Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Najpierw byłem Niemcem, a później Polakiem!

Granciszek Kryniewiecki

źródło zdjęcia: Cezary Woch

Franciszek Kryniewiecki część 1 Kiedy po raz pierwszy, niespodziewanie zjawiłem się w domu Pana Franciszka Kryniewieckiego, starsza miła Pani powiedziała: Franciszek jest na polu i sadzi ziemniaki, ma jeszcze trochę innych wiosennych prac polowych ale jak je skończy, chętnie z Panem porozmawia… . Na pewno? Może Pan być spokojny! Jest połowa maja 2007 roku. Będów. Mój dziadek był Polakiem i przyjechał przed pierwszą wojną światową z Minikowa pod Poznaniem, do pracy w majątku w Bledzewie. Po śmierci babki ożenił się z Niemką, która była wyznania katolickiego i która dla mojego Ojca była macochą. Ojciec już w czasie pierwszej wojny światowej służył w niemieckim wojsku we Francji. Tam został ranny za co później otrzymywał rentę. Po zakończeniu wojny ożenił się w Lubniewicach z moją Matką która była również Niemką, a ja urodziłem się tam w dniu 16 września 1928 roku. Mój Ojciec był trzecim mężem mojej Matki. Pierwszy Jej mąż zginął w czasie pierwszej wojny światowej pozostawiając trzy córki: Fredę, Martę i Elizabeth. Drugiego nie wspominała najlepiej bo nadużywał alkoholu i wkrótce zmarł pozostawiając jedną córkę Elzę i dwóch synów: Gerarda i Maxa. Z moim Ojcem miała dwoje dzieci, mnie i o dwa lata starszą siostrę która do dzisiejszego dnia mieszka w Będowie i nazywa się Anna Meckaniak. Matka była ewangeliczką i takie otrzymaliśmy wychowanie, Ojciec natomiast był nie praktykującym katolikiem, ale wyznawana wiara nie była żadną przeszkodą w życiu rodziny. Matka była o osiem lat starsza od Ojca, miała już dwóch mężów i sześcioro dzieci, ale miała też dom i pewien majątek, a Ojciec był biedny… . Ze względu na nie służący Matce klimat który panował w Lubniewicach i częste choroby, lekarz zalecił Jej zmianę miejsca zamieszkania. Było to dla mnie dziwne, bo o ile pamiętam nigdy nie uchylała się od ciężkiej pracy. W tym czasie pracowała na kolei na trasie Gorzów- Berlin. Sprzedała dom oraz posiadany w Lubniewicach majątek i Rodzice zakupili gospodarstwo rolne w Będowie, o powierzchni 23 hektary 76 arów . Było tam około 3,9 ha łąk, las i nie pamiętam już ile ziemi ornej. Gospodarstwo zakupili „razem z dotychczasową właścicielką”, której musieli płacić dożywocie w wysokości 25 marek miesięcznie i zapewnić zamieszkanie w części domu, do końca jej życia. Przeprowadzili się tu 1 stycznia 1929 roku. Wszyscy mieszkańcy Będowa byli ewangelikami a dzisiejszy kościół katolicki, był kościołem ewangelickim. W domu w którym mieszkam dzisiaj był szewc, funkcjonowały dwie piekarnie, dwóch rzeźników, poczta, szkoła i karczma oraz sklep spożywczy. W karczmie odbywały się zabawy na których dzieci miały prawo być do godziny dwudziestej, później przyjeżdżał pan policjant i już nas tam nie było… . Włóczenie się dzieci i młodzieży po ulicach w późnych godzinach nocnych nie mieściło się w głowach… . Kiedy dzieciarnia wracała do domu, na zabawę szli rodzice i bawili się do rana. Nie było pijaństwa. W niedzielę w karczmie siedzieli prawie wszyscy gospodarze, pili piwo, palili cygara i rozprawiali o rzeczach poważnych i nie poważnych, ale każdy myślał o tym, że jutro od samego rana wstanie dzień w którym trzeba będzie ciężko pracować. Obrazki z którymi mamy do czynienia dzisiaj na wsiach, były nie do pomyślenia! Będów był bardzo czystą i ładną miejscowością. W jednym z konkursów na najbardziej zadbaną wieś zdobył drugie miejsce w powiecie. W środku wsi stał piętrowy pawilon przeznaczony dla wczasowiczów. W lecie przyjeżdżały tu mieszczuchy z Berlina wczasując się i zażywając świeżego powietrza. Kąpali się w czystej Odrze, pływali łódkami, zbierali grzyby, jedli świeże jaja, masło i sery, pili świeże mleko które to produkty gospodynie chętnie im sprzedawały. W okresie letnim zawsze