbyt liczne, najczęściej w każdej z nich było dwoje, troje lub co najwyżej czworo dzieci. Ja miałam dwie rodzone starsze siostry i brata z poprzedniego małżeństwa Matki. Dzieci chodziły do siedmioklasowej szkoły w Rudziszkach a na katechezę do kościoła, gdzie do pierwszej komunii przygotowywała je katechetka. Po ukończeniu siedmiu klas szkoły podstawowej, jeśli ktoś miał odpowiednie zdolności i jego rodziców było na to stać, to na dalszą naukę jechał do Wilna. Jakby to było wczoraj pamiętam, że w dniu mojej pierwszej komunii był bardzo piękny słoneczny dzień, a ja miałam białą ładną sukieneczkę. Nie było zwyczaju tak jak dzisiaj organizowania z tej okazji jakich przyjęć i obdarowywania dzieci prezentami. Ludzie żyli bardzo skromnie i religijnie. Każdej niedzieli obowiązkowo wszystkie rodziny były na mszy. Ludzie szli na piechotę całą drogą nie tylko z Gudziszek, ale również z sąsiednich wsi takich jak Niedowiarce i Dojlidy. Właściciele majątków jeździli „paradnie” bryczkami, ale konie przed kościołem były trochę kłopotliwe, bo trzeba było je pilnować. W czasie odpustu do kościoła szli wszyscy uczniowie razem z nauczycielami. W Gudziszkach nie było żadnej karczmy, ale nie było też zwyczaju nadmiernego picia wódki. Nikt nie widział pijanych, wykrzykujących, zataczających się i nieprzytomnych od alkoholu ludzi. Przykro o tym mówić, znając obrazki z naszych dzisiejszych wsi. W Rudziszkach mieszkali praktycznie sami Żydzi którzy posiadali wszystkie sklepy i wyszynki a także wykonywali wszelkie usługi chociażby takie jak krawiectwo czy szewstwo. Nasze stosunki z Żydami których pamiętam jako ludzi grzecznych i czystych, były bardzo poprawne. Często bywało, że jeśli nie mieliśmy pieniędzy przy zakupach, to udzielali nam nawet drobnych kredytów. Nie robili żadnych problemów szczególnie wtedy, jeśli ktoś stale robił zakupy w ich sklepie. Nie było pomiędzy nami jakichś waśni czy wrogości. W środowisku tym oprócz polskiego lekarza i aptekarza którzy byli miłymi, mądrymi i wykształconymi ludźmi, Polacy byli na ogół prostymi robotnikami. Mój Ojciec pochodził z Gudziszek, a Matka z pobliskiego majątku. Ojciec był przystojnym chłopakiem „po wojsku”, a Matka była wdową z jednym synem. Poprzedni jej mąż o nazwisku Michałowski pochodził również z majątku i zmarł po trzech latach małżeństwa. Nie przypominam sobie dziadków ani ze strony Ojca ani Matki. Moi Rodzice posiadali sześciohektarowe gospodarstwo rolne w którym uprawialiśmy głównie żyto i ziemniaki ale zasiewano też grykę na kaszę i trochę pszenicy na kluski i ciasto. Mieliśmy także dwie krowy, kilka świń i trochę drobiu. Mleko, wieprzowina i drób przeznaczone były tylko na własny użytek. Przy domu był ogród w którym Matka uprawiała podstawowe warzywa: pietruszkę, marchewkę, koper, cebulę, czerwone buraki, kapustę i ogórki. Nie były uprawiane kalafiory, pomidory i truskawki i nikt nie znał selerów i porów. Nas nie dopuszczała do tego ogrodu z obawy, że „warzywa powyrywamy razem z chwastami”! Zupełnie nie wiem dlaczego, ale nie mieliśmy też drzew owocowych. Kiedyś dzieci