Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Nie miałam lekiego życia…

Anna Meckaniak

źródło zdjęcia: Cezary Woch

Anna Meckaniak część 1 Nazywam się Anna Meckaniak i urodziłam się 15 września 1926 roku w Lindof czyli w Węgrzynie. Od samego początku nie miałam lekkiego życia, ponieważ przyszłam na świat w ósmym miesiącu ciąży, po upadku mojej Matki ze strychu… . Jest początek czerwca 2007r. Będów. O pochodzeniu mojej rodziny i naszym życiu przed wybuchem drugiej wojny światowej, wiele już powiedział, mój Brat Franciszek Kryniewiecki. Dlatego też chciałabym jedynie uzupełnić jego wypowiedź, powracając do niektórych sytuacji jakie miały miejsce tuż przed wybuchem wojny, w okresie jej trwania oraz do moich powojennych losów. Wspomnę też o tym o czym nie mówił mój Brat, a co dotyczy uzupełnienia naszego „jadłospisu” i pewnych ceremonii i zwyczajów jakie miały miejsce w czasie świąt, chrzcin, wesel i pogrzebów. Skoro już o jedzeniu mowa to muszę powiedzieć, że jedliśmy wszystko co na stół podała Matka, a przygotowywane przez Nią potrawy zawsze nam smakowały. Trudno tu wymienić wszystkie, ale w lecie bardzo chętnie jedliśmy zupy owocowe i jarzynowe: na przykład z brukselką lub kalafiorem, często też kapuśniak do którego zawsze był kawałek mięsa albo boczku, a w ostateczności dobra okrasa ze stopionej słoniny. Na kolację bardzo lubiliśmy ziemniaki gotowane w mundurkach które zazwyczaj obierałam razem z Matką. Wysypywaliśmy je na stół, obieraliśmy do miski a później jedliśmy ze smażonymi jajkami, albo ze swojskim serem ze śmietaną i szczypiorkiem. Często Matka na stopionej słoninie smażyła cebulę do której dodawała kwaśną śmietanę i jajka i było to bardzo pyszne danie które popijaliśmy czarną zbożową kawą. Na śniadanie obowiązkowo była zupa mleczna oraz chleb z masłem i marmoladą. Obiad był rytuałem i bez względu na to co się robiło, jedliśmy go zawsze o godzinie dwunastej. Już z samego rana Matka zaczynała go podgotowywać, a jak przyszłam ze szkoły rozpalałam ogień, coś tam dodawałam do wstępnie przygotowanej potrawy a Matka gdy tylko przyszła z pola, doprawiała do smaku i obiad był gotowy. Po zabiciu świni najlepsze części jak szynka , boczek a także słonina były peklowane i wędzone, po czym owijane w specjalny papier, pakowane do lnianych worków i wieszane na sznurkach na strychu… . Resztę konserwowało się w słoikach, bo oczywiście lodówek wtedy nie było… . Najważniejszymi uroczystościami rodzinnymi były oprócz Świąt Bożego Narodzenia i Świąt Wielkanocnych były chrzciny, komunie, wesela i pogrzeby. W chrzcinach uczestniczyła najbliższa rodzina oraz rodzice chrzestni i nie były to duże uroczystości. Wesela natomiast uzależnione były od zamożności i liczebności rodziny, ale na ogół nie liczyły więcej niż 20 do 30 osób. Zawsze zamawiana była orkiestra bez której żadne wesele nie mogło się odbyć. Ewangelików obowiązywały dwa śluby, cywilny i kościelny. W Sycowicach, w domu w którym zamieszkują dzisiaj rodziny Gąsiewskich i Rutkiewiczów, mieszkał „normalny” gospodarz który miał państwowe uprawnienia do udzielania ślubów cywilnych. Ja dzisiaj nie wiem na jakich zasadach on funkcjonował, ale miał takie prawo. W jego domu był wydzielony pokój w którym odbywała się cała ceremonia. Było to bardzo wygodne, ponieważ nie trzeba było tak jak teraz, jeździć do urzędu gminy. Po zawarciu ślubu cywilnego na przykład o godzinie 10-tej, czy 11-tej, młoda para przyjeżdżała do domu i jedzono obiad, po którym szykowano się do ślubu kościelnego. Wcześniej był już umówiony na ten dzień pastor, który nie mógł udzielić ślubu kościelnego bez zawarcia wcześniej ślubu cywilnego. Był taki zwyczaj, że należało po niego pojechać do Nietkowic i przywieźć do kościoła w Będowie. W tym celu była najęta furmanka która przywoziła najpierw niektórych dalej mieszkających gości, na przykład z Radnicy czy z Sycowic, a jak już wszyscy byli zgromadzeni w domu