ich było pełno. Nie przypominam sobie aby wtedy była taka plaga meszek jak w dzisiejszych czasach… . W tym czasie byłem kilkakrotnie w Sycowicach i Nietkowicach, a to z racji odnoszenia lub przynoszenia aparatu projekcyjnego którym wyświetlano nam w szkole filmy i z którego korzystały na zmianę wszystkie sąsiednie szkoły. Obie sąsiednie wsie, jakoś specjalnie nie zwróciły mojej uwagi, bo najbardziej podobał mi się Będów. Gospodarstwa rolne miały powierzchnię od 10 do 20, najczęściej kilkanaście hektarów, ale ziemie były słabe. Lepsze kawałki leżały nad Odrą, ale te z kolei często zalewała powódź, wtedy gospodarze dostawali odszkodowania. Takich dużych gospodarzy było dokładnie dziesięciu. Było takie prawo, że gospodarki te nie mogły być sprzedane ale musiały przechodzić z ojca na syna. Gospodarze uprawiali głównie ziemniaki i żyto. Owsa prawie nikt nie siał z uwagi na kiepskie plony. Pod ziemniaki i żyto dawano obornik a jeśli go zabrakło to siany był łubin który zastępował obornik w następnym roku. Uprawialiśmy też buraki pastewne a niektórzy siali brukiew. Reszta posiadała od jednego do kilku hektarów a nawet mniej, ale wtedy ludzie ci pracowali poza rolnictwem i ta właśnie praca była ich głównym źródłem utrzymania. Często mieli oni jedną krówkę którą wozili też siano. Bardzo wielu mieszkańców Będowa pracowało w lesie oraz na barkach przewożących węgiel ze Śląska w głąb Niemiec. Niektórzy z nich byli właścicielami takich barek a przewożone były nimi też inne produkty, na przykład wstępnie oczyszczony żółty cukier. Brat Ojca pracował na takiej barce i nieraz podrzucał nam worek tego cukru. Ojciec zajmował się tylko pracą w gospodarstwie. Mieliśmy 2-3 konie, 8-9 krów, kilka owiec, świnie, drób. W czasie żniw koszono konną kosiarką na żelaznych kołach która posiadała specjalną blachę po której zsuwał się cały pokos zboża i był on równiutki jak po koszeniu kosą. Z pokosu zboże zbierano i wiązano w snopki. Później Ojciec kupił w Krośnie żniwiarkę, która była wyposażona w specjalne obrotowe grabie rozdzielające żęte zboże na tzw. „garście”, stanowiące oddzielny snopek który należało związać. W tym czasie w Krośnie Odrzańskim w rejonie dzisiejszego dworca autobusowego była fabryka maszyn rolniczych w której zaopatrywał się Ojciec. W roku 1935-1936 zacząłem chodzić do szkoły i Matka uczyła mnie wiązania snopków i kopania kartofli motyką. Sama brała trzy rządki, a mnie przydzielała jeden i musiałem kopać równolegle z Nią. Jak zostawałem z tyłu, to obrywałem po plecach…, a jak kopałem równo, to mi nawet trochę pomagała… . Starsze rodzeństwo otrzymywało po dwa rządki… . Pług był żelazny, jednoskibowy ale obracalny tak, że pole po orce pozostawało równiutkie i była tylko jedna bruzda. Równe pole miało szczególne znaczenie przy koszeniu żniwiarką. Drobniejsi, mało rolni gospodarze jako siły pociągowej używali krów i chciałbym to podkreślić, żeby nie mylić ich z wołami ponieważ krowy były tańsze w eksploatacji… . Na śniadanie zawsze była zupa mleczna i chleb z marmoladą. Ja to lubię jeść do dnia dzisiejszego. Na obiad ziemniaki, kluski, kasza ze skwarkami, placki kartoflane itp. W niedzielę zawsze było do ziemniaków mięso i różne kompoty które robiło się w okresie letnim i na jesieni: z wiśni, śliwek czy gruszek. Na kolację chleb, masło, szynka i wędzonki. Świnie biło się bez ograniczeń, wtedy kiedy była tylko potrzeba. Żyło nam się zupełnie nieźle, ale wszyscy musieli ciężko pracować, co było rzeczą zupełnie normalną i oczywistą. Powoli jednak sytuacja polityczna zaczynała się komplikować a ja jako jedenastoletni chłopiec, nie bardzo zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji.

Cezary Woch

GALERIA: (kliknij na zdjęcie aby je powiększyć)
Polacy przed wojnąhistoriaopowiadania historyczne Będów Franciszek Kryniewiecki Anna Meckaniak

Tagi:

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.