nie biegały bezproduktywnie tak jak dzisiaj po wsi, lecz miały swoje obowiązki. Co prawda Mama gotowała i przyrządzała wszystkie posiłki, ale my za to wszystko dokładnie sprzątałyśmy. Niektórzy mieli „białe podłogi” które szybko się brudziły i były ciężkie w utrzymaniu, ale my mieliśmy malowane i sprzątanie wtedy polegało jedynie na przetarciu ich wilgotną ściereczką. Podstawowym jednak naszym zadaniem była pomoc wiejskiemu pastuchowi który pasł wszystkie krowy z całej wsi. Był to starszy już mężczyzna i z każdego domu, według odpowiedniej kolejności, przydzielano mu każdego dnia po dwoje dzieci do pomocy. Tych krów, dokładnie nie pamiętam, ale było około 25, bo w każdym gospodarstwie trzymano jedną, a co najwyżej dwie krowy. Święta Bożego Narodzenia i Święta Wielkanocne wyglądały tak samo jak dzisiaj w Sycowicach. W wigilię Matka przygotowywała postne dania a pod obrusem zawsze kładzione było sianko. Po kolacji chodziliśmy na pasterkę i było bardzo uroczyście. W czasie świąt chodzili kolędnicy którzy starannie przygotowywali się do występów. Byli przemyślnie poprzebierani, mieli dużą gwiazdę i różne światełka i świecidełka, co było dużą atrakcją szczególnie dla dzieci. Śpiewali kolędy a gospodynie dawały im najczęściej przygotowane na tą okoliczność jajka, które później sprzedawali i dzielili się zarobionymi pieniędzmi. Dzisiaj takich kolędników już nie ma. Na Wielkanoc ci sami chłopcy również chodzili i śpiewali Alleluja! Zawsze na święta była bita świnia, robiono własne wędliny i pieczono mięso, a Matka smacznie to wszystko przygotowywała. Była choinka, ale przynajmniej w naszym domu, nie było zwyczaju obdarowywania się prezentami. Wielkim naszym przysmakiem był „kindziuk” który robiono w ten sposób, że do specjalnie przygotowanego wieprzowego żołądka, ciasno upychano odpowiednio zapeklowane i pokrojone na spore kawałeczki polędwice, szynki i częściowo tłuściejsze kawałki. Następnie wypełniony tym ekstra mięsem świński żołądek, zaszywano wielką igłą z grubą nicią i wieszano go na strychu, na specjalnym „krzyżaku” który zrobił Ojciec. Tak przygotowany „kindziuk” nie psuł się i bez żadnego wędzenia, swobodnie sobie podsychał i dojrzewał przez pewien czas. Po okresie takiego dojrzewania wspaniale smakował i była to jedna z najlepszych wędlin jakie znam. Ja nie pamiętam dokładnie całej receptury jego przygotowywania, ale na pewno dawano takie przyprawy jak sól, pieprz, czosnek i saletrę. Warto także wspomnieć o drugim prostym przysmaku który nie wymagał specjalnego zachodu z jego przygotowaniem. Była to natarta czosnkiem i solą gruba słonina, zawinięta w lniany woreczek i wywieszona zimą na strychu. Po pewnym czasie słonina „dojrzewała” i stawała się miękka jak masło, a pokrojona na cieniutkie plastry i podawana ze swojskim chlebem, solą i cebulą, pięknie pachniała i była bardzo smaczna i pożywna. Pozostałe mięso było solone i przechowywane w dębowych beczkach. Metodę pasteryzacji w słoikach poznaliśmy dopiero po przyjeździe do Polski… . Przypominam sobie, że w czasie wojny ruskie, w ramach głoszonej