weselnym, jechała po pastora. Kościół był specjalnie przystrojony, było dużo kwiatów, przed kościołem wieniec i wszystko odbywało się bardzo uroczyście. W celu odprawienia cotygodniowej niedzielnej mszy, pastor z Nietkowic dojeżdżał rowerem zawsze na godzinę 8.15, ale trzeba też przyznać, że wiele razy szedł piechotą szczególnie w okresie zimowym i bez względu na pogodę musiał na tą godzinę zdążyć… . Pastor był człowiekiem bardzo sumiennym a oprócz spraw liturgicznych miał „na głowie”: własną gospodarkę, żonę i czwórkę dzieci… . Przez dwa lata przygotowywał nas też do pierwszej komunii świętej, a okres nauki kończył się odpytywaniem ze znajomości zagadnień religijnych. W palmową niedzielę, Ojciec zaprzęgał konie do bryczki a niektórzy najmowali furmana i jechaliśmy wtedy do Nietkowic. Tam dziewczęta siadały w kościele po jednej stronie, chłopcy po drugiej i zaczynał się „egzamin”. Pastor sprawdzał umiejętność odmawiania pacierza, różnych modlitw na przykład „Ojcze Nasz”, albo na wyrywki znajomość dziesięciu przykazań. Na dwa tygodnie przed tą uroczystością wszystkie dzieci chodziły ubrane w ciemne stroje to znaczy czarne spodnie i marynarki, spódnice, pończochy czy bluzki. Komunia była przyjmowana również w czarnych strojach razem z Rodzicami. Warto także wspomnieć o tym, że w kościele ewangelickim nie było spowiedzi w takiej formie jak w kościele katolickim. Każdy swoje grzechy wyznawał sam jedynie przed Bogiem i była tu zachowana prawdziwa „tajemnica spowiedzi”. To wyznanie swoich grzechów jedynie przed Bogiem, upoważniało do przyjęcia komunii świętej składającej się z komunikanta i pitej ze złotego kielicha odrobiny wina, co symbolizowało ciało i krew Chrystusa. Skoro mówimy o rodzinnych uroczystościach nie można pominąć Świąt Bożego Narodzenia i Świąt Wielkanocnych. Zarówno same święta jak i przygotowania do nich były podobne do obchodzonych dzisiaj w kościele katolickim. Poprzedzały je zawsze generalne porządki w domu, takie chociażby jak mycie okien, szorowanie podłóg i staranne odkurzanie. Zawsze było więcej potraw mięsnych pieczonych w piecu chlebowym. Porządna porcja aromatycznie przyrządzonego mięsa ledwo mieściła się w wielkiej, półokrągłej brytfannie i bez względu na liczebność rodziny i gości zawsze starczała przynajmniej na trzy dni… . Obowiązkowo przychodził do nas św. Mikołaj przynoszący dzieciom długo oczekiwane prezenty. W wigilię na choince zapalaliśmy świeczki i śpiewaliśmy kolędy. W dniu tym nie pościliśmy a wręcz przeciwnie, gotowane były z jarmużem najbardziej tłuste kawałki mięsa, które tak przygotowane dla wielu były przysmakiem. Moja Matka nie gotowała tych tłustości bo Ojciec nie lubił takiego dania… . Bardzo lubiliśmy pokrojone na małe kawałki bułki zalane gorącym mlekiem i posłodzone cukrem, dodawany do tego był parzony zmielony mak i to było naszym wielkim przysmakiem. W zapusty po wsi chodzili muzykanci grający najczęściej na trąbce, harmonii i bębenku. Wokół nich gromadziła się zaraz grupka młodych i starszych którzy towarzyszyli im od domu do domu. Pukali do drzwi, gospodynie prosili do tańca na podwórku i grali jeden lub dwa „kawałki”. Gospodyni zawsze rewanżowała się kawałkiem szynki , kiełbasy lub pieniędzmi wkładanymi do specjalnie przygotowanego koszyka. Kiedy ta grająca i rozśpiewana grupa obeszła całą wieś, wieczorem organizowano zabawę na której spożytkowano wcześniej zebrane dary. W wielkanocną sobotę na parapetach okien wystawiano koszyki z nadzieją, że „zajączek” coś do nich włoży. „Zajączek” jednak był trochę przekorny, bo jakkolwiek zawsze przynosił dzieciom prezenty, to nie wkładał ich do przygotowanego koszyka, lecz ukrywał po całym domu i trzeba było je znaleźć. W Wielkanoc gotowaliśmy normalny obiad, rano była wędlina, placek, kawa, zresztą co kto chciał. Były też gotowane jajka ale nie święciliśmy w kościele potraw. W czasie świąt nie pito wódki i nikt przez ten fakt nie