przez nich „przyjaźni”, wyszukiwały naszych ukrywających się chłopów celem przymusowego wcielenia ich do wojska i była to jedna ze stosowanych przez nich form „poboru”. Pewnego razu, kilku z nich pod pretekstem sprawdzenia czy czasem któryś z nich „nie schowawszy się”, spenetrowało nam strych zabierając wszystkie wiszące tam wędliny, słoninę i smakowity kindziuk. Do głowy nam nie przyszło, że ktoś może po prostu to wynieść „w biały dzień”, ale do ruskich było to podobne… . W gospodarstwie nie mieliśmy koni, a do wszelkich prac polowych najmowaliśmy „ortaja”, który własnymi końmi orał, siał żyto i sadził ziemniaki. Pamiętam, że jednym z takich „ortai” była miła kobieta, która pługiem ciągniętym przez jednego konia, potrafiła orać cały dzień. Podobnie jak w Sycowicach ziemie były tam słabe. Ażeby wyżywić rodzinę, Ojciec dorabiał jako stolarz i cieśla budowlany. Wszystkie prace w czasie stawiania drewnianych domów, stodół czy obór wykonywane były ręcznie, co wymagało dźwigania ciężkich sosnowych belek. Miało to taki skutek, że Ojciec na którym spoczywał cały ciężar utrzymania naszej rodziny, wkrótce przedźwignął się i ciężko zachorował. Moi Rodzice żyli bardzo zgodnie i byli wyjątkowo pracowitymi ludźmi, ale nasze życie było bardzo ciężkie. Już od 12 roku życia najmowałam się do sadzenia lasu i pracowałam tam wraz z moimi siostrami. Również od 12 roku życia pomagałam przy żniwach i żęłam małym sierpem żyto, czego nauczyła mnie moja Matka. Wiele razy widziała nasze pokaleczone sierpami ręce, ale nic wtedy nie mówiła, traktując to pewnie jako „cenę” którą musieliśmy „zapłacić” za naukę… . Ona tak pięknie żęła zboże nie pozostawiając na polu ani jednego kłoska, że „choć ty stoj i patrzaaj”! Zbieraliśmy także dorodne, czarne jagody w lesie oddalonym o 4-5 kilometrów. Zanim słońce wzeszło, my byłyśmy już na skraju lasu. Każda z nas zbierała po 20-25 litrów jagód. Następnie szłyśmy z nimi do odległej o dwa kilometry wsi w której był ich skup. Nie pamiętam jakie były wtedy ceny, ale dodatkowe pieniądze były bardzo potrzebne. Były przecież trzy dziewczyny z których każda musiała się jakoś ubrać. Ja to byłam jeszcze najmniejsza, ale dwie starsze siostry, toż to były przecież panienki. Zarabiałyśmy w ten sposób także na „ortaja” i na podatek. Dorośli a także młodzi ludzie, dosłownie wszyscy, ciężko pracowali na przysłowiowy grosz. Nie było czegoś takiego jak dzisiaj, że „siedzą i nic nie robią”. Takie „bezrobocie” nie było do pomyślenia a człowiek leniwy i chcący „lekko” żyć, nie cieszyłby się żadnym poważaniem i szacunkiem. Dorastający chłopcy z Gudziszek pełnili służbę wojskową w Wilnie albo w Rudziszkach gdzie też „stało” wojsko. Pamiętam, że tacy ładni żołnierze przychodzili do jednej z moich sióstr, a jeden to chciał się nawet żenić. Taki chłopak „po wojsku” był poważnie traktowany i był dobrym kandydatem na męża, a o takich co w wojsku nie byli, to nawet nie ma co mówić…! Dziewczyny wychodziły za mąż w wieku 18-19 lat , bo taka po 20-tce, to już była traktowana jako „stara panna”…!! Młodzi ludzie organizowali