czuł się nieszczęśliwy… . Świętowaliśmy również przez dwa dni w Zielone Świątki. Przedtem, robiliśmy też staranne porządki w domach i w obejściach. Po prawej stronie drogi do Radnicy, tam gdzie dzisiaj rośnie las, był czerwony piasek. Jeździliśmy tam, nabieraliśmy go cały worek i przywoziliśmy do domu. Następnie spod śluzy braliśmy biały piasek i wysypywaliśmy tymi piaskami dróżki, oraz wypisywaliśmy przed swoimi domami z lewej strony bramy słowo: WESOŁYCH, a z drugiej strony bramy słowo: ŚWIĄT. Dekorowaliśmy też obejścia świeżym, aromatycznie pachnącym tatarakiem i młodymi brzózkami. Skoro mówimy o chrzcinach, komuniach i weselach to watro wspomnieć również i o pogrzebach, które są nieodłączną częścią ludzkiego życia. Pogrzeby odbywały się w ten sposób, że zmarły musiał jakiś czas przebywać w swoim domu. Trzeciego dnia przybywał pastor i następowało tzw. „wyprowadzenie” z domu. Na podwórku domostwa duchowny odmawiał stosowne na tą okoliczność modlitwy i cały orszak z trumną niesioną na specjalnym „noszaku” udawał się na cmentarz. Tam wpuszczano trumnę do grobu nad którym pastor ponownie się modlił. Następnie pozostawiając otwarty grób wszyscy szli do kościoła gdzie odprawiana była msza święta. Po jej zakończeniu furman odwoził pastora do domu, a uczestnicy pochówku szli ponownie na cmentarz, gdzie dopiero wtedy grób zasypywano. Warto zauważyć, że trumny nie wprowadzano do kościoła. Po tej smutnej ceremonii najbliższa rodzina proszona była na obiad, który dzisiaj nazwalibyśmy stypą. Chodziliśmy w Będowie do ośmioklasowej szkoły podstawowej którą prowadził jeden nauczyciel. Pamiętam, że mógł mieć ze 27-28 lat a ja wśród szkolnych zdjęć, do dzisiejszego dnia mam jego fotografię i widać na niej, że był to bardzo przystojny mężczyzna. Pomimo, że do szkoły chodziło 56- 64 dzieci, zupełnie dobrze dawał sobie z nimi radę. Wyglądało to w ten sposób, że klasy 5,6,7 i 8 szły w lecie na godzinę siódmą i uczyły się razem na przykład historii albo geografii. Na godzinę dziewiątą przychodziły klasy 3 i 4 które nauczyciel uczył „głośno”, a my wtedy rozwiązywaliśmy zadania np.: z matematyki. Każdy ze starszych uczniów, „po cichutku” skrobał coś tam w swoim zeszycie. Na godzinę dziesiątą przychodziły 1 i 2 klasa i do dwunastej uczyliśmy się wszyscy razem. Poszczególne klasy otrzymywały oddzielne zadania a nauczyciel pilnował porządku i tego aby wszyscy robili swoje. Pomimo dużej grupy dzieci trzymał dyscyplinę. Jak ktoś gadał, dostawał na przykład dodatkowo 100 razy do napisania zdanie: „nie będę rozmawiał na lekcji” i to dość dobrze skutkowało. Były też sytuacje śmieszne. Kiedyś nauczyciel sprawdzał u pierwszoklasistów prace domowe. Pyta takiego malucha co to za literka, a ta jak się nazywa? W pewnej chwili maluch mówi, że nie wie. Jak to nie wiesz, pisałeś i nie wiesz? Nie wiem, bo to mama pisała… ! Bywało też tak, że starsi uczniowie otrzymywali pod swoją opiekę młodszych i uczyli ich czytać, pisać, rysować lub jeszcze coś innego. Oprócz nauki dzieci miały liczne obowiązki w gospodarstwie. Kiedy tylko wracaliśmy ze szkoły do domu, natychmiast „ze szkolnych”, przebieraliśmy się w „domowe” ubiory, jedliśmy obiad i szybko udawaliśmy się na pole, łąkę lub do ogrodu. Mieliśmy duży warzywnik który zawsze musiał być dokładnie odchwaszczony. Warzyw było tyle, że starczało nam na cały rok i nigdy ich nie kupowaliśmy, a wszystko rosło bardzo ładnie. Udawały się nawet pomidory i trawiąca ich w dzisiejszych czasach zgnilizna ziemniaczana nie była wtedy znana. Nikt nie stosował innych nawozów jak obornik. Sadziliśmy też około 20 arów wczesnych ziemniaków. Były ich dwie odmiany, jedna miała różowe, podłużne a druga okrągłe, fioletowe kartofelki. Kiedy tylko ziemniaki urosły Matka zabierała całą czwórkę rodzeństwa i szliśmy je kopać. Nakopaliśmy ich zawsze cały wóz, połowę jednej i połowę drugiej odmiany. Następnego dnia musieliśmy wstać rano, świąteczne