zabawy w wiejskiej świetlicy albo w którymś z domów. U nas był jeden taki duży pokój w którym Ociec pozwalał nam i to bardzo często, organizować zabawy. Najmowaliśmy muzykanta który grał na harmoszce i bardzo ładnie się bawiliśmy. Kiedy pracowała cała rodzina, wiodło nam się nawet nie najgorzej, ale wraz z upływem czasu postępowała choroba i niemoc Ojca który musiał przeczuwać, że jego dni na tym świecie są policzone. Chciał jeszcze, aby za jego życia jakoś nas pourządzać i gorąco namawiał abyśmy powychodziły za mąż i żeby wszystko odbyło się „po Bożemu”, to znaczy wesele i obowiązkowo kościelny ślub. My byłyśmy młodymi dziewczynami, bo najstarsza siostra miała 18 lat, a ja zaledwie lat 16 . Ludzie mówili, że wszystkie byłyśmy bardzo urodziwe, a o najstarszą siostrę to bili się nawet miejscowi kawalerowie. Ojciec jednak mówił, że „trzeba iść za mąż, póki ludzie biorą”! Póki on żyje i wszyscy tworzymy zgraną rodzinę, ludzie nas szanują i łatwiej nam będzie poszukać sobie odpowiedniego męża bo jeśli umrze, to nasz los może być niepewny. Jak sobie życzył, tak też się stało. Siostry znalazły sobie mężów w sąsiednich wsiach i po skromnych uroczystościach weselnych na które była zapraszana najbliższa rodzina, przeprowadziły się do ich rodzin. Kiedyś nie było zwyczaju robienia dużych wesel i narażania się na niepotrzebne koszty, ale zawsze bita była świnia, robiono swojskie kiełbasy, pieczono dobre ciasta i przygotowywano wiele innych smakowitych rzeczy niespotykanych na co dzień! Wódka zawsze była kupowana. Ja ze swoim mężem, który był o siedem lat ode mnie starszym chłopakiem z naszej wsi, zamieszkałam z moimi Rodzicami. Ślub braliśmy uroczyście, przy dźwięku pięknych organów w kościele w Rudziszkach, w obecności najbliższej rodziny z obu stron i asystentek, czyli moich koleżanek. Ja miałam białą suknię z welonem, białe pantofelki i piękny bukiet kwiatów, a mąż ładny garnitur. Niedługo po tym, w wieku 56 lat zakończył swoje pracowite życie mój Ojciec, który był mądrym i dobrym człowiekiem, ale odchodził z przekonaniem, że córki są dobrze zabezpieczone. Warto w tym miejscu wspomnieć jak wyglądały u nas pogrzeby. Zmarły przez dwa dni i dwie noce leżał w domu. Wieczorem zbierali się ludzie których była pełniutka chałupa, modlili się i śpiewali nabożne pieśni. Mój Ojciec był kościelnym, dlatego też przez oba pożegnalne wieczory przychodził organista, który śpiewał z ludźmi przez całą noc. Organista był wyróżniany dawanym mu poczęstunkiem. Po dwóch dniach następowało wyprowadzenie zwłok i przewiezienie ich wozem do odległego o dwa kilometry kościoła, w którym odbywała się żałobna msza, szczególnie uroczysta w przypadku mojego Ojca. Po mszy młodzi ludzie brali trumnę na plecy i wynosili z kościoła, a następnie wszyscy kierowali się na odległy o około jeden kilometr cmentarz, gdzie następowało grzebanie zwłok. Mój mąż pracował w tartaku w Rudziszkach i bardzo dobrze tam zarabiał. „Do roku” po weselu urodziłam pierwsze dziecko, a po wybuchu wojny miałam już ich dwoje. Pierwszy był syn Feliks a druga córka Jadwiga.