się ubrać i jechaliśmy z Rodzicami do Krosna na rynek. Po sprzedaniu ziemniaków zaczynało się dla nas „święto”. Chodziliśmy po sklepach i Matka kupowała nam ubiory, pojedliśmy zawsze lodów, zachodziliśmy do cukierni i każdy mógł wybrać sobie ciastka jakie tylko chciał. Drugie takie „święto” miało miejsce dla nas po żniwach. W lecie było dużo pracy przy sianie, bo mieliśmy do wykoszenia około 4 ha łąk. Co prawda Ojciec kosił je kosiarką, ale przewracać i grabić trzeba było ręcznie. Jak było „cienkie” to nie przewracaliśmy go, lecz od razu grabiliśmy w wałki. Poza tym część łąk była nieraz zalewana przez dwie rzeki Odrę i Gryżynkę i wtedy po wykoszeniu, należało świeżą trawę przewieźć w suche miejsca i tam dopiero ją suszyć. Suche siano jest lekkie, ale świeżo skoszona trawa ma swoją wagę… . Kiedy zaczynały się wykopki kopaliśmy ręcznie. Od szóstego roku życia oraz jak chodziłam do szkoły dostawałam do kopania jeden rządek, a jak ją skończyłam to dwa rządki. Matka brała trzy i nie daj Boże żeby się opóźniać! Od razu druga strona motyki szła w ruch.. , oczywiście trochę na żarty, ale trzeba było się pilnować… . Później Ojciec kupił konną kopaczkę i najmowaliśmy ludzi do zbierania. Osobiście wolałam jednak kopać ręcznie bo wszystkie ziemniaki były porządnie wykopane a po kopaczce wiele zostawało w ziemi. Niektórzy „zbieracze” zbierali czysto, a niektórzy potrafili jeszcze ziemniaka wdeptać w ziemię. Później trzeba było prawie dwa tygodnie kartoflisko wielokrotnie bronować, sprężynować i zbierać jeszcze ziemniaki spod pługa. Było to bardzo uciążliwe, ale ponad dwa hektary kartofli też nie było prosto wykopać motykami. Jak skończyłam szkołę to systematycznie z Ojcem pracowałam w polu. Przy sadzeniu kartofli Ojciec prowadził dołownik a ja kierowałam końmi. W czasie ich obsypywania sprzęgana była para koni które miały jedne lejce, ale dwa oddzielne orczyki do których podczepiane były dwa radełka. Jedno radełko prowadziłam ja, a drugie Ojciec i za jednym przejazdem mieliśmy obradlone dwa rządki. Wyglądało to dość skomplikowanie, ale przy spokojnych koniach które szły redlinami, było to możliwe. W czasie siewów Ojciec pilnował siewnika a ja koni. Konie były bardzo spokojne i nie stwarzały problemów, ale pewnego razu jeden z nich złamał nogę przy pracy w lesie i praktycznie było „po koniu”. Ojciec przez jakiś czas pożyczał drugiego od kobiety pracującej w karczmie, ale nie było to co trzeba, bo konie muszą cały czas chodzić w parze. W końcu kupił drugiego konia ale był problem, ponieważ ten koń gryzł i zawsze miałam stracha kiedy musiałam go sama karmić. Bałam się do niego podchodzić i z daleka podsuwałam mu siano czy owies. Konie czyściłam i zaprzęgałam sama, ale tego wariata bałam się jak ognia tym bardziej, że kiedyś gonił mnie po podwórku i pewnie chciał ugryźć! Było trochę wrzasku, ale jakoś „uratowałam się”. Jak wyprowadzaliśmy je ze stajni, to ja brałam tego spokojnego a Ojciec „gryzącego” i on tylko zakładał koniom lejce „na krzyż”. Pod koniec wojny kiedy ruscy zabrali nam te konie, właśnie ten „gryzący” cały mokry od potu, deszczu i śniegu, wrócił do domu. Ruscy tak łatwo by go nie puścili, ale pewnie któregoś ugryzł i wyrwał się im. Ojciec wprowadził go do stajni i okrył derkami, ale po krótkim czasie inni sowieci go zabrali i wtedy już nie wrócił… . Pamiętam, że Będów był bardzo ładną i czystą wsią. W konkursie czystości zdobył drugie miejsce w powiecie krośnieńskim zaraz po Bródkach. Ludzie bardzo dbali o porządek, na ulicy i w obejściach było wygrabione, pozamiatane i posprzątane, a ogródki z dużą ilością kwiatów były bardzo zadbane. Te porządkowe prace wykonywaliśmy głównie w sobotę. We wsi było koło gospodyń wiejskich i straż pożarna która miała remizę strażacką i konny wóz strażacki z ręcznymi pompami. Kiedy tylko zbliżała się burza, gospodarze nakładali koniom uprzęże i byli w gotowości do wyjazdu do pożaru.