Cezary Woch

GALERIA: (kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)
Józefa GimonJózefa GimonSycowice opowiadania historyczne opowiadania historyczne opowiadania historyczne

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

10 komentarzy do artykułu “Szesnastoletnia żona”

  1. Sergiusz

    Pozdrawiam moją krajankę z Białorusi Józefę Gimon!
    Z powojennych lat wspomina, że w Sycowicach po wojnie było wesoło. Na sali organizowano zabawy. Jako młody chłopak z Międzylesia brałem w nich udział. Może czasem przypomina, jak ten chłopak wyręczł orkiestrę. Kilka razy brałem od niej akordeon. Przygrywając do tańca śpiewałem rosyjskie piosenki. Między nimi: „Na pazycyju dziewuszka praważała bajca”, „kuda bieżysz trapinka miłaja”. Z nostalgią wspominam piękne, powojenne czasy i przyjaciół, których miałem wielu w Sycowicach.

    Sergiusz Jackowski

  2. Krystyna

    Pani Gimonowa – może Ciocia ?
    Przeczytałam Pani opawiadanie „Szesnastoletnia żona’ i i postanowiłam też napisać.Otóż nazwisko Pani często było wypowiadane w moim rodzinnym domu. Nazywam się Krysia z domu Sobolewska. Urodziłam się w Gudziszkach w 1938 r.Od 30 lat mieszkam w Konstancinie koło Warszawy.Moi Rodzice to Jan Sobolewski i Bronisława z domu Jankowska – córka Ewy (Tadeuszowej). Moi Rodzice nie żyją.Tatuś odszedł w 1999 r., a mamusia w 2002 r. Oboje mieli po 85 lat.Mam młodszą o dwa lata siostrę Walę, też urodzoną w Gudziszkach.Mieszka w Warszawie. Mam jeszcze młodszego brata Wieśka urodzonego w 1951 r. już na Warmii.On mieszka w Lidzbarku Warm. To co Pani (Ciocia) pisała w „Szesnastletniej żonie”, to tak jakbym słyszała swoich Rodziców. Czytałam i płakałam…Mój Tatuś był na wojnie i też po wojnie otrzymał dom i gospodarstwo w Sycowicach.Jednak nie dojechaliśmy do Sycowic, ponieważ nasz transport, którym przyjechaliśmy w marcu 1946 r. zatrzymał sie na Warmii.Mamusia nie chciała dalej jechać, bo tu zatrzymała się jej siostra Helena po mężu Mackiewicz i siostra mego Tatusia,Anna Kitkowska z rodzinami.Natomist Mamusi rodzony brat Edek Jankowski osiedlił się w Sycowicach. Tam też zamieszkała moja Babcia Ewa Jankowska z córką Werą – moją ciocią, która wyszła za mąż za Józefa Walczaka. Wesele ich było w Sycowicach i moi Rodzice tez byli na weselu.Póżniej moja Babcia i ciocia Wera z rodziną przeprowadziły się na Warmię. Ja w Sycowicahc byłam z Rodzicami jeden raz na pogrzebie Józia, braciszka Zosi.Moja siostra Wala była kilkukrotnie. Zosia z mężem Benkiem była u mnie w Konstancinie. Jest to moja stryjeczna siostra.Znam też Janka Judyckiego z Wrocławia.Był u mnie z żoną w latach 60-tych. Z Olkiem Judyckim czasami rozmawiamy telefonicznie. Kiedy jeszcze żyli moi Rodzice Olek z rodzina czasami przyjeżdżał do Lidzbarka Warm. na urlop.Chcę podzielić się jeszcze ciekawostką:odnalazłam zdjęcie z mojego ślubu i na tym zdjęciu jest Jadzia Gimon.Pani(Cioci) córka jest z Lonią Sobolewską na naszym weselu. Od Rodziców już się nie dowiem jakie jest nasze pokrewieństwo ?. Teraz parę słów o Gudziszkach.Tam nadal mieszkają dzieci i wnuki rodzonego brata mojej Mamusi Adama Jankowskiego. W latach 70-tych moi Rodzice byli w Gudziszkach, ale już wowczas nie znależli grobów swoich Rodziców na cmentarzu w Uliszkach.Ja odwiedziłam moją ojcowiznę 4 razy. Ostatnio byłam w maju 2008 r. z siostrą Walą i bratem Wiesiem i naszymi małżonkami. Odwiedziliśmy Gudziszki, Rudziszki, Troki i Wilano.Rodzina Jankowskich ugościła nas bardzo serdecznie.Będąc w Gudziszkach byliśmy na mszy w kościele, który budowali nasi Rodzice. Modliliśmy się i płakaliśmy ze wzruszenia i żalu,że nie możemy opowiedzieć naszym Kochanym Rodzicom o miejscach, które były tak bliskie ich sercom. Czasami spotykamy sie na „Kaziukach-Wilniukach”, bo co roku przyjeżdżają na tę imprezę do Lidzbarka Warm.Kończę jeżeli coś pomyliłam, to proszę wybaczyć. Z wyrazami szacunku i pozdrowieniami.
    Krysia.

  3. Cezary Woch

    Szanowna Pani Krystyno!
    Z ogromnym zainteresowaniem i wzruszeniem przeczytałem Pani wypowiedź, ponieważ to ja spisałem tą życiową historię Pani Józefy Gimon. Również Pani wzruszenie i zainteresowanie tą opowieścią, są najlepszą zapłatą jakiej mogłem oczekiwać. Podała Pani mnóstwo szczegółów w których się trochę gubię. Pani Józefa Gimon ma się zupełnie dobrze i jej aktualne zdjęcie może Pani obejrzeć w załączniku do artykułu „Flagi na maszt” /trzecie od końca/. Stoi tam ze swoją córką Teresą. Z drugą córką Jadwigą mieszkam z kolei w jednym domu po sąsiedzku. Postaram się zainteresować Teresę Gimon /córkę Pani Józefy/ oraz Zosię Jankowską /żonę Benka, o ile o nich chodzi/ Pani wpisem i być może chociaż w tej internetowej formie skontaktujecie się ze sobą. Wspominała Pani o jakimś zdjęciu. Byłbym wdzięczny za zeskanowanie go i przesłanie na adres Administratora strony sycowice.net.Zamieścilibyśmy go w dziale „Sycowice-Leitersdorf na starych fotografiach” albo dołączymy do artykułu „Szesnastoletnia żona”. Proszę pamiętać o opisaniu go, to znaczy napisaniu kto jest na tym zdjęciu. Gdyby Pani miała problemy ze skanowaniem to z pewnością pomoże ktoś z „młodszego pokolenia”. Z wyrazami szacunku Cezary Woch.

  4. Krystyna

    Konstancin, dnia 08.10.2009 r.

    Szanowny Panie Cezary !

    Witam Pana i moją Ciocię Jozefę Gimonową, oraz Jej rodzinę.
    Jeszcze raz serdecznie dziękuję za tę piękną opowieść ” Szesnastoletnia żona „.
    Podziwiam Pana za wszystko co Pan robi dla Sycowic. Chętnie czytam!
    Sycowice.net zainspirowała mnie do odnowienia kontaktu z Zosią Biernacką.
    Wiem od niej, że Józefa Gimonowa jest naszą Ciocią. Korespondujemy, wymieniłyśmy telefony.
    Być może spotkamy się…
    Przesyłam w załączniku zdjęcie, o którym wspominałam w poprzednim e-mailu. Zdjęcie było zrobione ponad
    52 lata temu. Na pierwszym planie jestem ja i mój mąż jak wracamy ze ślubu. Na drugim planie stoi bokiem w
    jasnym żakiecie ładna blondynka – to Jadzia Gimonówna. Proszę jej pokazać to zdjęcie.

    Kończąc życzę Panu zadowolenia i wdzięczności mieszkańców Sycowic za Pana działalność w utrwalaniu dziejów tych ludzi i tego miejsca na ziemi.

    Z wyrazami szacunku Krystna P.

  5. Krystyna

    witam i uprzejmie prosze o pomoc bo chciałam wysłać scan zdjęcie jako załącznik do mego e-maila ale nie umiem znaleźć adreu e-mail adnministratora strony żeby załaczyć scan zdjęcia jako załącznik.W tej sytuacji proszę o pomoc i podpowiedź jak mam to zrobic ?

    Krytyna P.

  6. Administrator

    Kontakt do administratora: gege01@wp.pl

  7. Administrator

    Dodałem zdjęcie

  8. Irena

    Witam serdecznie. Z wielką przyjemnością przeczytałam wszystkie wspomnienia Pani Józefy Gimoń. Ją również urodziłam się w Gudziszkach Łączy nas prawdopodobnie pokrewie ństwo . Nazywanym się Irena JANIKOWSKA .Jestem córką Piotra JANKOWSKI EGO. Zwyczaje które opisała Pani w swoich wspomnieniach były również w naszym domu . Był kindziuk, słonina. Mój tatuś w czasie wojny budował na Litwie domy bardzo dobrze zarabiał. Ja również zbierałam po 20 llitrów jagód .

    Serdeczne pozdrowienia Irena lat 81

  9. ELŻBIETA

    WITAM SERDECZNIE POSZUKUJĘ SĄSIADÓW Z GUDZISZEK IZ SYCOWIC PANST. SOBOLEWSKICH STANISŁAWA I GENOWEFY MIELI DWUCH SYNÓW MARJANA I STEFANA PROSZĘ O KONTAKT LUB INFORMACIE O SOBOLEWSKICH .MÓJ DZIADEK PRACOWAŁ NA KOLEI

  10. Adamo

    Witam posiadam przedwojenny album z 1934 r. w którym jest 47 zdjęć z Rudziszek i okolic oraz Wilna. Mogę udostępnić skany tych zdjęć dla osób które znają tamte tereny.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.