Cezary Woch

GALERIA: (kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)
Anna Meckaniak Będów Meckaniak Anna Meckaniak

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

12 komentarzy do artykułu “Nie miałam lekiego życia…”

  1. admin
  2. Cezary Woch

    admin
    Bardzo ciekawe zdjęcia. Most w Będowie a to dopiero… , dzisiaj do mostu trzeba jechać do Krosna Odrzańskiego lub do Cigacic… . I niech ktoś powie, że przed wojną nie było lepiej….

  3. Mistrzu

    Witajcie.
    Wtrącę swoje trzy grosze w sprawie tego mostu. Mam przed sobą świeżo kupioną mapę Będowa z 1894 roku. Na jej podstawie, z całkowitą pewnością, sttwierdzam, że nie było żadnego mostu w Będowie w tym czasie. Śmiem twierdzić, że i wcześniej i później nie było takiego mostu. Patrząc na mapę i na drugą stronę Odry widzę, że tam nie było wtedy żadnych nawet zalążków drogi prowadzącej do Będowa z drugiej strony rzeki.Tym samym twierdzę, że most ten nie był przeprawą przez Odrę. Podpis na rycinie mówi o latach 1898-1900. Moja mapa jest z 1894. Nie wierzę, że w ciągu czterech lat zbudowano zarówno most jak i drogi dojazdowe z drugiej strony Odry.
    Natomiast pamiętam, że gdy jechałem z Zielonej przepawą promową i potem przez Będów do Szklarki, przed Będowem przejeżdżałem przez most nad kanałem. Mostek ten wydawał się być zbudowanym dawno temu a teraz wygląda nieco nowocześnie. Może o tym moście fotka mówi. Może Będowianie coś się na ten temat wypowiedzą?
    Jutro zeskanuję i wyślę okolice Będowa z 1894 roku.

  4. Cezary Woch

    Jak zwykle, masz Waldku rację. W Będowie nigdy nie było mostu. Przed chwilą rozmawiałem telefonicznie z Panem Franciszkiem Kryniewieckim, który to jednoznacznie potwierdził. Co prawda tuż przed wojną Niemcy zaczęli budować jakiś most, ale nawet te zalążki ruscy zbombardowali i nigdy później do idei mostu nie powrócono. Jak widzicie współpraca pomiędzy dalekimi Chinami, Sycowicami i Będowem pozwoliła ustalić jednoznacznie, że mostu nie było. Właśnie wczoraj zastanawiałem się nad tym, że dzięki tej internetowej stronie poznaliśmy już wiele tajemnic TEJ ZIEMI.Co prawda nie jest to dużo, ale i tak bardzo wiele w sytuacji kiedy np. mieszkańcy Podłej Góry wiedzą o swojej wsi tylko tyle, że przed wojną nazywała się Steinbach…./bez obrazy…/ .

  5. Mistrzu

    Jak na razie mieszkacy Podłej Góry nie wykazali się u nas aktywnością. Oczywiście jak tylko zaczną oni to i my zaczniemy węszyć w archiwach Świata i nie tylko.

    Jeśli chodzi o tem mostek, o którym wcześniej wspominałem to po analizie wspomnień biję się w piersi bo był to mostek przed Nietkowicami a nie Będowem. Nawiasem mówiąc to ten most jest dość intrygujący….
    Przekazałem naszemu adminowi mapę Będowa z 1894 roku – myślę, że wkrótce wszyscy zobaczymy jak to wtedy wyglądało.

    Jak na razie to jeszcze mamy w zanadrzu trochę informacji z Grabiny ale to za jakiś czas. Tłumaczenia itd. No i zamówiłem następne mapy. Czekam.

    Pozdrawiam

  6. admin

    Mapa Będowa

  7. Cezary Woch

    Nic nie szkodzi, gdzie drwa rąbią wióry lecą… . Zaraz zaraz, a czy to nie ten mostek o którym pisał dr Blumberg w swojej pierwszej relacji…?

  8. admin

    Tamten jest pomiędzy Nietkowicami a Bródkami, czyli kilka kilometrów od Będowa.

  9. Cezary Woch

    Mistrzu napisał, że „przed Nietkowicami”, tylko z której strony…? Ale rzeczywiście, wody przy moście są zbyt szeroko rozlane jak na kanał… . No tak, skupiliśmy się na moście, gdy tymczasem dobiegła końca następna piękna opowieść. „Piękna” nie dlatego, że ja ją napisałem, ale dlatego, że przekazuje ona mnóstwo wiedzy o Będowie i ludziach tam zamieszkujących. Przekazuje wiedzę której nigdy byśmy nie poznali, gdyby nie Pan Franciszek Kryniewiecki i Pani Anna Meckaniak którzy są świadkami „dwóch światów”. Świata przedwojennego i okresu wojny, a także czasów powojennych. Gdyby nie Oni, skąd mielibyśmy wiedzieć, jak toczyło się życie na tych terenach? Być może mieszkańcy Będowa wiedzieliby jedynie, że przedwojenny Będów to Bindow a mieszkańcy Sycowic, że przedwojenne Sycowice to Leitersdorf! A przecież to dopiero początek naszej wędrówki przez ubiegłe dziesięciolecia i wieki! Czyż nie jest to fascynujące?? Jeszcze raz w tym miejscu, serdecznie Im dziękuję za życzliwość i chęć podzielenia się bezcenną dla nas wiedzą.

  10. Krzysiek

    Czy isnieje taka możliwość abym mógł się dowiedzieć coś o przyjeździe moich przodków do Będowa?

  11. Cezary Woch

    Jak będziesz taki tajemniczy, to niczego się nie dowiesz…

  12. predi

    a nie jest to czasami most w Bindow z Brandenburgii? logicznie mysląc gdyby w Będowie byłby most to wioska na pewno byłaby zrównana z ziemia przez wojska tak jak było z 2/3 Krosna, Niemcy by tak tanio nie oddali strategicznego mostu. Chociaż Nietkowice w tym przypadku są złym przykładem.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.